środa, 12 grudnia 2012

The moment she knew

                           Z rzeczy powiedzianych i zasłyszanych

"-Wiesz, kiedy siadłem przed klawiaturą, jak co poniedziałek i choć ten już nie istniał, to nie wiedziałem, gdzie zabierze mnie myśl. Może dworek w lesie, może góry zimą, a może miasteczko na Podlasiu. Takie typowe dla mojej głowy miejsca, rozumiesz. Sam pewnie jesteś w posiadaniu wyobrażeń obszarów, w których myśli płynęłyby (bo przecież nie biegły) inaczej. Tam gdzie dojeżdża się rowerem po kocich łbach, spaceruje niespiesznie wśród stosów liści (lokaj w więzieniu za morderstwo), lub człapie ciężko po śniegu. Nie, nie moglibyśmy tam razem, sam wiesz, w szafce ze sklejki nalewka babci, w dębowym barku łysek, wśród śniegu surowe mięso reniferów. Jakże to tak, we dwóch? Ale nie martw się, któregoś to dnia, po zajęciach, na których mnie nie było, udamy się powolnym krokiem do szemranej knajpy w którejś lwowskiej bramie i przy wdzięcznym akompaniamencie porządnych schabowych z kapustą zaczniemy miarowo, bo jakżeby inaczej, wychylać kolejne stopki, a niebo nigdy nie pojaśnieje, choćby nie wiem jak się starali wszyscy domorośli poeci świata, tak przekonani o wartościach.

-Wiesz, ty zapadasz się coraz niżej w tym fotelu pośród morza zaniedbań i nie tworzysz nic, prócz kolejnych migających scen, może i wyrazistych, ale pustych, jak butelki pod biurkiem. I dobrze ci z tym, z tą świadomością, że ktokolwiek to przeczyta?

-Wiesz, momentami jeszcze pamiętam to, co piszesz. Te wszystkie błękity, tam u nas, dawno. Ale momentami to mam już trochę dość. Bo jak ty to sobie wyobrażasz, ja tu, na łóżku, one mnie dziabią, co noc kaleka we łbie, a ty sobie pozwalasz na takie to tu, to tam, bo śmiesznie? Może i słusznie. Leć już, masz dwie dychy na pociąg.

kap, kap, kap, kroplówka.

tup, tup, tup, po śniegu

gul, gul, gul, niedobre, zrób mi raczej szota, równie niedobry panie Leżanie.


-Wiesz, czasami sobie myślę, że gdybym się postarał, to pozbyłbym się nienawiści do ludzi, a gdybym wypił odpowiednio dużo, to zapomniałbym o tym, że wszyscy dookoła ją żywią i to takie nudne w swej nienaprawialności.



Powietrze gęste od krzyku, szeptu,

Oddechu głębokiego, od słów pełnych siły,

Choć z ust bez uśmiechu zrodzone.

A krew w kolorze bursztynu.

A ogień w kolorze bursztynu."

wtorek, 4 grudnia 2012

Faustian Echoes


Ta historia trąci banałem. I trupem trąci też. Było nas z dziesięciu, jeszcze nie dziesięcioro, bo najstarszy miał jakieś 10 lat, najmłodszy 5, toteż umysły pozostawały czyste, a czasy złote. Osiedle postawione w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych dla zasłużonych w walce z komunizmem, lub kratami pomostowymi i dla tych zamożniejszych stanowiło jeden wielki plac zabaw. Obiady, na wspomnienie których teraz kurczy mi się żołądek były jedynie przeszkodą w usmażeniu mózgu na amen, a między tym całym zamętem i wiecznoletnim skwarem snuł się, czy może człapał K. Chuda, wydłużona postura czapli, zaschnięta twarz, pachnące krochmalem ubrania i oczy nieustannie wbite w cel, którym czasem była poczta, czasem spożywczy, czasem nadjeżdżający autobus. Wśród wąsatych samorządowców i pań domu dopiero rozsmakowujących się w wolnorynkowym dobrobycie krążyły pogłoski o owdowieniu K. i jego czerwonej przeszłości. Czy były prawdziwe? To wiedział chyba tylko Wasyl. Wasyl, tak miał się nazywać jego wierny kundel. Półgłosem, w cieniu trzech jabłonek opowiadaliśmy sobie historie o długich monologach K. skierowanych w stronę cichego psa, a czyniliśmy to z powagą przyćmiewającą słońce. Z równie wielkim przejęciem syczeliśmy nieznane, dorosłe słowo, śledząc K. w jego wędrówkach tak daleko, na ile pozwalały nam ograniczenia rodziców. [Ubekk], dziecięco bezlitosne brzmienie sprawiało, że Wasyl kładł po sobie nadszarpane uszy, a K. zaciskał mocniej sękate dłonie na płóciennej siatce i szedł szybciej, garbiąc się jeszcze bardziej. W październiku, dorocznym czasie detektywów w czerwonych rękawiczkach i gryzących szalikach, czasie 7 urodzin Konrada, nie wiedząc o tym, zakończyliśmy naszą ostatnią sprawą. Przez trzy dni i trzy noce światło na trzecim piętrze bloku numer 125 płonęło nieprzerwanie, w akompaniamencie ujadania psa. W nocy z 24 na 25 października K. powiesił się, w zamkniętym mieszkaniu. Zapewne mając na uwadze dobro i apetyt Wasyla, powiesił się boso.

Obaj czekamy na jakikolwiek autobus w stronę metra. Ja walcząc dusznościami i drżeniem dłoni, on spokojnie paląc podle pachnącego papierosa. Nie wyróżnia się niczym od setek, tysięcy odbarwiających to zabijające miasto podobnych mu jegomości w przybrudzonych kurtkach, z kilkudniowym zarostem, którzy zawsze każą mi się zastanawiać nad ich przeszłością. I nie zauważyłbym go, gdyby nie dwukołowy wózek, tak charakterystyczny dla szlachty naszych czasów. Przymocowana do wózka płócienna torba nie zawiera już butelek. Na jej szczycie uwiązany chwieje się pojemnik do przewożenia zwierząt. W wózku kręci się z właściwą swojemu gatunkowi niecierpliwością czarny kotek. Przypatruję się kotu, uśmiecham na widok kolejnego słusznego łyka pociągniętego z niedbale umieszczonej w kieszeni dresów flaszki, on uśmiecha się ze zrozumieniem na widok moich oczu, a może uśmiecha się do myśli. Wysiada na Podbipięty. Nazajutrz znajdą go pięćset metrów dalej, z resztką życia tlącą się dzięki dawkom spirytusu spokojnie odmierzanym dla podtrzymania życiodajnego żaru. Kot zdechł. Do dziś nie ustalono, czy dlatego, że klatka była zamknięta, czy z powodu abstynencji.

Po ucieczce z metra niecierpliwie bębnię palcami o ladę w Żabce. Na Nocznickiego znam już rozkład kałuż, wiem gdzie i przy której piosence mogę się rozpędzić. Z kaloryfera kapie, telefon milczy, audycja gra, przełyk domaga się ulgi, fejsbuk zasypuje tonami gówna, talar mamrocze do siebie grając w Sampa. Jutro pójdę na NOL, obiecałem Jankowi, muszę zapytać Karolinę o zwolnienie lekarskie, pogadać z Czarkiem. Artur ma przyjechać. W głowie huczy mi Twoje pytanie o to, czy wierzę. I odpowiada Twoje stwierdzenie – „przez ciebie to wszystko jest smutniejsze, gburze.” Kamil Mrozkowiak kończy audycję, ja kończę portera, telefon nie kończy milczenia. Kładę się z ratunkową flaszką na wypadek koszmarów. Między mną, a Nią sadowi się Bonus RPK, moje czarne kocię. Śni mi się, że oddaję krew, a może jest te kilka dni wcześniej i naprawdę właśnie ją oddaję. Poduszeczka z pięćdziesięcioma mililitrami do badań leży pod moim łokciem.
„-To moja krew jest taka ciepła?
-Tak ciepła jak pan, 36,6.”
Ale nagle z powrotem jest ciemno, z powrotem muszę wstać na bezbożną 11:30, nie mogąc zostać z Tobą w łóżku. Tylko nadal jest mi zbyt ciepło, pod łokciem, policzkiem przy brzuchu, na udach. Albo Bonus przez godzinę monstrualnie przytył, albo się zlałem. To ci wstyd. Tylko zapach żelaza każe mniemać inaczej. Przez kilka sekund zimnego przerażenia uświadamiam sobie co się dzieje i wyciągam drżącą, unurzaną w sobie dłoń, by „szalone, czerwone słowa” wypisać na ścianie. Jutro talar obudzi się i znajdzie moją zimną substancję, oraz mój przekaz dla świata, brzmiący – JAN PIOTR JAKUBOWSKI JEST NAJLEPSZY Z NAS WSZYSTKICH.”



A wszystkim zatroskanym dedykuję niniejszy apel – jakiekolwiek próby pracy twórczej dalej zwane NOTKĄ nie stanowią podstawy do wyrabiania sobie opinii, sądów o stanie mojego zdrowia psychicznego, bądź jego wpływie na najbliższe otoczenie. Szeroko pojętych rodziców, studentów psychologii, adoratorów (na posiadanie adoratorek sobie nie pozwalam), księży, współlokatorów, współstudentów, znajomych i Jana Jakubowskiego zapraszam na prywatne spotkania, w trakcie których mogę wyjaśnić swoją pokrętną logikę pojęcia „fikcja (tocidobre) literacka”.

poniedziałek, 29 października 2012

Bukowiec

Jezusie, uduszę się, jak mnie zaraz  talar nie poklepie po plecach. Jak zdechnę w ten sposób, to się nawet nie zdążę roześmiać okrutnym ho ho ho. Krew razem z dymem napływa do płuc i nie muszę pytać, czy to już, wiem, że to już.

Katie Melua zawodzi krążącymi w mojej głowie pętlami, powoli zimne powietrze dookoła oprócz tego, że zimne, staje się czyste. A to coś urokliwie nowego. Pałac Kultury, którego i tak nie widać łaskocze gdzieś za plecami, a ja podskakuję na wybojach, uskokach, koleinach, przelewa mi się w żołądku. Tak strasznie się rozkochuję w przeszłości, że od tygodnia jestem wczorajszy, jejku jej. Obok mnie siedzi pani Jadwiga. Nie zraziwszy się szkaradną facjatą częstuje mnie ciasteczkami, ja skąpany we wspaniałomyślnych pomrukach daję jej poczytać Blake'a i tak to sobie jedziemy, niestety tylko do Radomia, a szkoda, bo ciasteczka były dobre, a Blake był nudny.

"I wydech! Ładnie. Tylko nie machaj tak szybko łapami, gdzie ci się spieszy?! No, nie udawaj, jakbyś się dusił, to byś nie poprawiał okularów. Teraz setka grzbietem."

Od Radomia do Rzeszowa siedzę sam, ja i dwie czające się w kieszeniach słuchawki. Jakże wężowo syczą! Lepij niźli zawieszenie Autosana, którym się wiozę. Gdzieś z przodu ktoś otworzył Tatrę (sądząc po szlachetnym zapachu) i robi mi się przykro na wspomnienie wspaniałych chwil (też był śnieg, pamiętasz?), kiedy to siorbiąc Ciechana (sic!) nieufnie patrzyłem na wściekle napakowaną chmielem butelkę od Pinty. Jeszcze etykiety byli stare. Jebut! Wybój wybił mi ze łba wspominanie i kazał wyciągnąć własne zapasy czerwonej wody. Pogrążam się w pracy twórczej, czyli napieprzam sudoku na telefonie i nie wadząc nikomu dłubię w nosie. Rzeszów zbliża się równie nieubłaganie co kolejne kichnięcie i sam nie wiem, które jest gorsze - moje, czy kierowcy? Albo usmarkam sobie pożyczoną od ojca skórę i mnie zabije, albo kłak w czerwonym nochalu kierowcy drgnie przed, którymś z zakrętów i wszyscy zginiemy.

"-Znowu nie wysuszyłeś włosów! Będziesz chory i rodzice będą mieli pretensje do mnie.
 -Jak mi kupisz gorącą czekoladę, to nie będę chory.
 -Kupiłabym, gdybym miała pieniądze. Sobie.
 -Jesteś dorosła, dorośli mają pieniądze, kup mi, taaak się zmęczyłem pływaniem."

W Rzeszowie zaczynają się schody. Schody prowadzą do budy z zapiekankami. Ciężko stwierdzić, czy zapiekanki są podawane zimne, czy tak szybko stygną powodowane końcem października. Hardo walczę o słodką kukurydzę z zaciekle bezczelnym wiatrem, jednocześnie dowiadując się, że praca kijowa i płacą psie pieniądze, a po tych dwóch latach to by mogli więcej. Z zapałem potakuję głową (bo co mam robić?) i łykam kolejne kęsy. Zimno mi w brzuchu, cholera. Na herbatę już nie mam pieniędzy, zresztą kto by ufał herbacie.

"-Narozwalałeś tym jedzeniem po całej Poznańskiej! Poczekaj, jak babcia zobaczy dżem na obrusie to ci flaki wypruje.
 -Nie wypruje, bo mnie lubi.
 -Ja też cię lubię, a mogę zrobić tak! (jebudu!)
 -Ałaaaaaaaa!"

Wieeelkie kłęby dymu. Pan Tadeusz zna się na rzeczy i chociaż nie chce powiedzieć jakiego tytoniu używa, to od samego wyglądu Jego fajki z pozłacanym cybuchem bije wieloletnie doświadczenie. Cieszę się, że razem czekamy na ten sam autobus do Sanoka, tym bardziej, że wygląda jak nieśmiertelny kapitan Price i mam ochotę zapytać go, jak to naprawdę było z tym nazistowskim okrętem. Mój papieros powolutku się dymi, Jego fajka z rozmachem się kopci, z dachu pekaesów kapie brudnawy śnieg. Milcząca obserwacja ludzi dookoła pomaga nam obydwu w walce z chłodem, więc obserwuję i w zamyśleniu zazdroszczę sumiastego wąsa.

"-Nie tutaj.
 -A gdzie?
 -Nie wiem, masz jakiś pomysł?
 -Kilka."

Sam nie wiem, co bardziej telepie, zimno, nalewka, czy wertepy. Jedną ręką przytrzymuje nieliczny bagaż, drugą przytrzymuję siebie, bo kieruje mną przeświadczenie, że jeszcze kilka kilometrów wśród szarych lasów i wybiję pustym łbem dziurę w dachu pekaesu, wylecę przezeń i tyle mnie widzieli. A nalewka zostanie w czujnych objęciach Pana Tadeusza, bo poczęstował się bez zbędnych krępacji z wprawą człowieka starszego. Suniemy buńczucznie, co nam kałuże, dokąd student sunie, pyta towarzysz niedoli, bo ja to wie pan mieszkam w Sanoku i tam nie warto jechać, wie pan.

"-Wie pan, to się zdarza raz na jakiś czas, ale mogła mu się stać krzywda, w końcu to duża jarzeniówka. 
 - Po mnie to ma, szybciej dojrzewa na zewnątrz niż wewnątrz, porozmawiam z nim oczywiście."

Zatrzymujemy się w samym środku wieeelkiej, mokrej kałuży. W samym jej sercu, chciałoby się rzec, gdyby tylko dało się obronić tezę stwierdzającą obecność takiego organu u kałuż. Radośnie do niej wskakuję mocząc oficerki ojca "tylkomiichniepomocz". Odprowadzam Pana Tadeusza i Jego fajkę pod dom (brzydki, fajny dom) i konspiracyjnie dzieląc się z nim ostatnim łykiem ruszam równie żwawo, co chwiejnie by dowiedzieć się, że dziś to najdalej dojadę do Dolnych, bo późno już trochę, wie pan. Musi mi to wystarczyć, bo nie mam wielkiego wyboru. Burkliwy kierowca dowozi mnie tam już w nieco beskidzkim stylu co tylko wzmaga chwiejność. W Dolnych pusto jak cholera, nawet księgarnie zamknięte na głucho, co nie wróży szczególnych możliwości komunikacyjnych. Dopiero koło godziny 19, kiedy czarna rozpacz każe iść do baru (a do barów w Dolnych się nie chodzi) spotykam pana Leszka, zwanego Lesiem, który z niedowierzaniem zgadza się mnie zawieźć do Górnych za jedyne trzy dychy. Wietrzę podstęp, ale powonienie mi szwankuje, więc pewnie niesłusznie.

"Jakbyś skręcił do Czarnej, to pokazalibyśmy ci szkołę, w której się poznaliśmy, czekaj... ile? Pięć lat temu! Jaaa cię, stary, ten czas to leci."

Dwa lata temu było tu równie upiornie. Tamto dotkliwe wspomnienie zatarło się trochę pod wpływem tegorocznej, letniej wizyty, kiedy Ustrzyki jak zwykle udawały, że są miejscowością, a nie tylko miejscem. Nie słychać nic, oprócz strumienia, nie widać nic, oprócz wieży kościoła. I tam się muszę udać, jeśli tylko pamięć mnie nie myli (nie myli, tak se tylko powiedziałem). Szczyty dookoła dają o sobie znać tylko złowieszczym dudnieniem, skryte w czerni. I nie ma tu ani jednego anioła. Zresztą nigdy żadnego nie było, ta piosenka jest obrzydliwie groteskowa w porównaniu ze spuchniętymi, zsiniałymi Bieszczadami, które są gnijącym udziałem tubylców i tambylców każdego dnia. Odnajduję chyba jedno, jedyne światło wskazujące na lokalizację plebanii i z podpitą pewnością swego celu pukam.

"-Dobry, zastałem Księdza?
 -Bry, zaraz będzie.

Mam czas obmieść wzrokiem kuchnię, w której zostałem ulokowany. Jest mała, drewniana i pachnąca dymem. Taką pamiętam, dobrze trafiłem.

 -Niech będzie pochwalony, co pana sprowadza?
 -Na wieki wieków. Noclegu szukam, a wiem, że Ksiądz cały rok ośrodek prowadzi.
 -No nie bardzo, bo widzi pan, remonty mam i w pokojach i w domkach, ale coś wymyślimy, nie wygonię pana przecież..."

Wiem już, jak to się skończy. Umawiamy się na 25 polskich złotych za dwie noce i ląduję w tej samej piwnicznej klitce przy kotłowni, co dwa długie lata temu. Jako wyraz dobrej woli ofiarowane zostają mi dwie kanapki z dżemem i herbata. Rozmowa się nie klei i podśmiewam się w duchu, bo pamiętam, kiedy na moim miejscu siedział mój ojciec i miał ten sam problem z tym samym Księdzem. To musi być człowiek z żelazną psychiką, mieszkać tam cały rok i się nie powiesić, powiedział kiedyś z właściwym im wdziękiem któryś z zakapiorów i miał cholerną rację. Wyciągam się na zbitym z dwóch desek na krzyż (w końcu kościół tuż obok) łóżku i pozwalam Siczce trochę zszargać mi nerwy. Zasypiam rżąc jak idiota na myśl o całym realnym świecie, który na nieokreślony okres czasu przestał istnieć. Budzi mnie, a jakże, dym z kotłowni. Stary przyjaciel, pasztet podlaski sponsoruje śniadanie i wszystkie inne posiłki, a jedząc szykuję odpowiednio duży, odpowiednio zmodyfikowany termos.

"Pij, pij, ja nie muszę. Jakoś głupio w tym przewodniku pokazują, nigdy nie pamiętam, czy oni zawyżają, czy zaniżają czasy. No ale nic to, teraz i tak jest zima, to możemy równie dobrze to wywalić. Jak będziesz chciał zawrócić to powiedz."

Nie chcę zawracać. Wyglądam jak ostatni, albo lepiej, jak pierwszy bezdomny i przebijam w tym względzie nawet Artura (ostatnio była mowa o Arturze z polonu, teraz o Radomyskim), ale jest mi wygodnie i ciepło i nic innego nie powinno się liczyć. Śniegu nie ma, jest tradycyjne błoto. Po kolana, ale to się później zeskrobie. Chociaż oddech nie przyspiesza, co znaczy, że ja powinienem. Dookoła "umarłe drzewa proszą o litość", ale nie jest mi dane żyć na tyle długo, żeby im pomóc. Po drodze nie spotykam nikogo, a po drugiej godzinie w dole nie widać już nic. Mgła, psiamać. Rozorana dłoń sinieje i zastanawiam się, jak zabawnie byłoby ją całkiem stracić. Z nikim nie musiałbym się witać, piszę i tak lewą. No i prawicowych chłopców mógłbym jeszcze irytować. 

"Tam jest Słowacja, tam Ukraina. A tu chyba warszawioki przyczłapały, więc łap jeszcze łyka wody i lecimy dalej, bo do następnego schroniska jeszcze kawał."

Na szczycie chce mi się spać. Może to przez termos. Wieje całkiem przyjemnie, więc opieram się o krzyż i gapię przed siebie, póki nie wydudnię całej ciepłej, piekącej zawartości. Cholera jasna, wchodziłem tu na kacu, ale jak zejść po pijaku? Zaczynam czuć się co najmniej ciut niepewnie. Przypominam sobie wszystkie poprzednie powroty, mieszają mi się lata, drzewa szyderczo wchodzą w drogę, a strumyki zapraszająco szemrzą gdzieś hen, na dole. Śmiało, pośliźnij się, skręć kark, poleżymy razem. Końcówkę drogi pokonuję z chwiejnym niesmakiem i w kompletnych ciemnościach. Pomyśleć, że cztery miesiące temu lazłem tą samą asfaltówką z gderającymi biochemami, a trzy lata wstecz tryumfalnie kroczyliśmy tędy z chinkiem i bodziem, tacy dumni z siebie, bo zbiegliśmy i się nie pozabijaliśmy.

"-No weź pokaż!
 -Spieprzaj, to mój bieszczadzki kij, chcesz to sobie znajdź swój.
 -No pokaż, przecież to tylko kawałek drewna!"

W pokoju suszę rynsztunek i wracam myślami do Zamiaru. Tak, powinno być odpowiednio późno. Ksiądz zmęczony walką z wszechogarniającą desperacją pewnie dawno śpi i niczego się nie domyśla. Powoli, uważając, by nie brzęknął o żadną z butelek, wyciągam dłuugi, kuchenny nóż. Patrzę na niego z zimną determinacją. Nie ma odwrotu, wiem to, kiedy zamykają się za mną drzwi. Skradam się przez długie, ciemne korytarze prosto do celu. Pięć minut później jest po wszystkim. Zanim ktokolwiek się zorientuje, ja będę daleko. A może nikt nigdy nie zauważy, że w nocy ktoś odkroił solidny kawał schabu schowanego w lodówce?

Trzy torebki, pięć tabletek, sto pięćdziesiąt mililitrów, pięć łyżek cukru, wszystko zalać wrzątkiem. Podróż będzie bezbolesna i bezmyślna, efekt podobno sygnowany nazwiskiem Samego Pana "Połonina" Wasilewskiego. W lutym przyjdzie mi tu wrócić, zobaczyć Terkę, zaliczyć Tołstę i Monastyr. A póki co, wydłubując spomiędzy zębów resztki schabu w skupieniu sączę zawartość termosu i czekam, aż coś zawiezie mój tyłek z powrotem do Warszawy. Powrót między ludzi, jak cudownie.

niedziela, 21 października 2012

Ziemiański



Farewell happy feels

Bywa, ba, całkiem często bywa, że ludzie tęsknią za przeszłością. Niektórzy, choć zdarza się to już rzadziej, są w niej niejako zakochani. Gdzieś pomiędzy zasyfioną do granic nieprzyzwoitości podłogą, a sufitem, na który jeszcze nie odważyłem się spojrzeć spoczywa moje jestestwo. Przypadek, chciałoby się rzec (niesłusznie), nieprzeciętny. Ktoś, kto żywi do przeszłości emocje skrajne. To, co minęło, to, co moje mięso jak dotąd dało radę znieść przepełnia mnie nostalgią. Ale mam też nienawistnie, serdecznie dość uświadamiania sobie, że im dalej w las, tym gorzej. Półświadomość, ćwierćodpowiedzialność, synonimy młodych, dobrych czasów.  Tysiąc dwieście ileś zdjęć, a każde drwiąco mówi to samo – spójrz, tu jeszcze mogłeś patrzeć na błękit, tu się jeszcze starałeś, a tu te kilka osób jeszcze istniało w sposób nie przyprawiający o katusze. Kiedy grałeś księdza, kiedy ziewałeś nad zalewem, kiedy w Bieszczadach nie musiałeś spać, kiedy nie piłeś jeszcze. Jej, jak smutno, zdaje się mówić Talar mlaszcząc, sapiąc, chrapiąc mi za plecami. Warszawa, kraina kontrastów. Co ciekawsze, kontrastów mniej wyrazistych niż przyzwyczajeniowa spójność Siedlec.

Where joy forever dwells

Krakowskie Przedmieście, piątkowe popołudnie, próbuję wylewać słowa nie wlewając nic w gardło. Chaos dookoła powoli wydaje się być opanowywalny, chaos drzemiący w dłoniach póki co niepozornie śpi, kojony słodkim przeświadczeniem, że lepszych dni nie będzie już. Niebiosa słysząc cuś podobnego burzą się i to jak się burzą! Stalowoszaroczarnogranitowokobaltowosine chmury wiszą nad święta Anną i grożą palcem. Ktoś się upił, by do domu mógł wrócić ktoś, a rozanielone pary spacerują, jak gdyby nie wiedziały, że Czaro już przepowiedział koniec wszystkich światów na dachu BUWu. Mógłbym wrócić do mieszkania (mieszkania, nie domu, dom masz tu, niewdzięczny smarkaczu!), ale wiem, że jest tak przeraźliwie puste i tak bezwzględnie ciche, że cała gama kolorów nocy siłą rzeczy przeistoczy się w trupią siność, znowu i znów, póki gorycz na podniebieniu jest przełykalna, jak na polskie normy przynajmniej. Siedzę więc i gapię się, na poły bezmyślnie, bo ocenianie bliźnich jest tym mniej zabawne im bardziej traci się na własnej ocenie. Najjaśniejszy punkt dnia to znów metro. I powiedzcie sami, jak nie nazwać go trupio sinym, narażając się na kolejne oskarżenia o powtórzenia?

Hail horrors, hail

„Zastanów się, czy masz coś do powiedzenia, jeśli tak, to fabuła nie jest ci potrzebna”, rzecze Artur i tym samym zasypuje ognistym gradem gród zwany Bastionem Ego. Katedry Literatury, wille, w których kiedyś znów miała zaistnieć Poezja, pałace Opowiadań zdobione gzymsami epitetów i innymipomieszanymipojęciamizzakresuarchitekturyipolonistykiktórychteraznieposzukambointernetsięskończył, wszystko to wali się w pizdu przy akompaniamencie szyderczego śmiechu Wykładowców. Oni wiedzą, tak dobrze wiedzą, że jedyne co mi pozostało po tej błachej rozmowie przy piwie to banicja i wygnanie do Stodoły Zwanej Grafomanią. Tym bardziej żałosne, im bardziej świadome. Trzeba było się nie odzywać.

The sun to me is dark

Powroty nie owocują w rozmyślania. Konstantacja banalna, ale mimo syćko sprawiająca zawód. W pociągu śpię, albo czytam. Ewentualnie śnię o czytaniu, bądź też czytam przez sen (Talar właśnie wybełkotał coś w odpowiedzi w rzeczonym stanie, ale nie podejmę się przetłumaczenia). Po wyjściu z pociągu KM 203 (a może 302? o, zwodnicza rzeczywistości!) oprócz pełnego pęcherza wita nas nieco zbijający z tropu, kredowo jaskrawy, bezwstydnie duży napis na chodniku. Napis głosi, iż „JEZUS”. Jednak stropiony warschauskimi problemami i zdeprymowany bliskością Mesjasza w tak bezbożnym miejscu jak pekap wędrowiec nie musi zastanawiać się, z której strony zieje czeluść odpowiedzi. Dlaczegóż? Bo nieważne, czy pójdzie w prawo (prawilnie!), czy w lewo (połamiemy nogi!), czy prosto (jak w mordę strzelił), spotka kolejny, charakteryzujący się podobnymi cechami bazgroł. „DROGĄ”. Ozdobiony śladami stóp, które zawiodą nas do (tak, zgadliście), kolejnego aktu chrześcijańskiego wandalizmu, brzmiącego „PRAWDĄ”. Procedura leci dalej, a po niej następuje „ŻYCIEM”. A więc „Jezus Drogą, Prawdą, Życiem”. Wśród petów, kukurydzy z zapiekanek i plam oleju. Gdybym tylko był domorosłym reżyserem, stworzyłbym jakiś obrazoburczy fylm składający się z takowych kadrów. Ale dola gr… (no nie!) grafff… (dlaczego? :<) grafooManna (będę rzygał) zmusza do w miarę ozdobnego opisu sytuacji mnie, a czytelników (hehehe) do wysnucia własnych wniosków. I dlatego mam(y) gorzej. Ja i Wy, my i Ty.

And silent is the moon

Anatomia, a może jej podstawy, są, uogólnijmy, wszystkim znane. Jest jednak fenomen, który wymaga wyjaśnienia. U mnie, nas, działa to inaczej. Istnieje otwór gębowy, czasem wyfruwają z niego słowa, częściej wylatuje ślina. Niekiedy zostanie on zapchany pożywieniem, częściej przepalony żywą wodą. Co jest dalej? Głupie pytanie, przełyk, płuca, żołądek i koniec, czyż nie? Otóż nie! Jeśli rozważamy drugą z możliwości, czyli zablokowanie zdolności narracyjnych poprzez wlanie do ust Łyku Weny, to oważ Wena nie wędruje tak jak chleb u Zjadaczy Chleba. Jej natura zasługuje na celebrację, wymaga jej i takową otrzymuje. Z przełyku, Wena trafia do Pępowiny, którą ja,my, jesteśmy połączeni z długopisem (piórem, jeśliście burżuje), czyli do ręki. W tym momencie należy zauważyć, że oto jesteśmy świadkami rzeczy niesłychanej! Dziedzina lubująca się w fizjologii, płynach ustrojowych i wszystkim, co organiczne, przeistacza się w boski pierwiastek, eksterioryzację ego, coś nieopisywalnego, a przecież dążącego do opisu. To właśnie czysta, etanolowa chemia staje się  pomnikami myśli – słowami, każąc ręce, tej cierpliwej przyjaciółce kreślić (albo stukać) słowa, które powstają tam, gdzie nie sięgnął nikt i nic, oprócz legendarnego DMT (niech do Ciebie przyjdzie, nie pchaj się).

Do you reckon me a friend?

Pilch. Jerzy, by nie było wątpliwości (nauki Bybloteky nie poszły na marne). Odwiedziłbym go. Może zwodniczo ułożony, a może po gówniarsku prowokacyjnie skacowany. Po co? Może żeby czynić wyrzuty, może żeby przełożyć nadzieje na czyj inny karb, a może powiedzieć „dzień dobry”. Odwiedziłbym go, póki żyje Pan Skurczybyk, bo kolekcjonowanie ludzi, na których patrzyłem z podziwem na różnych, tak samo starannie obłożonych straganami cmentarzach mi zbrzydło. Od pierwszego razu. Dobrze, że Bonus RPK jest jeszcze młody.

Crystal ship

A propo, co słychać na Bielanach? Dzwony. Straszące na śmierdź, kościelne dzwony. Niewidzialne, oprócz jednego, niepewnego w swej realności, bo dawnego razu, ale tłukące po twarzy co noc dzwony. Na melodię „Kiedy ranne wstają zorze”, codziennie o szóstej rano, zapraszam. Co grają wcześniej nie chcę pamiętać, przebłyski wyświetlacza telefonu, cienie w przedpokoju, cienie za oknem, cienie pod oczami. Za dużo tego, przyznajcie. Znękana głowa szuka ukojenia gdzieś daleko, w szarości Pragi, nie da się, Praga przytłacza, zachwyca, każe żałować wyboru między szarym a sinym. Na domiar dziwnego, po powrocie wita mnie cygańska orkiestra dęta. Grają ładnie, bo się nie znam. I co ja im dam, paragony z Lidla za piwo i pasztet podlaski? Patrzą na mnie z wyrzutem, stoję i słucham, a nie rzucam, ja patrzę z wyrzutem ponad bloki, jakże to tak Demiurgu, stoję, wpatruję się, a nie otrzymuję? Nie wiem dlaczego, nie wiem po co Bielany oferują atrakcje. Nie raz, nie dwa, nie trzy-czte-ry wracałem sprzy Agorze przystanku do dom, ale zawsze inną drogą. Mnożą się te bloki, żeby każdy ulicznik miał swoje trzy do nawinięcia.

Gdyby pójść za zachód

Co by tam leżało? A to zależy dla kogo, prawda? Yndywydualyzm pełnom gembom, w końcu studia i w ogóle. No to ja sobie życzę zalany (ohoho) skończonym światłem lipcowego wieczoru kawałek działki, gdzie leży przeżarte po trzykroć truchło mego byłego. Kota, warto dodać. Przywiązani żeśmy do się byli, przyznać trza. I pewnie stąd dzika ochota, by do tej Gehenny, adres Dorycka 6/114, wrzucić jeszcze jakiegoś przedstawiciela Kociego Rodu. Coby raźniej było. I śmieszniej. Jak to brzmi – kot, który jeździł koleją? „Jeździł”, czas przeszły, czyli już nie jeździ, czyli zdechł. Czas wyprzedza mnie o kilka długości, zwłaszcza w tak niemierzalnym okresie, jak najciemniejsza noc, tusz przed świtem (się sączy) [jak dym kolczasty].






Szedł przez pola, szedł z nałogiem,
Szedł i nucił, kpiąc wraz z Bogiem
Z wiosek co mijane gasną
Pluli razem, jeśli miasto
Gdzieś po drodze się trafiło,
Co tu kłamać, było miło
Człapać z lewej mając Boga,
Wino pić, gdy leżąc w stogach
Jęli drwić z nieba uroku.
W kieszeniach na każdym kroku
Pustkę czuli, no i cóż?
Gdy gdzieś wrogi błysnął nóż,
Bóg pilnował krwi jak wina
Wszakże obok siebie płyną
Wspomagając siną rękę
I skazują na udrękę
Bo marszutę trzeba spisać
W karczmie gwar, a u nich cisza.
On się modli wierszem męki
Bóg na ścianach liczy sęki
A o świcie ruszą dalej
Będąc przekonani stale
Że u kresu drogi stoi
Ktoś, kto Boga się nie boi.
Że spotkają gdzieś tam tego,
Co poleje i z pustego.
Tam zaś przyjdzie moment srogi
I rozejdą się ich drogi.
Kwili jabłoń nadpalona
Kto żywota tu dokona?
Bóg? Poeta? Nie wiem tego.
Przyjdzie spytać wam Nietzschego.
„Tknąć się nikomu nie dam
I dlatego,
Gdy trzeba będzie, sam odbiorę światu Witkacego.”


wtorek, 28 sierpnia 2012

You're not here.

Przed czytaniem zaleca się zażyć ulubione środki odurzające.


Rdzawe, nabrzmiałe, ociekające krwią ściany. Czerwona woda, którą w siebie wlewam i czerwona woda, która ze mnie wypływa. A za oknem pociągu miga płonący horyzont. Tak niedawno jechałem poznać ułamek ludzi, z którymi przyjdzie mi pogłębiać wiedzę przez następne parę lat. Od tego czasu jak zwykle wszystko zawirowało, nie zdarzyło się nic, a minęło tyle czasu, że świat zdążyłby kilka razy się zapaść. I chyba to zrobił. Każda kropla deszczu uderzająca o parapet (znajdujący się w sumie całe kilometry od łóżka) boli wrzynającą się każdą jedną komórkę świadomością kolejnego ciągnącego się wiekami popołudnia, w którym następne trzy butelki czekające w szafie to najlepsze co może mnie spotkać. Wszystko zdaje się być na miejscu. Wiem, jestem świadom tego, że jeśli wszystko pójdzie z nieubłaganym planem, tak jak wczoraj i przedwczoraj, to znów obudzę się z dekadenckim niesmakiem w ustach i piekącym bólem płynącym od przełyku do żołądka. Widać jednak świadomość nie jest moją najmocniejszą stroną, choć od mojego samego początku sądziłem, że jest wręcz przeciwnie. Z początkami zawsze jest problem, uciekając przed banałem popada się w grafomanię. Chyba tylko zanurzając się po kolana, po pas, po szyję w nocnym Zalewie  nie robię nic pod publikę (niesmak po raz kolejny). W ciągu ostatnich kilku lat ciężko było o sytuację, w której cisza jest bardziej wyrazista, a ja czuję się bardziej sobą, niż ten ulotny stan ogarniający mnie w samym środku ciemnej toni spowitej mgłą, kiedy przypominają się najgłębsze sny, pomieszane z najstarszymi wspomnieniami.
Za biurkiem zaczyna brakować miejsca dla łusek po ciemnych, smoliście alkoholowych nabojach weny, ale dalej karmię kartki pępowiną długopisu. Kiedy nie słyszę muzyki, jestem tak potwornie sam z własną głową, że ciężko jest mi wytrzymać, kiedy piszę słuchając Jej, setki milionów eksplodujących supernowych nie pozwalają pozostać wiernym spójnej fabule. Ale mimo wszystko jakoś to idzie, strona za stroną, gwóźdź za gwoździem, byle dalej na utkany leśnymi kapliczkami wschód. Mimo całej zgorzkniałej (w tym wieku, dobre sobie) mordy, to bardzo boli, kiedy każdą z tych stron, znów, kolejno palę w nadbużańskim ognisku w ostatnich, agonalnych podrygach wietrznego, sierpniowego dnia.
Nie trzymają się mnie książki, pomysły, ani pieniądze. Żadnej z tych rzeczy dłużej nie żałuję. Może to bezczelna młodość sprawia, że mnie na to stać.
I chyba tylko dlatego stać mnie na szwędanie się po onirycznie (moje ulubione słowo, pomijając tendencję do szastania przysłówkami) pustym i rozświetlonym tunelem pod pekapem.
W oczekiwaniu na ślepą zimę pękają mi kolejne naczynia krwionośne i spędzam coraz więcej i więcej czasu gapiąc się na zalaną juchą paszczękę, wypełniając łazienkę papierosowym dymem. Ale zaciągam się tylko pod wpływem. A co, stać mnie (powtórzenie). Będę dalej gapił się w księżyc nad blokowiskiem majacząc o wysmażeniu, wypoceniu czegoś, co stanowiłoby opium chociaż dla jednej osoby, jednego istnienia. To nie jest myśl, która powraca jak niespełniona fantazja, czy natrętnie brzęczy gdzieś w zakątku głowy jak nierozwiązane problemy. To nieregularnie, tępo nawiedzająca myśl natrętna, każąca zastanawiać się nad sensem istnienia takiego pojęcia jak zdrowie psychiczne. Co jest lepsze, zdrowe zmysły, czy spełnienie marzenia?
Nie wiem, czy stojąc na środku trzęsawiska między Zalewem a obwodnicą jestem tu i teraz, czy kilkanaście lat temu, tam, gdzie mój umysł najbardziej chciałby być, czy jest tuż po zmierzchu, kiedy butelki po piwie nie zdążyły utonąć, czy chwilę przed świtem, kiedy chłód najbardziej doskwiera sponiewieranym ciałom. Nie wiem, jak mam zdefiniować oblekające mnie mięso. Imieniem? Przymiotnikiem? Chwilowymi emocjami?
Jakie to zabawne, że za kilka godzin, siedząc za kierownicą będę najbardziej przyziemnym człowiekiem w tym mieście. Ba, nic mnie nie będzie bolało pod tą nieruchomą twarzą. Zupełnie jakbym budził się dopiero w nocy.
Etanol jest dobry na formę, co do treści gorzej, nie?

"Niby tak, jak jestem do tego przyzwyczajony, ale było zupełnie inaczej."

wtorek, 14 sierpnia 2012

Grand Imperial Solitude

Jest taki czas każdego lata, że w domu zaczyna śmierdzieć octem. Bo ogórki (niekiedy w wannie). Być może ów zapach jest katalizatorem nastroju, którego nie uda mi się opisać, być może gwóźdź tkwi w jakimś innym krzyżu. Trzeba jednak pogodzić się z tym, że ten czas nadchodzi i będzie katował zmysły i umysł. Bardziej, niż jakiekolwiek palone jesienią liście, sterylna zima, czy euforyczna wiosna. Koniec lata pachnie najmocniej. Czuć to w pierwszych chłodnych podmuchach osiedlowym zmierzchem. I w każdym bardziej ponurym od poprzedniego riffie. Wyjątkowo przechlapany okres dla ludzi cierpiących na chroniczne wspominanie i wstręt do przyszłości. Wyjątkowo głupio czuję się z tym, jak szybko upalna bezmyślność zmienia się w dystans wobec rzeczywistości. Tego roku wyjątkowo nie pomoże mi powrót do szkoły. Co więc? Pływać, pływać, pływać, a w przerwie spacerować nad coraz ciemniejszym zalewem, z coraz to inną butelką. (W tym miejscu mogę wreszcie, po ośmiu miesiącach, podziękować Arturowi, za uświadomienie mi różnicy między piwem, a "piwem". Za resztę mogę go tylko opierdzielić.)
Niewiele jest tu i teraz dobrego. Dobra jest Paulina, dobre będą studia, dobre były wszystkie przeszłe lata.


Wyszła mi z boru - w złocie warkoczy
z twarzą indyjskiej Bogarodzicy
w błękitnych iskrach - w srebrnej przeźroczy
nadksiężycowej wieszczka świątnicy...
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, - i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy. 
Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,
jak Samum, gdy się wichrami rozuzda
tak we mnie otchłań - gwiazdami przetkana
leciała w państwo słoneczne Ormuzda. 
Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy
ach, i zabrzęczał mi łańcuch mej ciemnicy.
Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,
zdradny labirynt ni królewskie ramię
miłość zwycięży wszystko - wszystko złamie
ale nie miłość druga do pasterza. 
Więc Śmierć przyzwałem - i śmierć odtąd żyje
i wszechświat cały grobowcem przywarła
-czuje mdły powiew-
-w oczeretach gnije-
z tęsknoty - u nóg mych - umarła.
Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos
nad śniącą rzeką schyliły się drzewa
wiatr cicho płacze - ptak mogilny śpiewa
to los mój - los!...
głębiny tajne pruć
milczenia głuche mącić
jako stracona łódź
od brzegu się odtrącić
mieć gwiazdy - gwiazdy rzucić
i tylko piosnkę nucić
to los mój - los!...

Nie jest dobrze czuć zazdrość.

Nie zdążyłem na koncert.Opiłki. Opiłki, drobiny, metalowy kurz. Tego było najwięcej przez ostatni miesiąc w moim życiu. Między trupio sinym piekłem cynkowni, a EVG III spędzałem czas kontemplując iskry, smakując dymu, katując dłonie, charcząc i puszczając wodze wyobraźni. Nie da się być pewnym stabilności swojej psychiki, kiedy do łba przychodzi myśl, że rozświetlony o świcie strop hali produkcyjnej to jedna z piękniejszych rzeczy jakie się widziało w życiu.
Industrializacja osobowości, sadza pod paznokciami, nocny autobus. Siłą rzeczy się skonkretyzowałem. Nie da się być tak rozwlekłym żyjąc od 4:30 do 20:00. Aż dziw bierze, kiedy udało mi się przeczytać "Estetykę życia i piękno umierania". I nic nie zapamiętać. Ponadto czarne ślady, które zostawiłem we wszystkich powrotnych autobusach pozdrawiają wszystkich kanarów, którym zwiałem, albo którzy mają za słaby wzrok by dojrzeć datę na bilecie. Dobrze, że wezwanie do zapłaty zaległego mandatu nie przyszło, bo nie miałbym już na bułki. Industrialne żołądki trawią tylko konserwy. I to jest fajne. Na tyle, że momentami nie mam nawet ochoty zostać wykształciuchem. Można być równie, a prędzej mniej sponiewieranym będąc pracownikiem fizycznem.Tylko zetnę włosy, oddam dziewczynkom chorym na raka, pieprznę tatuaż na karku i jestem gotów na resztę życia.

Albo zwieję do Mierzwic. Jak zwykle na zbyt krótko. Chyba, że w końcu uda się zadzierzgnąć ciasny supeł z wiejską, nocną mgłą. A propo - muzyka dostarczona przez Kamila Mrozkowiaka (chwała mu).

Suicide is self expression.

środa, 27 czerwca 2012

Scumback

Nie było mnie. Ale we wszechświecie panuje harmonia i jeśli pewnego elementu gdzieś nie ma, to jest gdzie indziej. Ja, wyrwawszy się z maturalno/szkolnej rutyny miałem i mam nadal wakacje. Bogate, choć bynajmniej nie ze względu na posiadane fundusze. Rzeczone wakacje są pewną wymówką, choć prawda jest taka, że miałem aż nadto czasu, żeby napisać to, czy owo, ale brakło mi motywacji i przeświadczenia o tym, że mam cokolwiek do powiedzenia. To, że podjąłem kolejną próbę wcale nie świadczy o możności w obydwu kwestach, ale to się okaże pod koniec.
Skąd próba? Z akumulacji materiału. Chyba chciałbym w jakiś sposób uporządkować i dać upust temu, co miało miejsce od momentu, w którym wyszedłem z ustnego angielskiego.
Najpierw dane było mi posmakować po raz kolejny uroku Krakowa i trudnej do przecenienia satysfakcji płynącej z samotnego doświadczania nowych miejsc, nowych ludzi, nowych smaków, w które to wrażenia byłem zaopatrywany przez wyjazd na Ukrainę. Potrzebowałem takiego wyjazdu, wyłączonego telefonu, wzmożonej percepcji, ciszy dudniącej między blokami Prypeci i tłumu na ulicach nocnego Kijowa. Po powrocie niezbyt długo cieszyłem się (?) domowymi pieleszami i sensacjami żołądkowymi,
bo w kilka dni później ruszyłem w Bieszczad z biotardami (przepraszam, to określenie mimowolnie ciśnie się na klawiaturę). I było ciekawie. Inaczej niż w Bieszczadach z rodziną, Bieszczadach z kumplami, Bieszczadach samotnych, czy Bieszczadach Siczki. Nic w tym dziwnego, ale spodziewałem się, że będzie gorzej. Bo jakkolwiek każdego z osobna darzę mniejszą, bądź większą sympatią, tak za całością klasy razem nie przepadam, co w kontraście z moimi Bieszczadami mogło zaowocować kiepściej. Powinienem teraz trzeci raz powiedzieć to samo, tylko w inny sposób, żebyś Publiko miała pojęcie jak wyglądała moja prezentacja maturalna, którą robiłem w trakcie mówienia *dygresja off*.
Co do matury, to powraca pytanie ACOZE STUDIAMI LOL. Otóż na studiach się zobaczymy. I tyle. Poczyniając przelew za rekrutację rzuciłem okiem na stan konta co jak zwykle zaskutkowało dreszczem i wnioskiem, że pora ruszyć tyłek. Gdzie? A cóż to za pytanie? Oczywiście, że człowiek z moimi kwalifikacjami mógł wylądował tylko na szczycie, czyli w technicolorze. Przy pieprzonym stakerze różne rzeczy przychodzą do głowy, ale zawsze najbardziej na moim murzyńskim duchu podnosi mnie myśl o wodzie. Bo znów przyszedł ten moment, w którym piwno-papierosowy zaduch przyszło mi zamienić na jedną z najlepszych czynności w życiu. Pływanie. Znów trochę się oszukuję, bo to, co robię ma niewiele wspólnego z treningiem, który by mi się przydał, ale z drugiej strony na taki trening jest już za późno i w sumie to nie jest mi aż tak potrzebny, bo test sprawnościowy zaliczający mnie do szacownego grona przyszłych wodnych ratowników (wreszcie pozbędę się poniżającego przedimka "MŁODSZY") zdałem bez problemu. O ile brakiem problemów można określić walkę z powysiłkowymi torsjami. Wracając - w okolicach północy biorę ręcznik i człapię nad zalew. Człapię to dobre określenie przy mojej posturze. Po drodze myśli wiedząc co je czeka pchają się jedna przez drugą, ale pozwalam sobie na to z dobrotliwym uśmiechem, żeby po chwili ograniczyć kognicję do wszechogarniającego chłodu i szumu krwi w uszach. Nie wiem, w którą stronę płynę, nie wiem ile przepłynąłem, ale kiedy szum zmienia się w dudnienie oddalam śmierć osobniczą o dwa, trzy oddechy i od nowa. I to jest dobre. Tak jak dobre jest powiększenie grona osób, które mają u mnie ogromny margines wszystkiego. Przyjaciół, słowem. Dobry jest Samurai Champloo, w identyczny sposób w jaki w minione wakacje dobry był Cowboy Bebop. Itachi jest dobry, bo jest największym badassem z całej serii. Dobry jest K. ze swoim There's a devil waiting outside your door (wspomnienia, hm?). Dobre są wszystkie wartościowe piwa, których mogłem spróbować dzięki Arturowi, chociaż teraz jestem zdeprawowany i nie mogę pić sklepowych sików, jak prawdziwy snob. Dobre są trzy miesiące, które mogę spędzić z Pauliną. I dobre jest to, co mnie czeka, cokolwiek by to nie było. Dość stwierdzić, że przez minione sześć lat "świadomego" działania nie stało się nic, czego bym dziś naprawdę żałował. Cokolwiek nijako wyszło, nu nie? A to już nie mój problem -
Ech, czar zadów i żyta : napina pupy trud zbioru jarzyn! Na miody spada popyt - aparat w tarapaty popada, psy doi, manny z raju roi, bzdur typu pani-pan (a tyż i wóda-zraz) chce! A teraz od tyłu.
Pozdrowienia z Dublina
Wiernej kopii Lublina
Choć brak tu KUL-u, blina
Ze śmietaną lub lina
Z rzeki Wieprz. Zamiast Wieprza
Inna rzeka zapieprza,
Chlupocząc po irlandzku,
Rzekomo durch na glanc ku
Morzu - co dziwić może,
Bo jak to: rzeka w morze?!
Tych smalonych dub lina
Populację Dublina
Dławi urojeń pętlą
Aż zmysły ledwie się tlą.
 Osoby o zdolnościach wersyfikiacyjnych odsyłam do SBeka*.



*Stanisław Barańczak. Głupio tłumaczyć.