środa, 19 października 2011

Left foot trapped in a sensual seduction

Tydzień minął od ostatnich wypocin. Niby dużo do opisania, a czasu mało. Więc nie zdziwicie się, jak znów notka rozlezie się na dwa dni... Jestem mistrzem systematyczności.

Co da się zrobić przez tydzień? Mnóstwo. Ale po co, kiedy można dzień w dzień widywać się z Pauliną? Łatwo to zbagatelizować, kiedy jest obok, ale ten uśmiech, kiedy dźwięk dzwonka ledwo zdąży przebrzmieć... Do dziś nie wiem, co ten uśmiech znaczy. Wiem, że go uwielbiam. I jestem całkiem zadowolony z faktu iż od Jej powrotu, miałem okazję widzieć go w piątek, sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek. A dziś jest środa. Nie dziękujcie, już niedługo dzięki mojemu blogowi kalendarze pójdą w odstawkę.

Zabawna rzecz - szkoła. W ciągu dwóch lat nie naumiałem się francuskiego ani trochę. I Talar też nie. Mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością. A z trzech dowolnych tematów wyrwaliśmy po tej trójce. O tym, jak pisałem klasówkę z historii nie powiem, bo zainteresowane osoby mogłyby mieć kłopotki. Ale chciałbym gorąco podziękować Paulinie i Julce... co? Wygadałem się?

Takie osiągi w szkole są tym dziwniejsze, że ostatnio kiepsko sypiam. To znaczy sypiam całkiem nieźle, ale często coś mi przeszkadza. Zazwyczaj wygląda to tak-
leżę wygodnie i zajmuję 120 % łóżka. Włosy zajmują jeszcze jakieś 10. Jest całkiem przyjemnie i już, już mam pogrążać się w słodkich odmętach snu, kiedy nad uchem brzęczy mi uprzejme chrząkanie. Tak chrząka ksiądz, który właśnie dostał od ciebie po twarzy balonem (pozdrawiam x. Sidoruka). Ale tym razem to nie on. To coś gorszego.
-Stefek? Co jest? O co znowu chodzi?
-Witaj, abnegacie. Widzisz, tak się zastanawiałem... i dochodzę do ciekawego wniosku, iż mam ochotę na spacer!
Tak, tak. Muszę po nocy dyskutować z własnym kotem. Nie wiem co jest gorsze. Absurdalność tej sytuacji, czy fakt iż daję się w coś takiego wciągnąć.
-Spacer? Jest za późno. Nikt z Tobą nie wyjdzie.
-Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
-Widzisz, mój nader głupi kocie. Życie jest pełne zależności. Ode mnie zależy, czy nie wylecisz za moment przez okno, od mojej rodzicielki, czy będziesz miał co jeść, od ojca, czy piekarnik jest na Ciebie za mały, czy w sam raz. Jeśli nie bierzesz tego wszystkiego pod uwagę, nie możesz żyć we współczesnym społeczeństwie. Więc wybieraj. Albo samotność, albo niewygoda wynikająca z niemożności pofolgowania egoistycznym chęciom.
Po chwili takich wywodów budzę się i mam już spory problem z zaśnięciem. Bo przecież muszę to zapamiętać i wykorzystać w kolejnej notce, nieprawdaż?

Ale jest sposób na senność. Pływanie. Znów basen. Znów mogę poczuć się dobrze, kiedy krew dudni w uszach, słychać tylko nieokreślony szum, a przed oczami przesuwają się kafelki, którymi wyłożone jest dno. I tak do przesady, aż zacznie robić się ciemno. Jeśli jest ciemno, to trzeba się wynurzyć. W tym roku mam zamiar dobić do dwóch pełnych długości. Albo zachłysnę się po drodze i będzie wieeeelki, wesoły pogrzeb. Co wy na to, maturalna regato?

Hm. Tłuszcza wymaga czegoś poruszającego. No to temat miesiąca! Przytyłem! Z wakacyjnych 79 kilogramów (chudzinko, dla ciebie nie matura, a badMINGton), do pysznych 87. Które po dwóch dniach spadły do 84. Nie bardzo rozumiem, ale chyba mnóstwo zależy od obiadów autorstwa Mamy Pauliny. Mniamuśnych obiadów, należy dodać. Dużych. No i dojadam po Pyzie. Tak, to wszystko tłumaczy.

Co dalej? Naumiałem się tańczyć walca. Całkiem przyjemnie i podobno nieźle mi szło! So fcukin' proud! Walec ma być na studniówce (skojarzenie ze studnią jest u mnie nieuniknione...). Ale nie wiem czy ktokolwiek dożyje do studniówki. Frustracja wynikająca z powtarzania klasy sięgnęła u Artura zenitu i postanowił wszystkich zabić. Dlatego nie planujcie za bardzo swojej przyszłości. Zresztą nawet jeśli nie wyjdzie (bo Artur na przykład zaśpi), to się nie cieszcie zbyt wcześnie. Jak kobiałki z mojej klasy dojdą do władzy, to wszystkich wykastrują albo pozabijają, bo są katoliczkami z silnie rozwiniętym zmysłem moralnym.
Ale nic to. Jeszcze tylko czwartek i jedziemy. 

Notka o niczym. Więc może jakiś wyjątkowo emocjonalny kawałek na koniec..? Dobrze. To naprawdę nie jest łatwe. Ofiaruję wam cząstkę siebie. Doceńcie. Nie oceniajcie. Nie próbujcie zrozumieć. No nie gadajcie! Uwierzyliście? Ale, ale. Nie można pozostawiać niedosytu. Może coś z odległej przeszłości? Piosenka niejakiego chinka, znanego w prograch jako dcm (chyba). Gdyby was to interesowało, to już wiecie czemu.

See You, Space Cowboy! (zawsze chciałem to napisać)

2 komentarze: