Dziś niedziela, prawda? Dobry dzień na notkę. Jak każdy inny w sumie. Na początek, żeby mieć już to z głowy (sałatkę też zawsze zjadam na początku. Z tego samego powodu), spróbuję przypomnieć sobie, co działo się od środy. Spróbowałem i jak zwykle niewiele. To chyba niedobsze?
Miał być wyjazd do Warszawy, ale nie wyszedł. Obiłem sobie za to pięść (logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy). I wraz z Bartusiem udałem się do Talara. Było jak zwykle przyjemnie. Posiedzielimy, pośmiali się, pogadali, posłuchałem Albinobeach'a, papuga Talara machała łbem w rytm beatboxu i poszła połowa truskawkowej nalewki. Sok w sumie. W domu było jednak dosyć duszno i dlatego od czasu do czasu wychodziliśmy się przetwierzyć. A raz nawet śmignęliśmy skuterem do TOPAZU ("ja to bym zjadł batona..."). To był piątek, right?
Sobota, imieniny kota. Z samego rana wos ("czy Varg Vikernes, wokalista Burzuma, jest zresocjalizowany?"), sprzątanie, zalew z Bodziuchem i do Pauliny. 21:30 powrót do domu. Godzina łażenia z kąta w kąt, zgon, sen. Czy o takim dniu warto w ogóle wspominać?
Warto, jeśli dostaje się w trakcie teledysk na dzień chłopaka. Teledysk jest mój i oglądanie go było najprzyjemniejszą częścią dnia. Nic wam o nim nie powiem, bo jest mój i o!
W trakcie tych paru dni zdążyłem jeszcze stracić słuchawki ("Stefek, co ty tam gryziesz..? STEFAAAAAAAN! UKRĘCĘ CI ŁEB!"), kupić nowe ("brakuje mi piątaka, jak myślisz sprzedam za tyle podręcznik od biologii?") i takie tam różne.
Chyba nie powinienem zabierać się za pisanie w takim nastroju. Dla osłody i rozładowania napięcia, Pewne Dzieło (to naprawdę nie jest łatwe) -
A, Ireno! Sama? A po co tu ta kołdra? Gładko na szaro nas zrobi loża:
Żoliborz, San oraz Sanok dał gardło katu! To co? Pa? A, masoneria!...
Proszę sobie wykoncypować o co tu chodzi i odpowiedzi zachować dla siebie. Wytłuszczona litera jest osią zdania.
Literatura już była, to tera trochu muzyki, co by się człek kurturarnie poczuł, nie? Ostatnio w uszach sam miszmasz, zero logiki, ale może to przez niespójny humor. Albo jego brak. W każdym razie dziś podrzucę waaaaam... (losowe odtwarzanie) coś złego. Minęły dwa lata odkąd pierwszy raz to usłyszałem. Całe "Murder Ballads" nadal potrafi mnie na jakiś czas rozłożyć. Zastanawiające są dwie rzeczy. Jakiś czas temu Pyza wspomniała Cave'a, a tu (jak mawia Talar) fik! i jest. A po drugie... dlaczego miarą muzyki jest dla mnie to, jak bardzo destrukcyjnie na mnie działa? Nigdy nie czuję, że to, czego słucham "daje mi pozytywną energię, ładuje akumulatory" albo coś w tym tonie. Nie. Mnie muzyka gnębi, rozwala, miażdży, torturuje. A ja, masochista to lubię. Ech, ta dzisiejsza młodzież.
No co? Ja nigdy nie mówiłem, że będę fajnie i spójnie pisał. Jestem jak Werter (hej, Monika! :) a jutro wyjeżdżam (głowna liczba wycieczki - 2,7. Zgadujcie) i sam nie wiem, czy chcę wracać. Może zeżrą mnie niedźwiedzie, albo skręcę kark i będziecie mieli spokój z tym blogiem.
Trzymajcie kciuki!
"(głowna liczba wycieczki - 2,7. Zgadujcie)" Ej, ej, ja wiem.
OdpowiedzUsuńA liczba zmalała do 2,5.