that I was dead
already
I would have mourned
my loss of life
Ota Dokan (1486)
ICD 10, Hebefrenia
(What a wicked game you played to make me feel this way)
(What a wicked game you played to make me feel this way)
W obojętnych na wszystko objęciach Kamionka zwą mnie Tęczowym Chłopcem, choć nie przez wzgląd na wybranego tu jakoś kiedyś Walezego. Gdzie indziej zwą któregoś z nas inaczej. Każdy, kogo ciekawi geneza tego miana powinien przejść się pewnego wiosennego poranka, bo takie teraz mamy, ulicą Bliską i wstąpić do którejś z kamienic. Którejś, bo nigdy nie pamiętam która to dokładnie. Każde przybycie i każde wyjście stamtąd jest okupione zmianą osobowości. Gdzieś w kamienicy, pachnącej jak wszystkie kamienice stęchlizną, wiszę nad zlewem ja i wypluwam z siebie rzeczy w kilku kolorach tęczy. I to dlatego.
Pierwszy raz trafiłem tam kierowany ręką przeznaczenia, piwo wyparowało jakoś po drodze, rozpacz rozmyła się w dusznej sieni, a dumę starł mi z twarzy widok A. stojącej na schodach. Dlaczego ma na sobie marynarkę Dyrektora pozostanie tajemnicą przez następne kilka godzin. To, dlaczego tylko marynarkę, jeszcze przez parę chwil.
Ręka
przeznaczenia ma nieokreślonego koloru włosy, odrobinę podkrążone oczy i złośliwy uśmiech. Ma też tendencję do znikania i pojawiania się, oraz
biegnącą przez całą szyję bliznę, jakby jej ktoś kiedyś poderżnął gardło. Może
tak było, ale widać niespecjalnie się przejęła. Teraz zaś wszystko zaczyna się zupełnie niespiesznie. Odbicie księżyca w dopiero co uspokojonych kałużach zaczyna się mącić, różowy ołówek turla się po biurku, kot niespokojnie wodzi bladymi oczami po kuchni. Patrzę na całą jej wyprężoną postać,
myśląc co by było gdyby ta blizna pękła, drugie usta jak malowane. Dokładnie
widzę rozszerzone z bolesnej rozkoszy oczy, nabrzmiałe żyły, kołdrę ginącą w
zaciśniętych pięściach, domyślam się kropel potu pod bluzką, kiedy łóżko skrzypi nieprzyzwoicie głośno. Siedzę na krześle i obserwuję jak
padaczka robi z A. co jej się podoba. Wybijcie sobie z głów jakieś wsadzanie
rzeczy między zęby.
Moja walka z przestępczością w Mieście Małp zaczęła się
wczoraj. Oczywiście w pociągu. Zauważyłem go głównie dlatego, że miał twarz.
Bardzo ostro wyrzeźbioną, zarumienioną twarz i bystre oczy. Wiem, że ja też mam
twarz, ale nie bardzo się orientuję jaką obecnie, zazwyczaj wiszę nad zlewem, a
nie patrzę w lustro. Teraz moja twarz będzie musiała zmierzyć się z jego twarzą,
czego ja już jestem świadom, choć on jeszcze nie. Pochłania go obserwacja
dziewczynki. Nerwowo drapie się pod kolanem, ściska plastikową butelkę, nie
wie, że na niego patrzę. Ojciec dziewczynki stoi gdzieniegdzie z zapamiętaniem
ćwicząc tabelki w Excelu, dziewczynka czyta Mikołajka i oblewa się sokiem. A
on, nie uwierzycie, on się oblizuje i nagle spostrzega swoje mokre spojrzenie w
moim przekrwionym. Teraz wiemy obaj, od tej pory zerkam na wszystko w odbiciu
szyby. Nie wiem co, ani kiedy mam zrobić, póki on nie przykrywa się kurtką
udając sen z głową przechyloną w stronę dziewczynki i ręką pełznącą w stronę
kroku. Wtedy ręka przeznaczenia, odrobinę wymęczona, ale dalej ładna, popycha
mnie, więc idę, a przechodząc obok depczę jego pantofle. Mocno. Przewiduję co
się stanie, kiedy słyszę gwałtowny szelest kurtki za plecami, ale okazuje się,
że przewiduję błędnie. Pięść przeznaczona dla mnie, należąca mi się jak psu
buda, pięść, na którą czekałem, ląduje fatalnie na szczęce jakiejś Jadwigi, czy
Bożeny. Wobec powyższego ja zaczynam tłuc go zapamiętale w rytm otwierających
się i zamykających drzwi od kibla. I tak to było panie władzo.
DSM IV, Typ rezydualny
(You're here for now, it's good enough for me)
Nie mam zamiaru się przyznawać, ile razu bez celu łaziłem tą długą i z której strony by nie patrzeć ładną ulicą. Za dnia i w nocy. Obojętnie i z zapałem. Nie mam też zamiaru liczyć ile godzin tygodniowo spędzam na cmentarzu (sześć). Jedno i drugie mogłoby się spotkać z niezrozumieniem. A przecież na ulicy nie miałem złych zamiarów, w ogóle, jeśli nie miałem akurat papierosów, to nie miałem żadnych zamiarów. Pewnie, spojrzałem raz czy drugi w okno, ale zaraz poczłapałem dalej. Na cmentarzu nie tkwiłem złamany żałobą, tylko myłem lodowatą wodą pomniki, zamiatałem liście, gwizdałem pod nosem. Nie, nie przypominam sobie żebym kogoś jeszcze widział. Odmawiam przyjęcia mandatu, no i cześć, no i chuj. Jakie są teraz procedury..? Nie pamiętam. Niczego nie pamiętam, żaden z nas, nawet czy widziałem już kiedyś tę firankę w motyle (?), za którą coś jakby się poruszyło. Inna ulica, inne okno, bywałem też po jego drugiej stronie, ale nie pamiętam.
Ja to się nie znam, ale… Nie, wróć. Gówno prawda. Na tym się
akurat znam doskonale, więc z mojej prywatnej, niezdrowej ciekawości spróbuję.
Ciężko mi przychodzi stawanie się kimś obcym, ale tak długo i tak uporczywie
gapię się w ścianę, aż wiem wszystko i parskam niewesołym śmiechem płosząc
koty. Bo odniosłem wrażenie, że głęboko, głęboko pod tak zwanymi przekonaniami
i wartościami, pod kłamstwami, pod aktorstwem siedzi u niej ktoś, kogo ja też
dobrze znam, i kto ma z tego wszystkiego szaloną uciechę i reżyserską
satysfakcję. Pomyślałem to, powiedziałem na głos, czy napisałem? A. kręci z
dezaprobatą głową, a oczy ma dużo bardziej zapuchnięte niż ostatnio. Gdybym
spróbował stać się nią, co nie byłoby trudne, biorąc pod uwagę jak jest
zmarnowana, pewnie poczułbym, ile jeszcze czasu musi minąć, aż w jakimś pociągu
zadławi się na śmierć własnymi wymiocinami. Zamiast tego mrugam do niej wesoło
i wyciągając przed siebie nogi otwieram ślicznego stouta. Wszystko jest dobrze, można iść spać.
Budzi mnie ospałym szarpnięciem za ramię, sweter z jakimś fikuśnym wzorkiem upaprany wymiocinami, zimne dłonie, rumiane policzki i gorączkowy wzrok. Już nawet nie jest blada, a żółta, co brzydko uwydatnia bliznę. Chwyta swoją drobną dłonią moją dłoń i zaczynamy iść. Najpierw dudniącą klatką schodową na parter. Później do piwnicy, niżej, niżej i jeszcze niżej, przez magazyn czasopism (C1-C150), tunelem prowadzącym z Jupitera do Prypeci, w dół do geofrontu. I tam na wesoło głaskanym przez wiatr pagórku wspina się na opartą o krzyż drabinę, podobną do tej z Grabianowa. Dziwi mnie, że nagle nie trzyma już mojej ręki, tylko wielki, zardzewiały młotek. Nie do twarzy jej z tym młotkiem, którym z nieopisaną furią zaczyna przybijać do krzyża wyrwaną z zeszytu kartkę w kratkę. Później wszystko się rozmywa, bo wiatr dmie coraz silniej. Zanim mnie porwie zdążę jeszcze przeczytać, co było napisane na kartce.
FAQ (PROSIMY NIE PRZEKLINAĆ PO NIEMIECKU)
1. -Wracasz..?
- nie wracam.
2. - Chodzisz do..?
-chodzę.
3. -Lubisz..?
-lubię.
4. -Jesteś chory na..?
-jestem.
5. - Dlaczego mówisz, że..?
-bo tak.
6. -A Artur..?
-Artur to mój chłopak. Tylko nie mówcie rodzicom.
Człowieku, kim Ty jesteś? To chyba jestem siódma.
OdpowiedzUsuńTylko nie odbierz tego źle. Jestem pozytywnie oszołomiona.
OdpowiedzUsuńmiło mi. czy Ty z kolei jesteś kim myślę, że jesteś?
UsuńJestem. Dzisiejsza pogoda: duże apatyczne zachmurzenia, mgła otępienia i lekkie opady...no właśnie, czego? Bólu po stra...
UsuńBrak prognoz na jutro.
sam bym tego lepiej nie napisał, ale przynajmniej od soboty mam do takiej pogody odpowiedni soundtrack.
UsuńJa właśnie szukam jakiejś playlisty, mam ochotę tylko na wtulenie się w jakieś dark ambient i patrzenie w sufit.
OdpowiedzUsuńJaki?
http://www.lastfm.pl/music/K./There's+a+Devil+waiting+outside+your+door
OdpowiedzUsuńI jak łatwo po nicku poznać, że to Ty na lastfmie. A miałam już wrócić do swojego życia. Ciężko...
OdpowiedzUsuń