wtorek, 19 lutego 2013

Kafe Moskwa

Był zmierzch powrotów dnia poprzedniego i był poranek dnia następnego. Było przebudzenie, mdłe i dzielone przez próżnię, był zimny prysznic walczący o lepsze z zimną kawą. Była bezczelność, która przebrzmiewała i być może przebrzmiewa dotąd w martwym naskórku zostawionym w tramwaju, w autobusie, na cudzym zeszycie. A potem przekonany o braku świadomości powiedziałem sobie - co zrobisz? Dokąd i z kim pójdziesz? I poszedłem z Majstrem na piwo. I chóry w niebie wiedziały, że idę w dobrej wierze, pełen sympatii i niepozbawiony nadziei. "I  natychmiast wypiłem. A po wypiciu – widzieliście sami: bardzo długo się krzywiłem, walczyłem z mdłościami, przeklinałem i posyłałem wszystko do diabła. Może pięć, może siedem minut, a może całą wieczność miotałem się w czterech ścianach, trzymając się za gardło i upraszając mego Boga, by mnie nie krzywdził. A mój Bóg nie potrafił usłyszeć mych błagań do samego Mińska Mazowieckiego. Od Mrozów do Kotunia wypita szklaneczka przewalała się między gardłem i żołądkiem, to wzlatując ku górze, to padając w dól. Było w tym coś z Wezuwiusza, z Herkulanum i Pompei, z pierwszomajowej salwy honorowej, oddanej w stolicy mej ojczyzny. Ja zaś modliłem się i cierpiałem" Czarek Miłosierny zapchał mi gębę darmowym popkornem, wcisnął w usta ćmika i podpalił. Wstałem więc przepełniony poczuciem obowiązku i po nijakiej chwili wróciłem w dwiema szklankami, przez zęby mamrocząc tradycyjne "masz ze mną za dobrze". Janek wtedy spał już, snem sprawiedliwego. Paweł kiwał głową nic nie mówiąc, chyba, że do siebie w myślach - masz rację, Paweł! Mijały godziny, poduszki na podłodze pogrążały się w nieładzie, włosy takowoż, ludzie odchodzili i przychodzili, stacje mijały, ale dopiero w Sabince się ocknąłem, dopiero kiedy Paweł wstał i pozbawił nas swej niewzruszonej pogody alkoholowego ducha ogarnął nas mrok beznadziei. Zewsząd ogarnęła nas kiepskość, jak określiłem to kilka dni wcześniej w zadymionym, zadymionym do przesady samochodzie.Wtedy dźwignąłem wieżę strzelistą jak pastisz gotyku, a akty krążące w mojej głowie nie były bynajmniej strzeliste. Z każdym kolejnym krokiem czoło mi chmurniało, a przynajmniej takie mrzonki sprawiały mi ulgę. Pomyślałem zatem - co zrobisz? Dokąd pójdziesz? Nie odpowiedziałem sobie, ale i tak wiedziałem, że skończę na ośnieżonych peronach Warszawy Gdańskiej, choć przecież jechałem prosto do Siedlec, bez przesiadek, bez przerw na papierosa. Tylko na Warszawie Gdańskiej zrezygnowana policja nie zwraca uwagi gdy śpiewamy i gdy wspólnego, znalezionego papierosa rzucamy na tory. Papieros uparcie dymi się w puszce po kukurydzy, będę musiał zmarnować kilka kropel placebo, żeby zasnąć w tym pokoju. Za to kiedy już się obudzę, kiedy przystając raz na jakiś czas dotrę na strasznie pustą i brzydką ulicę Okrzei, kiedy przywitam się z ojcem i jedząc coś ciepłego spędzę z nim pół godziny, wtedy milczcie chóry, schnijcie łzy, dzwońcie kusiciele. "Wtedy coś się zdarzy, ty usiądziesz mi na twarzy, potem cię za pióra złapię, ty mnie podrapiesz". Godziny minęły, wieża chwiejna, już nawet nie strzelista podpierając się na wychudłych łapskach dźwignęła się w celu ostatecznego dotarcia do domu, przez Marymont, przez Grodziszcze Mazowieckie, przez nocny. W ostateczności niech będą smartfony, niech już nawet będzie BUW, ale czemu za oknem jest tak ciemno? Paweł by wiedział, Paweł pije gdzieś wódkę, a czyni to z niezmąconym uśmiechem i pogodą ducha, bo maj(gi)stra i tak zrobi.

"Kto tu jest za mną, kto tu stoi?"

czwartek, 14 lutego 2013

Ze spotkań

Pierwszy raz z erotykiem to nie może być przygoda, ani zabawa. To musi być spotkanie, długo planowane, odkładane kilka razy, nie daj boże przypadkowe. Spotkania zaczynają się od uśmiechu.

A gdy będę umierał to nie przyjdzie tu Czaro, zajmie go zabawa z gitaro.


Uśmiech rozciąga się od lewej do prawej, jak od prawej strony chodnika, odbiwszy się od ściany, do lewej. Czasem powoduje dołeczki w policzkach, w których można ukryć kolejno - w lewym dumę, w prawym strach. A czasem powoduje rozlanie się mordy po płaszczyźnie jej z zapasem przeznaczonej. Wtedy kulawo ogolony w ciemnościach podbródek opina się na wypłukanych do cna kościach i imituje grymas zadowolenia. Facecje wynikające dla otoczenia z facjaty. Facjata rozpływa się jeszcze bardziej w kretyńskiej manifestacji błogości, kiedy mogę prowadzić. Najlepiej przez pustynię, z działającym, niekradzionym radiem. Dopiero wtedy z niekłamaną przyjemnością zabieram kogoś stojącego na poboczu, ratując go przed śmiercią z pragnienia, tak jak mnie uratowano przed śmiercią głodową. Bo co jak co, mówcie co chcecie, ale pragnienie potrafię ugasić.

Janek przyjdzie z kwiatami (róże, tak między nami).


Prócz tego pragnienie z ogniem ma niewiele wspólnego. Jeśli już coś, to początek. Każdy, kto zapalał zapałkę, wie, jak rodzi się pragnienie, a każdy kto zdecydował się na prolongatę prenumeraty, wie, że w kwestii uporczywego trwania, pragnienie, przeradzające się w żądzę, podobnym jest do wody. Przytłacza jak ona, powoduje ociężałość i uporczywą konsekwencją tworzy maniakalną projekcję zaspokojenia. Pierwszy haust powietrza piecze, pierwszy dzień wiosny swędzi gdzieś z tyłu głowy, pierwszy łyk łaskocze, pierwszy dotyk pali. Biorąc pod uwagę wszystkie przytoczone wyżej argumenty, stwierdzam, iż to zaspokojenie jest jak ogień. Siadaj, trzy mniej.

Artur piwo przyniesie, wszyscy trzej to obwiesie.


"A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni, na niej jesteśmy sami, ja i Ty."
Żartowałem, jak zwykle. I jak zwykle pomyliłem (specjalnie, hyhy) żart z kłamstwem. Nie mam nic wspólnego z zaspokojeniem. Gdybym miał, nie byłoby mnie tu, teraz i nie czekałbym wiosny jak snu. Chyba nawet dzwony z widmowego bielańskiego kościoła zamilkły w tym oczekiwaniu. Kiedy powietrze gęstnieje, ciężko się przez nie przebić do drugiej osoby, drugiej butelki, drugiego pokoju, drugiego semestru, drugiego skrzyżowania (tylko tutaj istnieją dwa skrzyżowania tych samych ulic). Do następnego (drugiego!) razu.

Będzie chłodny, jesienny wieczór. Przespaliśmy i wiosnę i lato, nie łudź się, to już postanowione. Przyjdziesz o piętnaście minut za wcześnie, takie znamię tęsknoty za przeszłością. Kontrabasista na fotelu będzie brzdękał, ty melancholijnie czekając zapalisz papierosa, ja skropię się wodą kolońską, wdzieję palto, kapelusz i ruszymy w poszukiwaniu pielęgnowanego obciążenia genetycznego. Papierośnice będą srebrne, zęby złote, a zaułki ciemne. W razie czego jest nas dwóch i tylko dwóch, bo Zły Tyrmanda umarł z przepicia tego samego lata co Gombrowicz i nikogo już nie uratuje przed eleganckim skurwysyństwem. A umierał przerażająco pięknie, z przestrogą, jak Jerofiejew. Czemu Warszawa Cybulskiego miałaby być gorsza od Moskwy Pietuszki?

Za pierwszym razem wystarczył ułamek sekundy, żeby przekrwione oczy spotkały brązowe oczy, modre oczy, błękitne oczy, piwne oczy, własne nawet. Za drugim potrzebowałem roku i siedmiu miesięcy, żeby znaleźć Szostakowicza, Mesjasza i inne zaginione, niewydarzone wprawki i dzieła ostateczne. Wszystkie poutykane w butelkach, popielniczkach, szufladach, cudzych i dlatego ufnych oczach. Moje oczy też są ufne, kiedy przelewam po trzykroć, po stokroć porter i przyglądam mu się. W taki sposób Demiurg przyglądał się swojemu dziełu i w taki sam sposób to dzieło go zawiodło, jeśli się nie mylę (jeśli się mylę, to popraw mnie Demiurgu, mniemam, że w internecie też jesteś omnipotentny). Wystarczy, że zaśpiewasz.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Green skies

Mam wysoko do chodnika, nierównowaga stąd wynika. Jak zwykli to określać ludzie w lepszych czasach - niestabilna żyrafa. Mam przetarte, workowate spodnie po ojcu, bo oddając swoje do prania przeliczyłem się, a siedlecka szafa pogardliwie prychnęła, powodowana zazdrością o Warszawę. Mam ogromny namiot robiący tymczasowo za kurtkę. Bywa, że można kogoś (oprócz mnie) w nim schować, przytulić i zasunąć. Teraz jednak niepokojąco łopocze na wietrze, tak niepokojąco, że podstęp wietrzę. W przepastnych kieszeniach kiedyś bywało mnóstwo rzeczy, szklanych, nieszklanych, różnie. Dzisiaj w lewej mam jabłko, nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy, już trochę zeschnięte, a w prawej papierosy. Na kurtce mam plamy. Sięgając pamięcią to tu, to tam, dochodzę do wniosku, że plamy są po winie, po krwi, po smarze i po staremu, z przyzwoitości. Przyzwoita kurtka musi mieć pod koniec zimy plamy, które widać dopiero, gdy śnieg stopnieje i przestanie razić oczy. Mam buty, które dała ojczyzna, przydziałowe, ciężkie i ciepłe. Zawsze wydawało mi się, że mam też oczy, ale jak się patrzy w metrze na szybę na przeciwko, to tam, w tej szybie, w tym metrze nikt nie ma oczu. Cały rząd ludzi bez oczu siedzi i jedzie sobie, a mi to nawet nie robi już zbytniej różnicy. Przyjmijmy więc na potrzeby, iż oczu nie posiadam. Mam kartę egzaminacyjną, pustą jak butelka i śnieżnobiałą. Mam przed sobą bufet na pekapie, a jest godzina najbardziej bezbożna, czyli trzecia z kolei w ciągu tej doby. Dwa stoliki dalej z chirurgiczną precyzją sylwetka pochłania zapiekankę, zapada w sen na pół godziny, po czym budzona przez zmęczone, nocne upiory za ladą, zamawia następną zapiekankę i tak w kółko. Do godziny szóstej. O szóstej pociąg whuczy się na peron i minie mnie blada twarz maszynisty modlącego się chyba, żeby nie wykoleić składu na jakimś niedopałku.

Miałem pieniądze, ale rozdałem jakieś sześćset tysięcy przemiłym ludziom na patelni. Ba, specjalnie łaziłem do bankomatu, żeby mieć co wrzucić po drodze na śródmieście. Miałem coś zrobić, ale znów, cholera, nie jestem pewien co. Miałem piwo, ale nie da się oprzeć belgijskiej, a przecież amerykańskiej ipie, zwłaszcza o tak wdzięcznej nazwie jak Raging Bitch. Miałem gdzieś jechać, ale zatrzymałem się, żeby zabrać z górującej nad miastem ulicy Łukowskiej autostopowicza. Jak już go zabrałem, to głupio się rozmyślać, więc nadrobiłem trzydzieści siedem kilometrów drogi. Miałem wszelkie podstawy, żeby sądzić ludzie, którzy idą do szpitala, z niego wracają. Miałem wielką przyjemność dowiedzieć się, że jak dzwonię, to załącza się w telefonie Artura Włóczęga Theme. Miałem powody, żeby wierzyć rodzicom, a oni mieli od zarania dziejów powody, żeby nie wierzyć mi. Miałem zwyczaj regularnego chodzenia na basen ("-znasz brutalną stronę chinka? gdyby adam nie chodził na basen, byłby gruby jak świnia!") i regularnego chodzenia na regularne spacery po swoich włościach i w odwiedziny do horyzontu.

Ukradłem golfa. Kluczyki nawet nie brzęknęły lądując koło jabłka w kieszeni. Drzwi nawet za mną nie stuknęły, telefon nawet nie oponował, kiedy go wyłączałem. Nawet nie pomyślałem, że nie mam za co zatankować. I utknąłem, cholera by to, w bezczelnie szczerym polu. Chciałoby się napisać, że z rozwianym włosem, na tle granatowego nieba, ale gdzieżby tam. Powietrze ani myślało drgnąć, włosy obraziły się na mnie tydzień po tym, jak obraziłem się na szczotkę, niebo obraziło się na mnie od kiedy nie spaceruję wyłącznie z nim (nią, niebo to ona). Właśnie dlatego przyszło mi trwać na pekapie, w samochodzie z przygodnym podróżnym i obok samochodu z przedostatnim (świat znowu drwi z mojego dramatyzmu) papierosem. Jednocześnie.


"Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
 I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...
 Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...
 Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
 Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
 Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
 Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...
 I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
 Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...
 I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!
 Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
 Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
 I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
 Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!
 Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
 Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
 I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"

wtorek, 29 stycznia 2013

Lilium

Do you recognize me?


Nie chciałbym znać prawdy o żadnym z was, do powieszenia się wystarczy mi prawda o sobie. Tak jak i staremu Musiałowi wystarczał kot i pianino. Niczego więcej w jego mieszkaniu nie było. Czasem gościłem tam ja, kawa i Dziadek. Musiał z Dziadkiem spędzali długie godziny na rozpierwiastkowywaniu świata, kiedy ja dziubałem na przemian czarne i białe klawisze pianina, by zabić gorycz napoju dla dorosłych. Nigdy nie przeszkadzało mi to, że ze sterylnie białego mieszkania wychodziliśmy sinym zmierzchem, ja i On. Blond łysina i nikotynowa broda, tak ziejąca dziwnym zapachem i autorytetem. Dziadek wiedział, jak obalić komunę, jak obalić flaszkę, jak zająć się tulipanami na działce i jak zmontować i polakierować stolik. Ja wiedziałem, że mimo wieczornych krzyków mu ufam, a gwiazdy nad siedleckim zalewem świeciły jaśniej niż należy, ufając, że nikt w tych niepozornie szczęśliwych czasach tego nie zauważy.

See? I'm real.


Stukam długopisem w kartkę irytując sąsiadów. Na chłopski rozum wszystko rozumiem, ale po raz kolejny z lędźwi odzywa się przerażająca i ekscytująca świadomość tego, że jest za późno, bo wstrzymałem oddech, bo za darmo i tak wisiałem ci piwo, bo to i tak prosty egzamin. Coś dziś jeszcze miałem zrobić. Coś zapisanego głęboko w zwojach znad morza martwego, w księdze wszechświatów nieomylną ręką Demiurga. Miałem odpowiedzieć na pytanie numer dwadzieścia trzy, ale długopis tak długo zwisa nad kartką, tylko raz na jakiś czas trącając ją od niechcenia, że najpewniej jest już dawno po siedemnastej i zamknęli mnie w tej sali, żebym pokutował za cały czas spędzony nie w komunikacji miejskiej, nie nad książkami, ale w łóżku. Sen, śpię dziewięćdziesiąt godzin tygodniowo i dziewięć godzin tygodniowo, w zależności od aury tej za niedostępnym, choć żaluzja nam się nie domyka, oknem i tej bijącej z biurka samego przez się, przy którym spędzamy życie,

But you never did.


Pracy z poetyki należą się spłodzone jakkolwiek cztery strony. Cztery, jak cztery są pory roku, cztery strony świata, cztery kąty pokoju, który uwięził mnie przy pomocy temperatury i bezbożnej pory. Bramy pozostawały otwarte jeszcze kilka chwil temu, kiedy Janek stwierdził, że pora na niego, jeszcze odźwierny zwany Nocnym nie kazał płacić sobie haraczu. Nocny na dziesiątakach to i haracz niemały, liczony w jednostkach wyobraźni, jakie by nie były. Najważniejsze, że wzrok uciekający w górę wcale nie natrafia na wnętrze czaszki, ale na rzeczone gwiazdy uparcie przypominające cały przesadny rozmach dawnego nieba. Przy przesadnym rozmachu bywa tak, że rozmachnięta ręka na coś boleśnie trafia, lub też beztrosko tnie purpurową, atramentową, albo sinoświtową przestrzeń, na cmentarzu, na osiedlu, w stolicy, albo wracając histerycznym galopem trzy kilometry i piętnaście lat wstecz, nad rzeczonym (TAK, TO SŁOWO DOMINUJE KAŻDĄ SŁABĄ W TYM MOJĄ DUSZĘ) zalewem.


You promised you would take me there again.


Dlaczego pytacie? O co wam chodzi, że zacytuję Czarka? Naprawdę, muszę spowiadać się z tak potwornie mało leśnych atrybutów jaźni? Tak, niech wam będzie. Posiadam zasady. Ba, pryncypialne zasady. Niezmienne, jak soczysta czerwień na sosnach okalających zachodni brzeg bajora na skraju miasta, sosnach, które będą zmuszone obserwować tragiczny koniec Projektu Dopełnienia Ludzkości. Chociaż może to tylko ja, mylący pory roku, miejsca Polski, zmierzchy i świty i towarzyszących im ludzi. Jeśli księżyc jest zbyt duży, nie możesz spojrzeć na drugą ci osobę, bo w środku skończy się wszystko i czerwone morze czerwonej wody pochłonie wszelką jaźń, by stopić ją w doskonałe Jedno. Może nie dziś, ale kiedyś, kiedy Trup ze złożonymi skrzydłami przekornie mrugnie i szepnie zachrypniętym głosem około godziny szesnastej, gdy dojdzie już do siebie, że nie ma się czego obawiać, bo to całe wielkie, czerwone morze, w które stopiła się ludzkość, to tylko wino. Wracając, mam zasady. Sztywne, rygorystyczne zasady, które pętają mój charakter i zakuwają (jak Wy bo ezgamin coś jutro o 10 trudne bylo kto pytaniaa ma) umysł w kajdany. Zasady brzmią - nie należy wymiotować w trakcie pisania.

wtorek, 22 stycznia 2013

Dziewczyna

Prawdziwa noc następuje zimą. Tylko wtedy jest cień szansy i odbity na śniegu błysk nadziei na to, że taka właśnie noc będzie stanem permanentnym, wyzwalającym dziką rozpacz i każącym instynktowi samozachowawczemu czym prędzej czmychnąć z metra. Nie mogło obyć się bez metra, żaden dzień nie może i ta mordercza tendencja sprawia, że ruchy, które nigdy nie były pewne, ani płynne, katastrofalnie tracą na tych cechach jeszcze bardziej, i to na rzecz rozedrganej mozaiki złożonej z setek dziesiątków tysięcy karykaturalnych, atawistycznych ruchów wyrażających wspólną myśl określającą ten nadbyt (od[rzucony]byt?) - ruchów, jakie wykonuje topielec niespiesznie poszukujący czegoś do zmiażdżenia w palcach i czegoś do wciągnięcia ustami.
 Takiego topielca należy potraktować z nieufnością, ponieważ jak powszechnie wiadomo, nikt nie chce umierać sam. Wykorzystując jego tendencję do wciągania rzeczy ustami, możemy nauczyć go palić. Janek nie pal. Jednak bardziej wskazane jest potraktowanie rozpaczliwca z metra, desperata z jeziora pięścią. I tak się stało, tak się musiało stać, jak zwykłem mawiać.
Kłamałem. Wcale nie zwykłem mawiać, choć chciałbym. Mijając z lewej naturalną potrzebą wokalizacji myśli poweźmijmy zdecydowane kroki krętą ścieżką w las, kończąca się stwierdzeniem "choć chciałbym. Chciałbym mieć swoje powiedzenie." Jedyne, co zostało zaobserwowane przez O.T.Oczenie to fraza (ponoć siedlecka) "O Tak O" pełniąca funkcję przysłówka. Nie wiem, czy to ja się nie staram, czy otoczenie.
Otoczenie ma to do siebie, że bezczelnie, szczelnie otacza i jest tak rzeczywiste, że łapią mdłości i trzymają, póki z ciągnącego się w nieskończoność, obcego osiedla nie ucieknie się w pułapkę przyrdzewiałych objęć wanny. Lewa ręka, ta od pisania, spoczywa na lewym brzegu, zaciśnięta kurczowo, zdaje się, że nagle zatęskniła za czymś rzeczywistym, nic co ludzkie nie jest jej obce, więc hipokryzja też nie. Prawa, z którą los często obchodził się mniej łaskawie zsuwa się pogodzona z rzeczonym losem, by bezdźwięcznie opaść w toń mętnej wody. I tu zaczynają się schody, a żeby było jeszcze mniej śmiesznie - schody w dół. Przez odpływ, w dziedzinę rdzy, którą czuć, a której nie widać. Umysł odmawia, nie mam błędnika, więc nie wiem, czy pełznę w górę, czy w dół. Natura nie znosi próżni, ani braku równowagi. Gdzie jest mrok, tam też, parę kroków dalej, musi być światło. Trzeba tylko mieć odwagę spojrzeć za siebie. "Bo dla tego, kto jej nie ma, a spojrzy, skutki mogą być opłakane." Zatrzymuję się w połowie obrotu i trwam w chwili spokoju, otoczony kapaniem. Może to tylko kaloryfer przy łóżku. Może opłakanym, albo choćby i tylko smutnie wspomnianym skutkiem będzie przegniły dywan?
Właśnie w pół drogi w ślepy punkt trafia smuga światła, za którą idę chwiejnym krokiem. Na końcu ścieżki jest świetlik, bo jakżeby inaczej, skoro pismo o świetle.

A przez świetlik
Odgłos kroków
Sączy w oczy
Coś dla wzroku

Mijaliśmy się przecież dziś na schodach. Ja wszystko rozumiem, wtedy było jeszcze jasno. Ja wiem, że noc, zwłaszcza prawdziwa noc, która następuje zimą pozwala na wiele. Na wiele, ale na zbyt wiele? Na zbyt dużo dla mnie? Na coś, czego nie może przełknąć moje przepalone metr dziewięćdziesiąt coś, zazwyczaj mówię trzy, z wrodzonej skromności. Dziedzina rdzy nie mieści się wcale gdzieś głęboko w kanalizacji, gdzie nie dociera warszawski chlor. O nie, nie wierzcie to. Jądro zardzewienia, zakurzenia, zastania rzeczywistości, huczącej pustki znajduje się dwa piętra nade mną. W mieszkaniu pana Miłosza, lat sześćdziesiąt, a może dwadzieścia, jakiż chory umysł może to wiedzieć. Pierwotny strach, nie strach przed ogniem, przed piorunem, pierwotny strach przed czymś, co doskonale znane tkwiło dotąd głęboko pod zaspą wspomnień tak nierealnych, że cudzych przyprawia mnie o paniczną rejteradę Stamtąd. Nic tak nie irytuje jak nieporozumienie, a jasne zasady czynią przyjaciół, więc proszę zrozumcie mnie dobrze. To nie tak, że w wydumany sposób tłumaczę braki w słownictwie, wyobraźni, czy lenistwo. Chciałbym móc, ale nie mogę i nie umiem opisać odrażającej w swoim zezwierzęceniu ucieczki. Ścieżką znaczoną przez coraz większą ustępliwość światła, klaustrofobicznymi tunelami wypełnionymi już nie kapaniem, a zaniepokojonym szumem, schodami w górę, gęstwiną mętnej wody. Lewa ręka, spolegliwa, o nic nie pyta, tylko wspiera się na śliskiej ceramice, prawa przerażona surową niesprawiedliwością idzie w jej ślady. Mokre ślady stóp znaczą brudną klatkę schodową, a potem brudny śnieg. Nieskończenie długo przedzieram się przez nieskończone osiedle, aż znajduję ukojenie w katatonicznie migotliwym świetle jarzeniówki. I z powrotem jestem w metrze, zimą.

środa, 12 grudnia 2012

The moment she knew

                           Z rzeczy powiedzianych i zasłyszanych

"-Wiesz, kiedy siadłem przed klawiaturą, jak co poniedziałek i choć ten już nie istniał, to nie wiedziałem, gdzie zabierze mnie myśl. Może dworek w lesie, może góry zimą, a może miasteczko na Podlasiu. Takie typowe dla mojej głowy miejsca, rozumiesz. Sam pewnie jesteś w posiadaniu wyobrażeń obszarów, w których myśli płynęłyby (bo przecież nie biegły) inaczej. Tam gdzie dojeżdża się rowerem po kocich łbach, spaceruje niespiesznie wśród stosów liści (lokaj w więzieniu za morderstwo), lub człapie ciężko po śniegu. Nie, nie moglibyśmy tam razem, sam wiesz, w szafce ze sklejki nalewka babci, w dębowym barku łysek, wśród śniegu surowe mięso reniferów. Jakże to tak, we dwóch? Ale nie martw się, któregoś to dnia, po zajęciach, na których mnie nie było, udamy się powolnym krokiem do szemranej knajpy w którejś lwowskiej bramie i przy wdzięcznym akompaniamencie porządnych schabowych z kapustą zaczniemy miarowo, bo jakżeby inaczej, wychylać kolejne stopki, a niebo nigdy nie pojaśnieje, choćby nie wiem jak się starali wszyscy domorośli poeci świata, tak przekonani o wartościach.

-Wiesz, ty zapadasz się coraz niżej w tym fotelu pośród morza zaniedbań i nie tworzysz nic, prócz kolejnych migających scen, może i wyrazistych, ale pustych, jak butelki pod biurkiem. I dobrze ci z tym, z tą świadomością, że ktokolwiek to przeczyta?

-Wiesz, momentami jeszcze pamiętam to, co piszesz. Te wszystkie błękity, tam u nas, dawno. Ale momentami to mam już trochę dość. Bo jak ty to sobie wyobrażasz, ja tu, na łóżku, one mnie dziabią, co noc kaleka we łbie, a ty sobie pozwalasz na takie to tu, to tam, bo śmiesznie? Może i słusznie. Leć już, masz dwie dychy na pociąg.

kap, kap, kap, kroplówka.

tup, tup, tup, po śniegu

gul, gul, gul, niedobre, zrób mi raczej szota, równie niedobry panie Leżanie.


-Wiesz, czasami sobie myślę, że gdybym się postarał, to pozbyłbym się nienawiści do ludzi, a gdybym wypił odpowiednio dużo, to zapomniałbym o tym, że wszyscy dookoła ją żywią i to takie nudne w swej nienaprawialności.



Powietrze gęste od krzyku, szeptu,

Oddechu głębokiego, od słów pełnych siły,

Choć z ust bez uśmiechu zrodzone.

A krew w kolorze bursztynu.

A ogień w kolorze bursztynu."

wtorek, 4 grudnia 2012

Faustian Echoes


Ta historia trąci banałem. I trupem trąci też. Było nas z dziesięciu, jeszcze nie dziesięcioro, bo najstarszy miał jakieś 10 lat, najmłodszy 5, toteż umysły pozostawały czyste, a czasy złote. Osiedle postawione w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych dla zasłużonych w walce z komunizmem, lub kratami pomostowymi i dla tych zamożniejszych stanowiło jeden wielki plac zabaw. Obiady, na wspomnienie których teraz kurczy mi się żołądek były jedynie przeszkodą w usmażeniu mózgu na amen, a między tym całym zamętem i wiecznoletnim skwarem snuł się, czy może człapał K. Chuda, wydłużona postura czapli, zaschnięta twarz, pachnące krochmalem ubrania i oczy nieustannie wbite w cel, którym czasem była poczta, czasem spożywczy, czasem nadjeżdżający autobus. Wśród wąsatych samorządowców i pań domu dopiero rozsmakowujących się w wolnorynkowym dobrobycie krążyły pogłoski o owdowieniu K. i jego czerwonej przeszłości. Czy były prawdziwe? To wiedział chyba tylko Wasyl. Wasyl, tak miał się nazywać jego wierny kundel. Półgłosem, w cieniu trzech jabłonek opowiadaliśmy sobie historie o długich monologach K. skierowanych w stronę cichego psa, a czyniliśmy to z powagą przyćmiewającą słońce. Z równie wielkim przejęciem syczeliśmy nieznane, dorosłe słowo, śledząc K. w jego wędrówkach tak daleko, na ile pozwalały nam ograniczenia rodziców. [Ubekk], dziecięco bezlitosne brzmienie sprawiało, że Wasyl kładł po sobie nadszarpane uszy, a K. zaciskał mocniej sękate dłonie na płóciennej siatce i szedł szybciej, garbiąc się jeszcze bardziej. W październiku, dorocznym czasie detektywów w czerwonych rękawiczkach i gryzących szalikach, czasie 7 urodzin Konrada, nie wiedząc o tym, zakończyliśmy naszą ostatnią sprawą. Przez trzy dni i trzy noce światło na trzecim piętrze bloku numer 125 płonęło nieprzerwanie, w akompaniamencie ujadania psa. W nocy z 24 na 25 października K. powiesił się, w zamkniętym mieszkaniu. Zapewne mając na uwadze dobro i apetyt Wasyla, powiesił się boso.

Obaj czekamy na jakikolwiek autobus w stronę metra. Ja walcząc dusznościami i drżeniem dłoni, on spokojnie paląc podle pachnącego papierosa. Nie wyróżnia się niczym od setek, tysięcy odbarwiających to zabijające miasto podobnych mu jegomości w przybrudzonych kurtkach, z kilkudniowym zarostem, którzy zawsze każą mi się zastanawiać nad ich przeszłością. I nie zauważyłbym go, gdyby nie dwukołowy wózek, tak charakterystyczny dla szlachty naszych czasów. Przymocowana do wózka płócienna torba nie zawiera już butelek. Na jej szczycie uwiązany chwieje się pojemnik do przewożenia zwierząt. W wózku kręci się z właściwą swojemu gatunkowi niecierpliwością czarny kotek. Przypatruję się kotu, uśmiecham na widok kolejnego słusznego łyka pociągniętego z niedbale umieszczonej w kieszeni dresów flaszki, on uśmiecha się ze zrozumieniem na widok moich oczu, a może uśmiecha się do myśli. Wysiada na Podbipięty. Nazajutrz znajdą go pięćset metrów dalej, z resztką życia tlącą się dzięki dawkom spirytusu spokojnie odmierzanym dla podtrzymania życiodajnego żaru. Kot zdechł. Do dziś nie ustalono, czy dlatego, że klatka była zamknięta, czy z powodu abstynencji.

Po ucieczce z metra niecierpliwie bębnię palcami o ladę w Żabce. Na Nocznickiego znam już rozkład kałuż, wiem gdzie i przy której piosence mogę się rozpędzić. Z kaloryfera kapie, telefon milczy, audycja gra, przełyk domaga się ulgi, fejsbuk zasypuje tonami gówna, talar mamrocze do siebie grając w Sampa. Jutro pójdę na NOL, obiecałem Jankowi, muszę zapytać Karolinę o zwolnienie lekarskie, pogadać z Czarkiem. Artur ma przyjechać. W głowie huczy mi Twoje pytanie o to, czy wierzę. I odpowiada Twoje stwierdzenie – „przez ciebie to wszystko jest smutniejsze, gburze.” Kamil Mrozkowiak kończy audycję, ja kończę portera, telefon nie kończy milczenia. Kładę się z ratunkową flaszką na wypadek koszmarów. Między mną, a Nią sadowi się Bonus RPK, moje czarne kocię. Śni mi się, że oddaję krew, a może jest te kilka dni wcześniej i naprawdę właśnie ją oddaję. Poduszeczka z pięćdziesięcioma mililitrami do badań leży pod moim łokciem.
„-To moja krew jest taka ciepła?
-Tak ciepła jak pan, 36,6.”
Ale nagle z powrotem jest ciemno, z powrotem muszę wstać na bezbożną 11:30, nie mogąc zostać z Tobą w łóżku. Tylko nadal jest mi zbyt ciepło, pod łokciem, policzkiem przy brzuchu, na udach. Albo Bonus przez godzinę monstrualnie przytył, albo się zlałem. To ci wstyd. Tylko zapach żelaza każe mniemać inaczej. Przez kilka sekund zimnego przerażenia uświadamiam sobie co się dzieje i wyciągam drżącą, unurzaną w sobie dłoń, by „szalone, czerwone słowa” wypisać na ścianie. Jutro talar obudzi się i znajdzie moją zimną substancję, oraz mój przekaz dla świata, brzmiący – JAN PIOTR JAKUBOWSKI JEST NAJLEPSZY Z NAS WSZYSTKICH.”



A wszystkim zatroskanym dedykuję niniejszy apel – jakiekolwiek próby pracy twórczej dalej zwane NOTKĄ nie stanowią podstawy do wyrabiania sobie opinii, sądów o stanie mojego zdrowia psychicznego, bądź jego wpływie na najbliższe otoczenie. Szeroko pojętych rodziców, studentów psychologii, adoratorów (na posiadanie adoratorek sobie nie pozwalam), księży, współlokatorów, współstudentów, znajomych i Jana Jakubowskiego zapraszam na prywatne spotkania, w trakcie których mogę wyjaśnić swoją pokrętną logikę pojęcia „fikcja (tocidobre) literacka”.