sobota, 17 września 2011

Sorrow is Her name

Kolejny dzień w ciągu. Jakimże ciągu? Alkoholowym? Diety? Nie-e. Bez dłuższych spotkań z Pauliną. Niedobór Jej uśmiechu wpływa wyjątkowo źle na moją kondycję psychiczną. W efekcie jestem w domu, ale jakby mnie nie było. Zresztą, mniejsza z tym.

Sobota. Wracamy do porannego wstawania w sobotę. O 7:00 byłem na swoich długich, koślawych nogach i niewiele później leciałem na nich na kurs z WoSu. O samym kursie za moment, najpierw to, co spotkało mię po drodze. Jesień. Właśnie tak, chłodny, rześki poranek, a ja wlazłem prosto w jesień. Strasznie długo się przed tym broniłem, ale to jednak chyba moja... (nie, tylko nie "ulubiona") najbliższa pora roku. Jesienią widać najwięcej. Czuć najwięcej. Wiosną ślepa euforia potrafi zasłonić dużo i na długo, latem rozgrzane powietrze faluje i zniekształca obraz, a tłumy ludzi, które wylęgły żerować na słońcu, zagłuszają ciszę. We Zime bywa tak, że trzeba kurczowo trzymać się świadomości upływu czasu, żeby nie zostać w tumanie śniegu, wilgoci i Licealnej Nocy Polarnej na zawsze. Dziś, kiedy lazłem, żeby wydać wbrew sobie pieniądze, tak wiele myśli i uczuć huczało we łbie, że momentami czułem się inteligentny. A może to tylko muzyka..?
A na kursie... zaskakująco miło i nudno. Najpewniej w ostatecznym rozrachunku się opłaci (obrzydliwy zwrot). Więcej nie powiem, bo mam dość tego całego pierdzielenia o maturach, punktach, repetytoriach, wademekach i madafakach. Rzygać się chce. Będzie co będzie, a jak cholera obleję, to pójdę do łopaty i też zdarzy mi się być szczęśliwym. Tyle histerii i pieniędzy tylko po to, żeby... zarabiać pieniądze. Znam lepsze formy spędzania czasu. Pozdrawiam Talara, palenie hajsu jest ok!
Tym samym dochodzimy do pewnego wielce zabawnego tematu i pewnego mniej zabawnego, acz pokrewnego. Jest nas 29 osób, albo coś koło tego. Wy lekceważycie nas (nie, nie to NAS), a my Was, szanowne koleżanki. Jak to się dzieje? My w waszych oczach jesteśmy parą niedojrzałych, wulgarnych i nadpobudliwych nieudaczników. A Wy dla nas, w znacznej większości jesteście zahukanymi przez liceum, nastawionymi na łatwiznę i monotematycznymi przyszłymi karierowiczkami. Skąd takie niedobre emocje? Nie wiem, doprawdy nie wiem. "Jestem tylko grajkiem, a nie papieżem" <- czyj cytat?
I jak to jest w biochemie, z którym jestem tak, czy owak skoligacony? Ile można ciągnąć taki Temat? Nie będę oceniał, bom nieobiektywny jak sądy w PRL'u, ale tak całkiem z boku patrząc - coś się zmieniło. Szybkie pytanie, czy to mi się podoba? Jeśli nie, to czy mogę to odkręcić? Jeśli nie, to czy nie powinienem przypadkiem zamilknąć i milczeć jak... jak... nie wiem, kuźwa, jak świnia. Tak, od dziś świnie milczą. A przynajmniej powinny milczeć, czego im, sobie i Szanownym Państwu życzę. Ryjki (nawet te zgoła ładne), do korytek, bo przeca o to chodzi, nie? Żeby mieć co i za co żryć, ot, tajemnica istnienia edukacji.

POSŁUCHAJ, TO DO BUSHA (postronni mogą sobie odpuścić, chociaż wcale nie muszą)
Leningrad, Stalingrad, Wrocław, Berlin, Prusy Wschodnie, Ukraina. Czas wojny, największej jak dotąd. Czy naprawdę jest za czym tęsknić? Czy okres, kiedy bohaterstwo ginęło, bo było bohaterskie, a sukinsyństwo wypływało, bo było cwane, naprawdę można nazwać "okresem wypalania plew"? Jest za czym tęsknić? Ja nie odpowiem, bo nie jestem w stanie sobie Tego wyobrazić, tak jak żadne z nas. "Było, nie wróci". Że tak banalnie powiem - i bardzo kur.czę dobrze. Nie myśl, że nie rozumiem, co chciałeś napisać. Znam Ten dreszcz i nie muszę tłumaczyć chyba jaki. Ale zapytaj Żyda, który akurat miał to szczęście, że przeżył, czy nie jest mu źle, z faktem, że teraz może tylko dawać sobą kierować. Bo kiedyś, w starych dobrych czasach wszyscy mogli sami stanowić o sobie. Umrzeć dziś, albo jutro. Od ognia, albo od głodu. Tyle dobrego, że nie z Metalliką w uszach.

Uf. Nie wiem, czy napisałem to z sensem. Reszta dnia w skrócie - byłem w domu, byłem u Chinka (ach, kolejny czytelnik, I spray cum everywhere), postanowiłem odkurzyć znajomość, gdzieś pójść, coś zrobić, znaleźć morpega (NIE, LOL NIE WCHODZI W GRĘ). Słowem, jestem ambitny adam! Na tyle ambitny, że pewien przerażający w swej naiwności zamiar, powrócił i rozkwita. Jezus maryja, zwariowałem, więcej nie powiem, bo zapeszę.
Każdy mężczyzna powinien zbudować dom i zasadzić drzewo, nie? To won do minecrafta!


I am so tired, please just take me away,
Just let me lay down here for a while,
Again open my eyes to the bright morning sun hoplessly stare,
She is with me again, why does she come and why does she care so much for me?
She reaches out to me, she whispers so sweetly "come to me, be with me, sink with me, die with me"
Sorrow is her name and she's mine.

Na sam koniec chciałem nagadać Monice, że ma takie długie notki, po których wstydzę się za swoje i podziękować Jej, bo tak.

Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy się budzicie.

1 komentarz:

  1. Kaźmierz :3

    Po tym, że się coś u nas na biolchemie zmieniło, ja się zgubiłam.

    Jeśli dziękujesz za to, za co prawdopodobnie dziękujesz, to kompletnie nie ma za co. Ale i tak zrobiło mi się miło :3

    OdpowiedzUsuń