środa, 28 grudnia 2011

To crucify my dreams with passion

Gdybym zaczął tę notkę stwierdzeniem, iż święta, święta i tak dalej, mielibyście święte prawo wdeptać mnie w chodnik przy pierwszej lepszej okazji. Zacząłem inaczej, więc póki co możecie zrobić to bezprawnie. Tak, jak już większość z nas odkrywczo zauważyła, święta dobiegły końca, a ja z tej okazji mam do sprzedania Batllefielda 3, którego nikt nie kupi i zostanie mi grzebanie się w Allegro. A ja nie mam na to czasu! Jestem zajęty.
Są różne sposoby spędzania przerwy świątecznej. Ja wstaję w okolicach 10, kiedy dom jest już pusty, puściutki (nie licząc mojego upośledzonego kota), drapię się po głowie, gapię w monitor do tej 16-17, wychodzę kiedy jest już ciemno i zazwyczaj nie mijając nikogo (bo wszyscy lecą o tej porze w przeciwną stronę) docieram do nadzwyczaj bliskiej memu sercu ulicy Czeciego Maja. A czas w roku jest taki, że naprawdę nie mam ochoty zastanawiać się nad istotą wszechświata, wszelkimi zawiłościami egzystencji i tym niepodobne. Do pełni szczęścia wystarczy mi Pyza. Polędwiczki (nawet wczorajsze!) też znacząco poprawiają mi humor. Chyba powinienem wziąć na nie przepis. A propo Pauliny - wyszło, że moja najlepsza połówka lubi GTA! Gdzieś Ty była przez całe moje dotychzeszłoroczne życie?
A kiedy wracam, w okolicach 21, znów nie spotykam nikogo, bo wszyscy siedzą w domach i dojadają. Poza tym, aura nie sprzyja spacerowaniu, w tym roku zima dostała w ryj od jesieni. Wróciwszy do domu, zastaję domowników śpiących, bo jutro praca i w ten sposób trwam sobie z ciastem (trzeciej świeżości) i internetem do okolic pierwszej w nocy. Przez taki tryb trwania, wszystko dookoła staje się dosyć nierealne. Ale, za półtorej godziny przyjdzie chinek, odtworzę do kogoś gębę i zostanę uratowany od obłędu. Miejmy nadzieję.
Oprócz tego typu dziwnych wniosków, skonstantowałem, iż niepotrzebnie zakładałem fejsbuka. Dlaczego? Otóż, gdybym go nie założył, nie przeczytałbym pewnego posta Moniki "RÓBCIE TEGO &^!@#$%& KRZYŻAKA" Fluks, nie obejrzałbym Sweeney'ego (tak powinienem był to napisać?) Todda i nie patrzyłbym tak podejrzliwie na krokiety, po tym jak w jednym coś mi chrupnęło. Argh.
Oprócz tego ucieszyłem się, że Skyrim nie cierpi na syndrom drugiego Wiedźmina i nie kończy się w połowie. A skoro tak nie jest, to coś mnie wzywa. FUS RO DAH! (czyż to nie epickie? NORDOWIE JEDZĄ NA STOJĄCO!)
Tak więc, czas nadszedł, zrywam się od laptopa, odpalam komputer, wiem, że czasu jest mało, Artur mnie goni, biegnę wśród niskich traw, a ten bydlak zatacza koła tuż nade mną. JOOR ZAH FRUL, spada, podnoszę swój ebonitowy nadzwyczajny wielki miecz i...

wróć. Masz dziewczynę, nie musisz tak żyć. Przecieram zmęczone oczy, padam na łóżko, nawet nie wiem, która jest godzina, chociaż chętnie bym sprawdził, bo mam nowy, fajny telefon, który się tak fajnie odblokowuje, że zużywam na to połowę baterii. No i kończę tę dziwną notkę, ze świadomością, że kończy się ostatni taki rok. Odtąd już nic nie będzie takie samo, dlatego nie spieszy mi się do imienin Sylwestra i na 2012 patrzę raczej z niechęcią. "I tak grudzień za grudniem. Zgniłem."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz