Dookoła mnie znów nastaje cisza. Tylko ktoś, kto zaprzyjaźnia się z ciszą po tylu godzinach, westchnięciach i nocach wysiłków jest w stanie docenić ją w całej, wprawdzie pustawej, ale zawsze - krasie. Część z Was pewnie dobrodusznie uznała, że cisza dookoła nastała wraz z wygaśnięciem hecy w mieszkaniu obok. Druga część, ta bardziej przebojowa, zapytana odparłaby, że cisza nastała wraz z zamknięciem mojej mordy. Jedni i drudzy są, jesteście. Dzie? W błędzie. Zawsze i wszędzie. Najpewniej budowniczowie tej dziwnej bryły po złej stronie miasta, w której w danem czasie przebywam musieli poświęcić i poświęcili więcej. Jak znam życie, to również ci, którzy coś, co wcześniej w danem czasie stało w miejscu obecnie mojej bryły, musieli rozpieprzyć - takowoż. To są jednak zgadywanki, a te nie przystoją (polecam sprawdzić, czy taka forma jest poprawna) ludziom głęboko przekonanym o swoim poświęceniu.
Głęboko przekonana o swoim poświęceniu jest nieświęta Teresa Przykładowa, które telepała się przed moje kaprawe oblicze, nieprawdaż, tyle a tyle kilometrów, tylko po to, żeby przekonać się, że książek z powodu kary wypożyczyć nie może. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to współczucie i pogarda do pani Teresy buzują we mnie w równych proporcjach, ale tylko do godziny osiemnastej (dwudziestej w piątki). Tak konkretny przedział czasowy, powodowany jest tym, że nawet gdybym chciał mieć jakieś inne emocje na uwadze (a nie chcę), to i tak tuż po tym słynnym Wyjściu z Roboty dopada mnie, unieważniając wszystko po drodze, dojmujący i irracjonalny smutek. Taki, że nawet wcale niefajny, ale prawdziwie smutny smutek. Trawię go, tego smutka, przez całą drogę powrotną i ani chwili dłużej, ponieważ im bliżej mojej bryły, tym bardziej przypominam sobie o chybotliwie uzyskanej i nigdy nie zaklepanej na amen ciszy.
Co ty z to ciszo ci przeszkadza w spaniu co zwierzaku
Otóż już mówię!
Co uważniejsi z P.T Czytelników pamiętają, a może nawet wiedzą sami z siebie, że nocą nad Warszawą wyją upiory. Głośno, przeraźliwie. Ulgę pozwalającą o nich zapomnieć nieśli sąsiedzi. Ale po pewnym czasie również za ich sprawą zacząłem domagać się ulgi. Którą to otrzymawszy, musiałem wrócić myślą i słuchem do stolicznych upiorów. To tak w skrócie.
Ze względu na krew sączącą się z uszu i oczu i brudzącą wokół wszystko niemalże, problem stał się jednym z tych, co wymagają nagłych, gwałtownych rozwiązań. Po pewnym czasie spędzonym na poszukiwaniach, takie rozwiązanie stało się moim udziałem, ale dotąd nie wiem, czy suszyć z tego powodu zęby, czy żałować.
Z jednej strony trzeci, nieoczekiwany lokator mojej - a może pardon, naszej - bryły znakomicie odstraszał wszystkie górno- i dolnolotne zjawy i stwory. Nie dawał żadnemu monstrum czasu na podpełznięcie pod kryjące mnie, nas wysokie, szare i pokryte grzybem mury. Sprawdzał się ten nasz permanentny gość znakomicie, nie wykazując żadnych przejawów znużenia swoją rolą.
Z drugiej jednak strony, Harry, bo tak miał na imię, okazał się być wymagającym stróżem. Częsty i znaczny kontakt z pomiotami obłędu przyprawiał go widać o różne niezdrowe humory, które krążyły w żyłach i raz na czas jakiś opuszczały organizm jedyną nieszkodliwą drogą znaną weterynarii. Smród był w takich sytuacjach przepotężny. Zezwierzęcenie, które jest typowym objawem opętania udzielało się chyba naszemu obrońcy, bo człapał niemal wyłącznie na czterech łapach. Wyjątki stanowiły sytuacje, w których postanawiał ukraść coś ze stołu, biurka, szafki. Wtedy z niekłamaną dumą wspinał się i dopadał, kłapiąc szczękami, upatrzony z dołu cel. Aby zapobiec kompletnemu bankructwu zaczęliśmy przenosić kolejne produkty spożywcze, tworzywa sztuczne, ozdoby, przedmioty użytku codziennego i WOGLE SYĆKO coraz to wyżej ku górze, ku niebu, które podobno bywa nadal błękitne. W ten właśnie sposób od góry tłamsiły mnie, nas demony, a u dołu czyhał równie bezwzględny obrońca - może nawet bardzo, bardzo dawno temu anioł. Moja wspaniała dusza nie mając gdzie się podziać w targanym siłą o jednakim kierunku, lecz przeciwnych zwrotach (GIMNAZJUM DZIAŁA) ciele, postanowiła uciec w przód. Czyli wywalić mi bambaryło. Dlatego nie jestem już chudy. ALE GRUBY TEŻ JESZCZE NIE.
wtorek, 27 stycznia 2015
niedziela, 25 stycznia 2015
Taklamakan
Nocą w Warszawie wyją upiory. Niewprawne ucho nie wyłowi ich zgrzytliwego jęku z tego, co zwykło się uważać za "odgłosy miasta", a co tak naprawdę jest potwornym zwyrodnieniem zaszczepionym nam w mózgach w intencji spowszednienia i źle rozumianej ulgi. Wiele umazanych pomarańczową łuną nocy spędziłem bezsennie na nasłuchiwaniu. Dobrze rozumiana ulga przychodziła z każdym odgłosem wybijającym się z tego przyprawiającego o mdłości mezaliansu - monotonna dychawica i zjeżony wrzask. Serio, z prawdziwą ulgą pozwalałem swojej uwadze odwrócić się od tych wszystkich efekciarskich obłędów i skupić na hecach wyprawianych za ścianą.
Dokładny kształt mieszkania obok pozostaje mi nieznany po dziś dzień, mimo że któregoś mglistego ranka okazja, żeby podejrzeć scenę rzeczywiście przypełzła (we mgle zawsze się pełza). Niemniej po kilku nocach odrobinę orientowałem się co gdzie i jak. Jak nietoperz. Ogólnego schematu hecy też się nauczyłem, bo pojętny ze mnie chłopak.
Najpierw wszystko wygląda jak spotkanie towarzyskie. Siedzą sobie we czworo, czasem brzęknie butelka, czasem ktoś zechce wyraźniej zaakcentować swoje zdanie - można wtedy wyłapać poszczególne słowa.
Głos gospodarza jest najniższy i słychać go najlepiej. Ma ustalone, nie do zachwiania poglądy na życie, wie co należy robić, a czego nie, jest pewien swojej ścieżki.
Jego gość częściej słucha, niż mówi. Imponuje mu barytonowy znajomy, wyraźnie czuje różnicę między sobą, a nim i nawet jeśli z czymś się nie zgadza, to woli zarżeć i zachłysnąć się milknącym w odosobnieniu śmiechem, niż dopuścić do konfrontacji. Najwyraźniej miał okazję przekonać się, jak wyglądają takie konfrontacje i czym się kończą.
Trzecia z osób jest równocześnie drugim lokatorem. Głośno chichocze, czasem wznosi okrzyki mające być celebracją dobrej zabawy. Upija się najszybciej, jest odpowiedzialna za szczęk przewracanej zastawy i głuche huknięcia nieszczęsnych krzeseł. Całym tym hałasem próbuje chyba zagłuszyć swoją historię. Na początku tylko ją wymyślałem, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne szczegóły, niewiele większe od okruchów szkła na podłodze potwierdzały całą monstrualność banału. Bez problemów i bez pudła zobaczyłem, jak poznaje go jeszcze w technikum i od razu wpada po uszy. Mniejsza z tym w co. Wszystkie Karyny zazdroszczą jej chłopaka starszego o pięć lat, z własnym samochodem, z mieszkaniem, ze znajomościami. Bez zbędnych ceregieli wprowadza się do rzeczonego mieszkania. W tygodniu robi w zasadzie co jej się podoba, byleby zawierało to zakupy. W weekendy jest czas na zabawę. On jest zmęczony robieniem interesów, musi się zrelaksować. Zaprasza kolegę. Żeby było jej raźniej - z koleżanką. Ona poniedziałkowe poranki rzyga jak kot. Chociaż nie do końca jak kot. Musi robić to cicho, bo on odsypia.
Jest jeszcze rzeczona i rzeczowa koleżanka. Typ krytyczny, pije mało, więc myśli, że jej wolno. Ma podobnie jak Gospodarz ustalony raz na zawsze światopogląd, ale się z nim aż tak nie afiszuje, bo woli wydymać pogardliwie usta. Do tego wychodzi najwcześniej.
Więc do Pewnego Momentu siedzą, gadają, palą cienkie mentolowe i piją. Co piją? Nie posunę się do stwierdzania czegokolwiek z absolutną pewnością, ale sądząc po odgłosach - jakieś lechy, jakieś absoluty. Natomiast od Pewnego Momentu już nie gadają, bo trzy zapętlone w czterdziestoośmiogodzinną nieskończoność - piosenki? kawałki? utwory? techniafki? - niestrudzenie, bo bez trudu przebijają się przez ściany, podłogi, sufity, słuchawki. Jest to etap do Kolejnego z Momentów bardzo kojący przez swoją pozorną bezustanność. Zawsze jednak coś go (przez zapomnienie nieoczekiwanie, a przez niespodziewanie dramatycznie) przerywa. Najczęściej głośniejszy od innych upadek, ciągnący za sobą inne, mniejsze, oraz nieartykułowany krzyk. Po krzyku nie trzeba już za bardzo niczego oddzielać Momentami bo heca zaczyna na łeb, na szyję trwać coraz bardziej, szybciej i - tu bez niespodzianek - głośniej.
Ona trzaska, przewraca, szamocze się i krzyczy, żeby ją zostawić i wypierdalać, choć nikt nie trzyma. On mówi do niej, racjonalnie, logicznie, z początku cicho, ale dajmy mu trochę czasu, dajmy mu się rozgrzać, nie uprzedzajmy faktów, nie duśmy rodzącego się powoli, konsekwentnie syku. Ona trwa cały czas wysoko, buja w górnych rejestrach, nie męczy się tym chyba wcale, on ją powoli dogania, dołącza, w końcu też się drze i ciągnie za sobą na dół, w ciszę. Ciszę, które nastaje regularnie, żeby zrobić miejsce na odgłosy zapasów. On sapie, ona stęka, butelki rozpaczliwie chcą zejść im z drogi, ale trasy ich splecionych kroków nie da się przewidzieć. Zahaczają o szafę, krzesło, lodówkę. W końcu udaje się jej uciec, co jest znaczone trzaśnięciem drzwi i klaskaniem bosych stóp na linoleum. Gdyby nie obowiązki gospodarza sam też wybiegłby od razu, ale te kilka piw i kilka kolejek to chyba dla niego nic, bo pamięta o zachowaniu twarzy. Z udawanym spokojem podnosi krzesła, przeprasza gości, ubiera się odpowiednio do pogody i dopiero rusza w pościg. Nie musi ścigać długo, bo do niej dopiero teraz dotarły wszystkie emocje, różnica temperatur wyciągnęła alkohol na sam wierzch, a schody na klatce zaczęły wydawać się bardzo gościnne. Korytarz ma nieco inną specyfikę akustyczną, ale mimo stłumienia i echa daje się rozróżnić wzajemne podchody jej szlochów i jego cierpliwych tłumaczeń.
Jeśli chodzi o to, co dzieje się w tym czasie za ścianą, to interpretacja wymaga nie lada słuchu i skupienia, ale trening czyni mistrza. Osobiście to mój ulubiony moment. Intymne On i Ona są zajęci gdzie indziej, na wersalce zostały niezręczne Kolega i Koleżanka. Jedno z nich z pali i dziubie w telefon, wszystko zaś z niesmakiem, drugie natomiast zaczyna się pocić i czyni zupełnie niepotrzebne starania w kierunku podtrzymania rozmowy. Zgadnijcie które kto co. Po dłuższej z natury chwili któreś decyduje się wykazać i zaczyna zbierać butelki, wietrzyć mieszkanie, zmywać.
Jak wiadomo Warszawa przoduje we wszystkim i lubi to okazywać, więc woda w warszawskich kranach osiąga niespotykaną nigdzie indziej temperaturę i ciśnienie. Dlatego też nie słychać już nic więcej, tylko szum nie zakręconej nigdy wody i zapętlony bas. Oczywiście tylko do czasu, do tego wieczora, tego momentu, kiedy ktoś zaniepokojony postanowi przerwać impas i sprawdzić co się dzieje, kiedy wejdzie tam policjant, sanitariusz, ksiądz po kolędzie. Każdy z nich zobaczy co innego i tylko ja widzę wszystkie scenariusze, ale szybko, zbyt szybko te wymyślone na jawie mieszają się z tymi, które przytargała w pysku spuszczona ze smyczy na czas snu wyobraźnia. Pewne jest tylko to, kto na pewno nie przeżył. Tak, tak, to akurat zgadliście - Ona.
Nie jest to zresztą aż tak ważne, liczy się efekt końcowy, który jest ni mniej, ni więcej taki, że po załatwieniu wszystkich formalności, po uprzątnięciu wszystkiego, co jest do uprzątnięcia i po zaplombowaniu drzwi, dookoła mnie znów nastaje cisza.
Dokładny kształt mieszkania obok pozostaje mi nieznany po dziś dzień, mimo że któregoś mglistego ranka okazja, żeby podejrzeć scenę rzeczywiście przypełzła (we mgle zawsze się pełza). Niemniej po kilku nocach odrobinę orientowałem się co gdzie i jak. Jak nietoperz. Ogólnego schematu hecy też się nauczyłem, bo pojętny ze mnie chłopak.
Najpierw wszystko wygląda jak spotkanie towarzyskie. Siedzą sobie we czworo, czasem brzęknie butelka, czasem ktoś zechce wyraźniej zaakcentować swoje zdanie - można wtedy wyłapać poszczególne słowa.
Głos gospodarza jest najniższy i słychać go najlepiej. Ma ustalone, nie do zachwiania poglądy na życie, wie co należy robić, a czego nie, jest pewien swojej ścieżki.
Jego gość częściej słucha, niż mówi. Imponuje mu barytonowy znajomy, wyraźnie czuje różnicę między sobą, a nim i nawet jeśli z czymś się nie zgadza, to woli zarżeć i zachłysnąć się milknącym w odosobnieniu śmiechem, niż dopuścić do konfrontacji. Najwyraźniej miał okazję przekonać się, jak wyglądają takie konfrontacje i czym się kończą.
Trzecia z osób jest równocześnie drugim lokatorem. Głośno chichocze, czasem wznosi okrzyki mające być celebracją dobrej zabawy. Upija się najszybciej, jest odpowiedzialna za szczęk przewracanej zastawy i głuche huknięcia nieszczęsnych krzeseł. Całym tym hałasem próbuje chyba zagłuszyć swoją historię. Na początku tylko ją wymyślałem, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne szczegóły, niewiele większe od okruchów szkła na podłodze potwierdzały całą monstrualność banału. Bez problemów i bez pudła zobaczyłem, jak poznaje go jeszcze w technikum i od razu wpada po uszy. Mniejsza z tym w co. Wszystkie Karyny zazdroszczą jej chłopaka starszego o pięć lat, z własnym samochodem, z mieszkaniem, ze znajomościami. Bez zbędnych ceregieli wprowadza się do rzeczonego mieszkania. W tygodniu robi w zasadzie co jej się podoba, byleby zawierało to zakupy. W weekendy jest czas na zabawę. On jest zmęczony robieniem interesów, musi się zrelaksować. Zaprasza kolegę. Żeby było jej raźniej - z koleżanką. Ona poniedziałkowe poranki rzyga jak kot. Chociaż nie do końca jak kot. Musi robić to cicho, bo on odsypia.
Jest jeszcze rzeczona i rzeczowa koleżanka. Typ krytyczny, pije mało, więc myśli, że jej wolno. Ma podobnie jak Gospodarz ustalony raz na zawsze światopogląd, ale się z nim aż tak nie afiszuje, bo woli wydymać pogardliwie usta. Do tego wychodzi najwcześniej.
Więc do Pewnego Momentu siedzą, gadają, palą cienkie mentolowe i piją. Co piją? Nie posunę się do stwierdzania czegokolwiek z absolutną pewnością, ale sądząc po odgłosach - jakieś lechy, jakieś absoluty. Natomiast od Pewnego Momentu już nie gadają, bo trzy zapętlone w czterdziestoośmiogodzinną nieskończoność - piosenki? kawałki? utwory? techniafki? - niestrudzenie, bo bez trudu przebijają się przez ściany, podłogi, sufity, słuchawki. Jest to etap do Kolejnego z Momentów bardzo kojący przez swoją pozorną bezustanność. Zawsze jednak coś go (przez zapomnienie nieoczekiwanie, a przez niespodziewanie dramatycznie) przerywa. Najczęściej głośniejszy od innych upadek, ciągnący za sobą inne, mniejsze, oraz nieartykułowany krzyk. Po krzyku nie trzeba już za bardzo niczego oddzielać Momentami bo heca zaczyna na łeb, na szyję trwać coraz bardziej, szybciej i - tu bez niespodzianek - głośniej.
Ona trzaska, przewraca, szamocze się i krzyczy, żeby ją zostawić i wypierdalać, choć nikt nie trzyma. On mówi do niej, racjonalnie, logicznie, z początku cicho, ale dajmy mu trochę czasu, dajmy mu się rozgrzać, nie uprzedzajmy faktów, nie duśmy rodzącego się powoli, konsekwentnie syku. Ona trwa cały czas wysoko, buja w górnych rejestrach, nie męczy się tym chyba wcale, on ją powoli dogania, dołącza, w końcu też się drze i ciągnie za sobą na dół, w ciszę. Ciszę, które nastaje regularnie, żeby zrobić miejsce na odgłosy zapasów. On sapie, ona stęka, butelki rozpaczliwie chcą zejść im z drogi, ale trasy ich splecionych kroków nie da się przewidzieć. Zahaczają o szafę, krzesło, lodówkę. W końcu udaje się jej uciec, co jest znaczone trzaśnięciem drzwi i klaskaniem bosych stóp na linoleum. Gdyby nie obowiązki gospodarza sam też wybiegłby od razu, ale te kilka piw i kilka kolejek to chyba dla niego nic, bo pamięta o zachowaniu twarzy. Z udawanym spokojem podnosi krzesła, przeprasza gości, ubiera się odpowiednio do pogody i dopiero rusza w pościg. Nie musi ścigać długo, bo do niej dopiero teraz dotarły wszystkie emocje, różnica temperatur wyciągnęła alkohol na sam wierzch, a schody na klatce zaczęły wydawać się bardzo gościnne. Korytarz ma nieco inną specyfikę akustyczną, ale mimo stłumienia i echa daje się rozróżnić wzajemne podchody jej szlochów i jego cierpliwych tłumaczeń.
Jeśli chodzi o to, co dzieje się w tym czasie za ścianą, to interpretacja wymaga nie lada słuchu i skupienia, ale trening czyni mistrza. Osobiście to mój ulubiony moment. Intymne On i Ona są zajęci gdzie indziej, na wersalce zostały niezręczne Kolega i Koleżanka. Jedno z nich z pali i dziubie w telefon, wszystko zaś z niesmakiem, drugie natomiast zaczyna się pocić i czyni zupełnie niepotrzebne starania w kierunku podtrzymania rozmowy. Zgadnijcie które kto co. Po dłuższej z natury chwili któreś decyduje się wykazać i zaczyna zbierać butelki, wietrzyć mieszkanie, zmywać.
Jak wiadomo Warszawa przoduje we wszystkim i lubi to okazywać, więc woda w warszawskich kranach osiąga niespotykaną nigdzie indziej temperaturę i ciśnienie. Dlatego też nie słychać już nic więcej, tylko szum nie zakręconej nigdy wody i zapętlony bas. Oczywiście tylko do czasu, do tego wieczora, tego momentu, kiedy ktoś zaniepokojony postanowi przerwać impas i sprawdzić co się dzieje, kiedy wejdzie tam policjant, sanitariusz, ksiądz po kolędzie. Każdy z nich zobaczy co innego i tylko ja widzę wszystkie scenariusze, ale szybko, zbyt szybko te wymyślone na jawie mieszają się z tymi, które przytargała w pysku spuszczona ze smyczy na czas snu wyobraźnia. Pewne jest tylko to, kto na pewno nie przeżył. Tak, tak, to akurat zgadliście - Ona.
Nie jest to zresztą aż tak ważne, liczy się efekt końcowy, który jest ni mniej, ni więcej taki, że po załatwieniu wszystkich formalności, po uprzątnięciu wszystkiego, co jest do uprzątnięcia i po zaplombowaniu drzwi, dookoła mnie znów nastaje cisza.
piątek, 12 września 2014
Taumaturgia
Three months of silence I obtain from my crucifiction
Czy za trójką rzeczywiście kryje się możliwość zmieniania rzeczywistości? Nie mam na ten temat opinii, podobnie jak na całą resztę tematów, choć fakt faktem, próbowałem trzy razy i za czwartem się udało, co kosztowało mnie trzy miesiące czasu. Trzy miesiące wycofania, pozostania z tyłu, zwierania szyków i rozmytego rozglądania się wokół. Zdarzało mi się już wcześniej, ale nigdy do tego stopnia, żeby czas zwalniał tak potwornie. Nie muszę nawet przystawać, a zauważam, że powietrze wokół mnie ani drgnie, a mojej głowy nie dobiega żaden dźwięk, oprócz kroków. Ten odgłos jest o tyle przyjemny, że to moje własne kroki. Jest też o tyle odprężający, że rozciąga się aż do momentu, w którym brzmi zupełnie jak szept wytargany za włosy ze słonecznych korytarzy Dawnatemu. Miałem całe dwa mnóstwa czasu żeby poczytać na ten temat, więc wiem, że to się po prostu zdarza przy spowolnieniu czasu i wcale się nie przejmuję i idę dalej i jest ciemno. Ciemność też mnie nie niepokoi. Jest jej tak niewiele, że mógłbym pozbierać cienie spod drzew i z chodników i zmieścić je w kieszeniach, których mam ni mniej, nie więcej a cztery. Na szczęście tego też nie muszę tego robić (nic nie muszę robić, a moje kieszenie kryją same ważne rzeczy), bo ciemność, którą spotykam, a o którą się nie potykam, przybiera na ogół przyjazne formy, aż warto się przywitać.
Niepokoi mnie za to fakt, że jeszcze chwila wysiłku w przedzieraniu się przez zgęstniałe powietrze i się zobaczymy. Czy dalej potrzebuję pomocy? Nie. Czyżbym wypił i nie wiem, czy po mnie widać? Drugie nie. Zabłądziłem, nie mam słuchawek, nie umyłem zębów? Nienie inie. Skąd w takim razie niepokój? Otóż nie wziąłem zegarka, ani okularów, więc nie wiem która godzina i nie wiem, czy to szary poranek we wrześniu, czy tak dużo latarni w nocy. Z jednej strony z wrześniem nigdy nic nie wiadomo, z drugiej - z nocą też nie. Ta kwestia jest o tyle ważna, że właśnie po to milkłem, nie pojawiałem się, szeptałem i skradałem w niegroźnych ciemnościach, by móc zmieniać rzeczywistość, która wydaje się być nie do zmienienia, zniesienia (potrafi to ta trójka czy nie?). Kiedy zawodzi mnie słuch i zawodzi wzrok, muszę zdać się na zapach. Jest mi to w sumie na rękę. Niektórzy z was wiedzą, a inni może podejrzewają tylko, że żaden miesiąc nie pachnie tak, jak pachnie wrzesień. Jego zapach jest doskonale przebrzmiały i zawsze zdaje się zwiastować nowy początek. Wiem z jakiego powodu tak się dzieje, ale mało mnie to interesuje, skoro już dawno, dawno temu wypadłem z obiegu.
Oto przyczłapałem ja i oto Ty stoisz. Ty tradycyjnie już patrzysz trochę kpiąco, a ja niestety dalej nie potrafię patrzeć w oczy. Znów czuję się zdradzony przez abstrakcyjne pojęcia. Czas, który jeszcze przed paroma krokami łagodnie kołysał nagle zrywa się, bierze mnie w biegu z bara i wykrzywiając w złośliwym grymasie wszystkie swoje mordy działa na moją niekorzyść. Niby nic nie muszę robić i nic nie robię, a czuję, że jeszcze jedna przyspieszona chwila, jeszcze dwie i będzie po mnie. Moje cztery kieszenie kryją same ważne rzeczy, ale w żadnej nie ma niczego mądrego do powiedzenia, ani krztyny wyglądu, żadnej przyciągającej siły. Że potrzebuję takiej siły wydedukowałem podczas wielu długich, długich nocy spędzanych na ustawianiu pustopełnych butelek po Pincie w najróżniejszych konfiguracjach i stukaniu w nie pazurami. Wtedy to właśnie, zataczając się od dźwięku do dźwięku, odkryłem zbrodnicze zamiary czasu, który to przyspieszając, to zwalniając chce Cię porwać.
Jakiś (hehe) czas temu skonstatowawszy tę sytuację, wpadłbym w rozpacz. Może jako mądrzy ludzie sądzicie, że nadal powinienem, skoro moje kieszenie nie oferują żadnej pomocy, nie mówiąc już o głowie. Ha! I tu was mam. Dlatego nie wpadam w rozpacz i dlatego jestem zupełnie spokojny, bo w sukurs kieszeniom przychodzą moje przepastne rękawy. I to tam kryję całe mnóstwa rozwiązań i możliwości, poczynając od dziewiątek, przez JOPKI, aż po sześć asów. Po to właśnie przez trzy miesiące byłem jak umarły, tak naprawdę rosnąc w siłę i kompletując talie po szufladach i kioskach. żeby teraz zachować spoko. Normalnie zapaliłbym w tym momencie, alem gołodupiec, a prosić Cię o skręcenie w obliczu nadchodzących okoliczności nie chcę i nie śmiem. Żeby zatrzymać, przytrzymać czas zgrzytam zębami i robię groźną minę. To pierwszy krok. Następne konsekwentnie prowadzą do otchłani, dlatego bardzo ważnym jest, by zatrzymać się w porę i by nie pisać o nich byle gdzie. Liczy się efekt. Jeśli wszystko poszło dobrze, to kiedy otworzę oczy okaże się, że wszystkie latarnie chełpiące się wzrostem, wszystkie szyldy świecące dla nikogo i wszystkie żarówki pozwalające dłoni trafić na szkło zgasły. Może nie bezpowrotnie, może czas znowu będzie wredny - nic to, efekt liczy się po trzykroć. Będę się zanurzał i wracał w połowie drogi tyle razy ile Ci się podoba, bylebyś tylko mogła zobaczyć tyle gwiazd, ile Ci się podoba. Teraz nie ryzykuję już niczym.
Czy za trójką rzeczywiście kryje się możliwość zmieniania rzeczywistości? Nie mam na ten temat opinii, podobnie jak na całą resztę tematów, choć fakt faktem, próbowałem trzy razy i za czwartem się udało, co kosztowało mnie trzy miesiące czasu. Trzy miesiące wycofania, pozostania z tyłu, zwierania szyków i rozmytego rozglądania się wokół. Zdarzało mi się już wcześniej, ale nigdy do tego stopnia, żeby czas zwalniał tak potwornie. Nie muszę nawet przystawać, a zauważam, że powietrze wokół mnie ani drgnie, a mojej głowy nie dobiega żaden dźwięk, oprócz kroków. Ten odgłos jest o tyle przyjemny, że to moje własne kroki. Jest też o tyle odprężający, że rozciąga się aż do momentu, w którym brzmi zupełnie jak szept wytargany za włosy ze słonecznych korytarzy Dawnatemu. Miałem całe dwa mnóstwa czasu żeby poczytać na ten temat, więc wiem, że to się po prostu zdarza przy spowolnieniu czasu i wcale się nie przejmuję i idę dalej i jest ciemno. Ciemność też mnie nie niepokoi. Jest jej tak niewiele, że mógłbym pozbierać cienie spod drzew i z chodników i zmieścić je w kieszeniach, których mam ni mniej, nie więcej a cztery. Na szczęście tego też nie muszę tego robić (nic nie muszę robić, a moje kieszenie kryją same ważne rzeczy), bo ciemność, którą spotykam, a o którą się nie potykam, przybiera na ogół przyjazne formy, aż warto się przywitać.
Niepokoi mnie za to fakt, że jeszcze chwila wysiłku w przedzieraniu się przez zgęstniałe powietrze i się zobaczymy. Czy dalej potrzebuję pomocy? Nie. Czyżbym wypił i nie wiem, czy po mnie widać? Drugie nie. Zabłądziłem, nie mam słuchawek, nie umyłem zębów? Nienie inie. Skąd w takim razie niepokój? Otóż nie wziąłem zegarka, ani okularów, więc nie wiem która godzina i nie wiem, czy to szary poranek we wrześniu, czy tak dużo latarni w nocy. Z jednej strony z wrześniem nigdy nic nie wiadomo, z drugiej - z nocą też nie. Ta kwestia jest o tyle ważna, że właśnie po to milkłem, nie pojawiałem się, szeptałem i skradałem w niegroźnych ciemnościach, by móc zmieniać rzeczywistość, która wydaje się być nie do zmienienia, zniesienia (potrafi to ta trójka czy nie?). Kiedy zawodzi mnie słuch i zawodzi wzrok, muszę zdać się na zapach. Jest mi to w sumie na rękę. Niektórzy z was wiedzą, a inni może podejrzewają tylko, że żaden miesiąc nie pachnie tak, jak pachnie wrzesień. Jego zapach jest doskonale przebrzmiały i zawsze zdaje się zwiastować nowy początek. Wiem z jakiego powodu tak się dzieje, ale mało mnie to interesuje, skoro już dawno, dawno temu wypadłem z obiegu.
Oto przyczłapałem ja i oto Ty stoisz. Ty tradycyjnie już patrzysz trochę kpiąco, a ja niestety dalej nie potrafię patrzeć w oczy. Znów czuję się zdradzony przez abstrakcyjne pojęcia. Czas, który jeszcze przed paroma krokami łagodnie kołysał nagle zrywa się, bierze mnie w biegu z bara i wykrzywiając w złośliwym grymasie wszystkie swoje mordy działa na moją niekorzyść. Niby nic nie muszę robić i nic nie robię, a czuję, że jeszcze jedna przyspieszona chwila, jeszcze dwie i będzie po mnie. Moje cztery kieszenie kryją same ważne rzeczy, ale w żadnej nie ma niczego mądrego do powiedzenia, ani krztyny wyglądu, żadnej przyciągającej siły. Że potrzebuję takiej siły wydedukowałem podczas wielu długich, długich nocy spędzanych na ustawianiu pustopełnych butelek po Pincie w najróżniejszych konfiguracjach i stukaniu w nie pazurami. Wtedy to właśnie, zataczając się od dźwięku do dźwięku, odkryłem zbrodnicze zamiary czasu, który to przyspieszając, to zwalniając chce Cię porwać.
Jakiś (hehe) czas temu skonstatowawszy tę sytuację, wpadłbym w rozpacz. Może jako mądrzy ludzie sądzicie, że nadal powinienem, skoro moje kieszenie nie oferują żadnej pomocy, nie mówiąc już o głowie. Ha! I tu was mam. Dlatego nie wpadam w rozpacz i dlatego jestem zupełnie spokojny, bo w sukurs kieszeniom przychodzą moje przepastne rękawy. I to tam kryję całe mnóstwa rozwiązań i możliwości, poczynając od dziewiątek, przez JOPKI, aż po sześć asów. Po to właśnie przez trzy miesiące byłem jak umarły, tak naprawdę rosnąc w siłę i kompletując talie po szufladach i kioskach. żeby teraz zachować spoko. Normalnie zapaliłbym w tym momencie, alem gołodupiec, a prosić Cię o skręcenie w obliczu nadchodzących okoliczności nie chcę i nie śmiem. Żeby zatrzymać, przytrzymać czas zgrzytam zębami i robię groźną minę. To pierwszy krok. Następne konsekwentnie prowadzą do otchłani, dlatego bardzo ważnym jest, by zatrzymać się w porę i by nie pisać o nich byle gdzie. Liczy się efekt. Jeśli wszystko poszło dobrze, to kiedy otworzę oczy okaże się, że wszystkie latarnie chełpiące się wzrostem, wszystkie szyldy świecące dla nikogo i wszystkie żarówki pozwalające dłoni trafić na szkło zgasły. Może nie bezpowrotnie, może czas znowu będzie wredny - nic to, efekt liczy się po trzykroć. Będę się zanurzał i wracał w połowie drogi tyle razy ile Ci się podoba, bylebyś tylko mogła zobaczyć tyle gwiazd, ile Ci się podoba. Teraz nie ryzykuję już niczym.
czwartek, 26 czerwca 2014
Historia pewnej miłości - Часть первая
Pierwotnie istniały tylko trzy beocjańskie Muzy - Melete, Mneme i Aoede, to jest Ćwiczenie, Pamięć i Śpiew. Taka myśl przemknęła przez moją głowę w popłochu, obawiając się by nie zabawić w niej dłużej, pewnego ponurego jak sam chiński cesarz Che-Nuk czerwcowego popołudnia. Za oknem deszcz był okropnie znużony swoją czterodniową robotą i pierwotną Ulewę spolegliwie zastąpił Siąpieniem, my zaś oddawaliśmy Muzom cześć. Wprawdzie nie na Helikonie, a w moim mieszkaniu, ale z równym zapałem. Śpiew dobiegał moich uszu w formie poświstującego chrapania, obejmującego trzy pełne oktawy, od kontraltowego D do górnego D w sopranie.
Ćwiczenie polegało na miarowym unoszeniu butelki do ust i wymagało ode mnie sporych pokładów samozaparcia, ponieważ trwało już od dwóch godzin, a butelka zawierała spirytus.
Pamięć zaś była niezmiennie katowana Wspomnieniem. Dzikim, promieniującym falami gorąca zupełnie innego niż spirytusowe Wspomnieniem.
Sądząc po tym, jak chrapliwy świst zniżył się do tenorowego G i szybkim przejściem sięgnął do G nad pięciolinią w wiolinie, a zawartość butelki niezmiennie ciążyła, nie miałem żadnych widoków na szybkie wyrwanie się z przedstawionej sytuacji. Gdybyście więc podeszli do ówczesnego mnie i zapytali (a zapytalibyście na pewno, zawsze to kurwa robicie), jakież to Wspomnienie mnie trapiło - opowiedziałbym mniej więcej tak-
Działo się to w czasach, kiedy mieszkałem w średniej wielkości Mieście, jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Macki Chaosu. Liczne, bądź to mrożące krew w żyłach, bądź budzące odrazę przypadki, na których omawianie braknie tu miejsca sprawiły, że wynajmowałem niewielkie mieszkanie na poddaszu starego, będącego o krok od powieszenia się bloku. Niczego nie łaknąłem wtedy bardziej niż pogrążenia się w Przepastnych Otchłaniach Samotności (ciekawostka - identyczne inicjały posiada dumna Polska Organizacja Sadowników), jednak moja sytuacja materialna (tylko trochę lepiej niż Gołodupiec) nie pozwalała na to. Koniec końców, po długich poszukiwaniach w najgorszych miejscach miasta, znalazłem współlokatorów. Byli to - niedowarzony filozof o aparycji małpy, nazwiskiem A., jego małpa, strasząca ludzi miną filozofa, zwana Kamilem, oraz mój Kruk, który nigdy nie doczekał się imienia.
(słysząc w tym momencie narastający szmer, pragnę rozwiać wątpliwości - TAK, MAM SOBIE KRUKA I MI NIE ZABRONICIE PSIEKRWIE, nieważne jak wielka to klisza. Naprawdę, jesteście czasem niemożliwi, zupełnie jakbyście myśleli, że piszę to dla was, a nie dla siebie).
Już po kilku tygodniach wspólnego mieszkania bieda materialna i umysłowa, zamiłowanie do używek oraz nienormowane godziny snu zbliżyły nas bardzo do siebie i związały szlachetnymi więzami przyjaźni. Dzieliśmy się sprawiedliwie czynszem na czterech, razem odbywaliśmy wieczorne spacery, razem robiliśmy monotematyczne zakupy, a gdyby któryś z nas zdechł, reszta solidarnie podzieliłaby między siebie zyski ze sprzedaży zwłok.
Kiedy więc zaczęła się cała ta draka, wiedziałem, że mogę liczyć na swoich towarzyszy, a potrzebowałem wsparcia tym bardziej, że draka spadła na mnie ni stąd, ni zowąd, jak nie przymierzając cegła. I z podobnym skutkiem. Spacerowaliśmy właśnie po mieście, mijając w wieczornej mgle kolejne grupki obszarpańców, Januszów i Seb, a cel wcale nie był nam potrzebny. To znaczy zadowoliłoby nas dowolne miejsce, w którem piwo kosztuje do sześciu szylingów. Dzięki znakomitej orientacji w terenie i kalendarzu kulturalnym, oraz naturalnej zdolności do wyczuwania taniego alkoholu trafiliśmy akurat na wernisaż Jakiejśtammłodejobiecującejconieważnejakmanaimię, gdzie w ramach poczęstunku, przy odpowiednim poziomie zaradności życiowej można było wypić do sześciu kieliszków wina za frajer.
Nic nie wskazywało, by ten wieczór miał się różnić od dziesiątków podobnych wieczorów. Po sali urządzonej z gustownym brakiem wyobraźni snuły się grupki, które niezależnie od wieku, statusu społecznego i wyglądu można było podzielić na tych, którzy udają, że się znają i tych, którzy bez obłudy przyszli się po prostu pokazać. Z kilkoma wyjątkami. Małpa małpowała najbardziej eleganckie z pań, A. doprowadzał kolejne licealistki do załamania nerwowego, Kruk krążył pod sufitem wyraźnie zdegustowany całą sceną, a ja stałem rażony piorunem, a przynajmniej widokiem.
Choćbym żył tysiąc lat, nie zapomnę nigdy emocji, jakich mi dostarczył ten widok. Była to postać niewieścia najpowabniejsza jaką dotąd widziałem. Znudzona twarz zwrócona ku drzwiom zdradzała niewyspanie i niezmierną złośliwość. Kształty zaś - kształty były boskie. Żadne inne słowo nie zdoła określić doskonałości proporcji, ale nawet ten termin wydał mi się dziwnie blady, gdy tylko skończyłem go wystukiwać na klawiaturze. Magia pięknych kobiecych kształtów, czar dziewczęcego wdzięku - były to moce, którym nigdy nie umiałem się oprzeć, a które skutecznie opierały się mi. Lecz tu oto zobaczyłem przed sobą wdzięk wcielony, ucieleśniony, beau ideal najdzikszych moich i najognistszych marzeń. Nieznajoma była odrobinę poniżej średniego wzrostu i postawy prawie, jeśli nie zupełnie ekstatycznej. Radowała wzrok doskonała krągłość i tournure jej policzków. Głowa rywalizować mogła z głową greckiej Psyche, uwydatniał zaś jej szlachetne kontury wytworny kapelusik z gaze aerienne, przywodzący mi na myśl ventum textilem Apulejusa. Piękna pani trzymała w prawej ręce skręconego papierosa, idealna zaś harmonia jej linii dreszczem przenikała moje ciało. Powiedziałem sobie w duchu, że muszę ją w najbliższym czasie poznać, i rozpatrywałem tysięczne tego sposoby, teraz zaś pragnąłem przyjrzeć się bliżej tym nieziemskim wdziękom. Kiedy już, już stawiałem pierwsze chwiejne kroki w kierunku ściany, pod którą stała Nieznajoma, zdarzyło się coś, co spowiło moje serce ciemnym całunem rozpaczy na następne kilka godzin. Oto znikąd wyrosła zasuszona, sępia postać mężczyzny lat mniej więcej sześćdziesięciu, która gestem ręki odzianej w szyty na miarę, acz zakurzony garnitur przywołała do siebie przyczynę mojego wzburzenia i razem z Nią zniknęła za drzwiami. Po kilku chwilach, rażony nagłą myślą również wypadłem na zewnątrz, jednak tam czekało na mnie jedynie chłodne, nocne powietrze, w którym nikł powoli odgłos odjeżdżającego samochodu.
Ponura rezygnacja, która ogarnęła mnie na kilka następnych dni i nocy nie dawała się porównać z żadnym innym z moich znanych napadów ponurej rezygnacji. Nie wychodziłem z domu. Nie spałem. Nie jadłem. Nie pił... dobra, aż tak to nie. Tak czy inaczej, brakowało mi tylko kilku dni, żeby w ogóle przestać wyglądać, aż pewnego deszczowego popołudnia (mam teorię, że podczas napadów ponurej rezygnacji wynajęci przez Los robole stają na dachu mojego bloku i wylewają na okrągło hektolitry wody imitując deszcz, nie to wcale nie jest głupia teoria) melodyjne chrapanie dobiegające z pokoju obok ucichło i po kilku chwilach w drzwiach stanął A. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda A. po szesnastogodzinnej drzemce, odpowiedź brzmi - strasznie. Ja jednak pozostawałem niewzruszony, ponieważ większość bodźców nie przedzierała się przez zasłonę ponurej rezygnacji. Mój stan również nie wywarł na współlokatorze większego wrażenia, pewnie dlatego, że miał już w tej materii praktyczne doświadczenie, które wykorzystał podchodząc bliżej i dając mi dwa razy w ryj. Moja kolejna teoria zakłada, że A. prawdopodobnie zna jakieś inne sposoby, by do mnie dotrzeć, tylko po prostu bardzo lubi dawać mi po ryju. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość mojemu druhowi - podziałało.
-ty. idź - wybełkotał zza zasłony przyspanych na wszystkie strony włosów
-ghd... gdzie mam niby iść? - odparłem spluwając krwią
-idź, nie wkurwiaj mnie.
Więc poszedłem.
Snułem się po całym mieście, starannie omijając miejsca pachnące jedzeniem i wypytując każdego napotkanego znajomego o piękność, która spiorunowała mnie kilka dni wcześniej. Efekt był taki, że kilka godzin później, z kieszeniami pełnymi ulotek i kradzionych zapalniczek wracałem do domu przepełniony pożądaną wiedzą oraz tak mieszanymi uczuciami, że postanowiłem przynajmniej na chwilę nie czuć nic. Dowiedziałem się, że moja bogdanka ma na imię Zofia i że co najmniej cztery osoby, które ośmieliły się zwrócić do niej per "Zosiu" padły trupem na miejscu bez konkretnego powodu. Przybyła do Sz. kilka dni temu, w towarzystwie wuja, pod opieką którego miała pozostać do ukończenia dwudziestego roku życia. O samym wuju było niewiele wiadomo, oprócz tego, co musiało być o nim wiadomo, by ostatecznie mnie pognębić. Wuj był obrzydliwie bogatym potentatem tytoniowym, a jego paskudne usposobienie tyrana kazało mu wysuszone uprzednio zwłoki adoratorów bratanicy mielić i dodawać do flagowego produktu jego firmy - papierosów Lekkich Młodzieżowych.
Powiedzcie sami - co mogłem zrobić w takiej sytuacji? Zgadza się, koniecznie spróbować uwieść piękną, złowrogą Zofię. Czy to siła nagłego, a niewytłumaczalnego uczucia? Czy chęć zmienienia swojego zadymionego życia? Impuls chwili? Wszystko to brzmi prawdopodobnie. Ale główna przyczyna to fakt, że jestem po prostu strasznie głupi.
Pierwszym krokiem, na jaki w takiej sytuacji mógł wpaść ktoś strasznie głupi, jest oczywiście frontalny atak. Wiedziałem, że będzie mnie to kosztować sporo nerwów, ale postanowiłem odnaleźć moją Laurę na fejsie.
Klik.
"UFF CZO TA SESJA NIE SPAUAM OD 78 GODZIN TAK BARDZO LOSOWYPRZEDMIOT xDD"
To nie Ona.
Klik.
"ludzie przejrzyjcie na oczy ciągle nas okradają są zdrajcami i umrą już nie długo wreszcie porządek będzie"
To też nie Ona.
Klik.
Kroki Ciszy w Moim Jesiennym Pokoju
"każda chwila
jest kamykiem w rzecze
po której stąpasz Ty
i burzysz moje życie swoimi syrami
odejdź więc...
i nie rań mnie więcej"
Ta też nie.
Klik.
"Nic tu nie ma, idź już spać"
Mam Cię.
Na chwilę obecną nie mam pieniędzy, żeby pójść do sklepu po... tusz do klawiatury, jednakowoż
CIĄG
DALSZY
BEDZIE
Ćwiczenie polegało na miarowym unoszeniu butelki do ust i wymagało ode mnie sporych pokładów samozaparcia, ponieważ trwało już od dwóch godzin, a butelka zawierała spirytus.
Pamięć zaś była niezmiennie katowana Wspomnieniem. Dzikim, promieniującym falami gorąca zupełnie innego niż spirytusowe Wspomnieniem.
Sądząc po tym, jak chrapliwy świst zniżył się do tenorowego G i szybkim przejściem sięgnął do G nad pięciolinią w wiolinie, a zawartość butelki niezmiennie ciążyła, nie miałem żadnych widoków na szybkie wyrwanie się z przedstawionej sytuacji. Gdybyście więc podeszli do ówczesnego mnie i zapytali (a zapytalibyście na pewno, zawsze to kurwa robicie), jakież to Wspomnienie mnie trapiło - opowiedziałbym mniej więcej tak-
Działo się to w czasach, kiedy mieszkałem w średniej wielkości Mieście, jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Macki Chaosu. Liczne, bądź to mrożące krew w żyłach, bądź budzące odrazę przypadki, na których omawianie braknie tu miejsca sprawiły, że wynajmowałem niewielkie mieszkanie na poddaszu starego, będącego o krok od powieszenia się bloku. Niczego nie łaknąłem wtedy bardziej niż pogrążenia się w Przepastnych Otchłaniach Samotności (ciekawostka - identyczne inicjały posiada dumna Polska Organizacja Sadowników), jednak moja sytuacja materialna (tylko trochę lepiej niż Gołodupiec) nie pozwalała na to. Koniec końców, po długich poszukiwaniach w najgorszych miejscach miasta, znalazłem współlokatorów. Byli to - niedowarzony filozof o aparycji małpy, nazwiskiem A., jego małpa, strasząca ludzi miną filozofa, zwana Kamilem, oraz mój Kruk, który nigdy nie doczekał się imienia.
(słysząc w tym momencie narastający szmer, pragnę rozwiać wątpliwości - TAK, MAM SOBIE KRUKA I MI NIE ZABRONICIE PSIEKRWIE, nieważne jak wielka to klisza. Naprawdę, jesteście czasem niemożliwi, zupełnie jakbyście myśleli, że piszę to dla was, a nie dla siebie).
Już po kilku tygodniach wspólnego mieszkania bieda materialna i umysłowa, zamiłowanie do używek oraz nienormowane godziny snu zbliżyły nas bardzo do siebie i związały szlachetnymi więzami przyjaźni. Dzieliśmy się sprawiedliwie czynszem na czterech, razem odbywaliśmy wieczorne spacery, razem robiliśmy monotematyczne zakupy, a gdyby któryś z nas zdechł, reszta solidarnie podzieliłaby między siebie zyski ze sprzedaży zwłok.
Kiedy więc zaczęła się cała ta draka, wiedziałem, że mogę liczyć na swoich towarzyszy, a potrzebowałem wsparcia tym bardziej, że draka spadła na mnie ni stąd, ni zowąd, jak nie przymierzając cegła. I z podobnym skutkiem. Spacerowaliśmy właśnie po mieście, mijając w wieczornej mgle kolejne grupki obszarpańców, Januszów i Seb, a cel wcale nie był nam potrzebny. To znaczy zadowoliłoby nas dowolne miejsce, w którem piwo kosztuje do sześciu szylingów. Dzięki znakomitej orientacji w terenie i kalendarzu kulturalnym, oraz naturalnej zdolności do wyczuwania taniego alkoholu trafiliśmy akurat na wernisaż Jakiejśtammłodejobiecującejconieważnejakmanaimię, gdzie w ramach poczęstunku, przy odpowiednim poziomie zaradności życiowej można było wypić do sześciu kieliszków wina za frajer.
Nic nie wskazywało, by ten wieczór miał się różnić od dziesiątków podobnych wieczorów. Po sali urządzonej z gustownym brakiem wyobraźni snuły się grupki, które niezależnie od wieku, statusu społecznego i wyglądu można było podzielić na tych, którzy udają, że się znają i tych, którzy bez obłudy przyszli się po prostu pokazać. Z kilkoma wyjątkami. Małpa małpowała najbardziej eleganckie z pań, A. doprowadzał kolejne licealistki do załamania nerwowego, Kruk krążył pod sufitem wyraźnie zdegustowany całą sceną, a ja stałem rażony piorunem, a przynajmniej widokiem.
Choćbym żył tysiąc lat, nie zapomnę nigdy emocji, jakich mi dostarczył ten widok. Była to postać niewieścia najpowabniejsza jaką dotąd widziałem. Znudzona twarz zwrócona ku drzwiom zdradzała niewyspanie i niezmierną złośliwość. Kształty zaś - kształty były boskie. Żadne inne słowo nie zdoła określić doskonałości proporcji, ale nawet ten termin wydał mi się dziwnie blady, gdy tylko skończyłem go wystukiwać na klawiaturze. Magia pięknych kobiecych kształtów, czar dziewczęcego wdzięku - były to moce, którym nigdy nie umiałem się oprzeć, a które skutecznie opierały się mi. Lecz tu oto zobaczyłem przed sobą wdzięk wcielony, ucieleśniony, beau ideal najdzikszych moich i najognistszych marzeń. Nieznajoma była odrobinę poniżej średniego wzrostu i postawy prawie, jeśli nie zupełnie ekstatycznej. Radowała wzrok doskonała krągłość i tournure jej policzków. Głowa rywalizować mogła z głową greckiej Psyche, uwydatniał zaś jej szlachetne kontury wytworny kapelusik z gaze aerienne, przywodzący mi na myśl ventum textilem Apulejusa. Piękna pani trzymała w prawej ręce skręconego papierosa, idealna zaś harmonia jej linii dreszczem przenikała moje ciało. Powiedziałem sobie w duchu, że muszę ją w najbliższym czasie poznać, i rozpatrywałem tysięczne tego sposoby, teraz zaś pragnąłem przyjrzeć się bliżej tym nieziemskim wdziękom. Kiedy już, już stawiałem pierwsze chwiejne kroki w kierunku ściany, pod którą stała Nieznajoma, zdarzyło się coś, co spowiło moje serce ciemnym całunem rozpaczy na następne kilka godzin. Oto znikąd wyrosła zasuszona, sępia postać mężczyzny lat mniej więcej sześćdziesięciu, która gestem ręki odzianej w szyty na miarę, acz zakurzony garnitur przywołała do siebie przyczynę mojego wzburzenia i razem z Nią zniknęła za drzwiami. Po kilku chwilach, rażony nagłą myślą również wypadłem na zewnątrz, jednak tam czekało na mnie jedynie chłodne, nocne powietrze, w którym nikł powoli odgłos odjeżdżającego samochodu.
Ponura rezygnacja, która ogarnęła mnie na kilka następnych dni i nocy nie dawała się porównać z żadnym innym z moich znanych napadów ponurej rezygnacji. Nie wychodziłem z domu. Nie spałem. Nie jadłem. Nie pił... dobra, aż tak to nie. Tak czy inaczej, brakowało mi tylko kilku dni, żeby w ogóle przestać wyglądać, aż pewnego deszczowego popołudnia (mam teorię, że podczas napadów ponurej rezygnacji wynajęci przez Los robole stają na dachu mojego bloku i wylewają na okrągło hektolitry wody imitując deszcz, nie to wcale nie jest głupia teoria) melodyjne chrapanie dobiegające z pokoju obok ucichło i po kilku chwilach w drzwiach stanął A. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda A. po szesnastogodzinnej drzemce, odpowiedź brzmi - strasznie. Ja jednak pozostawałem niewzruszony, ponieważ większość bodźców nie przedzierała się przez zasłonę ponurej rezygnacji. Mój stan również nie wywarł na współlokatorze większego wrażenia, pewnie dlatego, że miał już w tej materii praktyczne doświadczenie, które wykorzystał podchodząc bliżej i dając mi dwa razy w ryj. Moja kolejna teoria zakłada, że A. prawdopodobnie zna jakieś inne sposoby, by do mnie dotrzeć, tylko po prostu bardzo lubi dawać mi po ryju. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość mojemu druhowi - podziałało.
-ty. idź - wybełkotał zza zasłony przyspanych na wszystkie strony włosów
-ghd... gdzie mam niby iść? - odparłem spluwając krwią
-idź, nie wkurwiaj mnie.
Więc poszedłem.
Snułem się po całym mieście, starannie omijając miejsca pachnące jedzeniem i wypytując każdego napotkanego znajomego o piękność, która spiorunowała mnie kilka dni wcześniej. Efekt był taki, że kilka godzin później, z kieszeniami pełnymi ulotek i kradzionych zapalniczek wracałem do domu przepełniony pożądaną wiedzą oraz tak mieszanymi uczuciami, że postanowiłem przynajmniej na chwilę nie czuć nic. Dowiedziałem się, że moja bogdanka ma na imię Zofia i że co najmniej cztery osoby, które ośmieliły się zwrócić do niej per "Zosiu" padły trupem na miejscu bez konkretnego powodu. Przybyła do Sz. kilka dni temu, w towarzystwie wuja, pod opieką którego miała pozostać do ukończenia dwudziestego roku życia. O samym wuju było niewiele wiadomo, oprócz tego, co musiało być o nim wiadomo, by ostatecznie mnie pognębić. Wuj był obrzydliwie bogatym potentatem tytoniowym, a jego paskudne usposobienie tyrana kazało mu wysuszone uprzednio zwłoki adoratorów bratanicy mielić i dodawać do flagowego produktu jego firmy - papierosów Lekkich Młodzieżowych.
Powiedzcie sami - co mogłem zrobić w takiej sytuacji? Zgadza się, koniecznie spróbować uwieść piękną, złowrogą Zofię. Czy to siła nagłego, a niewytłumaczalnego uczucia? Czy chęć zmienienia swojego zadymionego życia? Impuls chwili? Wszystko to brzmi prawdopodobnie. Ale główna przyczyna to fakt, że jestem po prostu strasznie głupi.
Pierwszym krokiem, na jaki w takiej sytuacji mógł wpaść ktoś strasznie głupi, jest oczywiście frontalny atak. Wiedziałem, że będzie mnie to kosztować sporo nerwów, ale postanowiłem odnaleźć moją Laurę na fejsie.
Klik.
"UFF CZO TA SESJA NIE SPAUAM OD 78 GODZIN TAK BARDZO LOSOWYPRZEDMIOT xDD"
To nie Ona.
Klik.
"ludzie przejrzyjcie na oczy ciągle nas okradają są zdrajcami i umrą już nie długo wreszcie porządek będzie"
To też nie Ona.
Klik.
Kroki Ciszy w Moim Jesiennym Pokoju
"każda chwila
jest kamykiem w rzecze
po której stąpasz Ty
i burzysz moje życie swoimi syrami
odejdź więc...
i nie rań mnie więcej"
Ta też nie.
Klik.
"Nic tu nie ma, idź już spać"
Mam Cię.
Na chwilę obecną nie mam pieniędzy, żeby pójść do sklepu po... tusz do klawiatury, jednakowoż
CIĄG
DALSZY
BEDZIE
wtorek, 24 czerwca 2014
Ignorantio elenchi
Wszyscy zaangażowani w teatrzyk popadli w niemałą konsternację,
kiedy dołączył do nich Orangutan. Ciężko stwierdzić, czy wiązali z nim jakieś
osobiste, pokręcone nadzieje, łaknęli powiewu świeżości, czy po prostu cieszyli
się na jego widok, jak to zwykle na widok orangutana. Nie wiadomo też, czy ktoś
wręczył mu sznurki, czy sięgnął po nie sam, czy po prostu nagle zawiązały się z
powodu przyczyn i okoliczności na jego palcach (paluchach). Fakt faktem – nagle
dzierżył napięte i ginące w ciemnościach linki. Kogoś, kto obserwował kulisy by
zaspokoić ciekawość – co też zrobi Orangutan – trzeba nazwać kimś naiwnym.
Orangutan ma to do siebie, że zawsze pozostaje w zgodzie ze swoją naturą, jaka
by nie była. A jest orangutania. Dlatego też pociągał za rzeczone sznurki,
pociągał, coś poplątał, coś porwał, coś pogubił i wzruszywszy ramionami poszedł
w swoją nieokreśloną stronę, wlokąc za sobą długie łapy, a wraz z nimi kłębki
żyłek, nagle już nieginących w ciemnościach.
__________________________________________________________________________________
To jest moje ciało. Granice tego, co mogę określić sobą.
Tego, co udało mi się wydrzeć przestrzeni. Żałuję, że przestrzeń jest niema i
nie pyta, po co uparcie formujemy się w jej karykatury. Żałuję też, że muszę
odczuwać swoje granice, kiedy brodzę strasznie wymęczony goniąc Go po
rumowisku. Za plecami mam Kałac Pultury i inne, bez wyjątku naznaczone miejsca.
Przed sobą widzę uparcie oddalające się plecy Tego Typa. Po lewej i po prawej
majaczą wielkie, wielkie, zasłaniające cały horyzont gierkowskie bloki. Nogi
zaś grzęzną mi po kostki w stosie laptopów, butelek po piwie, smarfonuw, szminek,
sukienek, popielniczek i nawet nie mam czasu spojrzeć czego jeszcze.
Żyję trzy dni na
zmianę, zawsze takie same, tak nie do zmącenia, że niby gdzieś chodzę, coś
mówię, ale tak naprawdę śpię. Śpię spokojnie, bez koszmarów, bo wiem, że moje
dni są nie do zmącenia. Tylko moje noce się od siebie różnią, diametralnie, nie
do poznania, że niby się boję, ale tak naprawdę czekam na nie z niecierpliwością,
bo wiem, że każda następna będzie mocniej od poprzedniej. Ciekawe jak długo tak
się da? Pewnie po prostu w pewnym momencie eksplodują mi zapadnięte oczy. W
zasadzie to po co mi one? W dzień i tak śpię, noc i tak jest czarna.
Ciemności. Nie ma większej różnicy, ale dla dobra narracji
przyjmijmy, że pytasz mnie w ciemnym, zadymionym pokoju, a nie nad Wisłą.
Pytasz – co mi możesz powiedzieć o przerażeniu?
Wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom – niejedno. I opowiadam
Ci o tym, jak tuż przed świtem staję na brzegu, rozbieram się i powoli, ale
konsekwentnie wchodzę do wody. Głębiej, głębiej, głębiej. Po czym rzucam się w
nią całym sobą i równie konsekwentnie nurkuję. Głębiej, głębiej, głębiej, aż do
dna. Wyobraź sobie, mówię, że tak sunąc z twarzą tuż przy mulistym końcu, w
lodowatych ciemnościach nagle słyszysz szept, prosto w zatkane tonią uszy.
Właśnie to wiem o przerażeniu.
Wiem też, że przerażenie wcale nie musi być intensywnym
uczuciem. Kiedy sunę po tych bez wyjątku naznaczonych ulicach, które jednocześnie
są i nie są moje, kiedy mijam setki ludzi, nienawidzę setek ludzi, albo z
setkami ludzi rozmawiam – wiesz co widzę? Nie wiedziałem tego przez tyle czasu,
tak długo, póki Cię nie zobaczyłem. Oni wszyscy, kiedy się to porówna i spojrzy
w perspektywie, są trupami. W większym, lub mniejszym stopniu, ale trupami. Byłem
ślepy, bo też byłem martwy, taki z pustymi oczami. Nie eksplodowały. Mam je
wydłubane.
Byłem martwy – ale co uprawnia mnie do używania czasu
przeszłego? Chyba tylko świadomość, że jednak istniejesz naprawdę, fizycznie.
Że odpisujesz, uśmiechasz się, albo krzywisz. Wreszcie, że razem bezskutecznie
uciekamy raz, czy drugi przed świtem. Kilka ładnych litrów zastanawiałem się
nad tym podobieństwem i wydaje mi się, że wiem. Najzwyczajniej w świecie oboje
mamy wgląd w ten drugi świat. Czy nam się podoba, czy akurat rzygamy na myśl o
nim. Tym bardziej rzygamy, że przez uchylone, uchylane, lub wyłamywane siłą
drzwi sączy się jad. I ten jad też jest nasz wspólny, smakuje jak luty, jeden,
czy drugi.
O przerażeniu wiem jeszcze jedną rzecz.
Nawet kiedy deszczowe chmury upośledzają pełnię księżyca, a
mgła podnosi się zewsząd i nie próbuje udawać, że nie osacza, jestem spokojny.
To nic, że opieram się o drzewo, a za moimi plecami i przed moimi oczami śmigają
rdzawe cienie. Ktoś musi pić, ktoś musi kłamać, ktoś musi być rdzawym cieniem.
To nic, że cały jestem mokry od wczorajszego, osiadłego na trawach deszczu.
Napiszę więcej – to nic, że nie wiem, gdzie jestem. Prawdziwie przerażające są
tylko dwie rzeczy. To, że od kilku godzin, z żadnej strony nie da się dosłyszeć
żadnego pociągu, oraz to, że modlitwy nie są wysłuchiwane. Pora spać, za pan
brat ze świerszczami.
czwartek, 8 maja 2014
Terziele. Tottedood.
Here I go, going down, down, down
My mind is a blank
My head is spinning around and around
As I go deep into the funnel of love
Leżę na dachu i już wiem. To jak, dlaczego i na którym dachu się nie liczy. Liczy się na maturze, liczy się, że wreszcie wiem, co mnie uwiera i że wreszcie się tego pozbyłem. Pozbyłem się ego, pozbyłem się ciała, koniec końców remedium przyszło samo z siebie, choć za pośrednictwem. Wszyscy chętni moglibyśta ustawić się w zawijanej kolejce i konsekwentnie defasonować mi ryj, a i tak nie mogłoby się to równać z miażdżącą potęgą, z jaką spadł na mnie rozpalony błękit, zatrzymując się milimetry od ust. Wiatr ucichł, słońce ochłonęło, a dachówki poczęły nieśmiało uciekać mi spod pleców. Nie chcę się ruszać i wcale nie twierdzę, że byłbym w stanie.
My mind is a blank
My head is spinning around and around
As I go deep into the funnel of love
Leżę na dachu i już wiem. To jak, dlaczego i na którym dachu się nie liczy. Liczy się na maturze, liczy się, że wreszcie wiem, co mnie uwiera i że wreszcie się tego pozbyłem. Pozbyłem się ego, pozbyłem się ciała, koniec końców remedium przyszło samo z siebie, choć za pośrednictwem. Wszyscy chętni moglibyśta ustawić się w zawijanej kolejce i konsekwentnie defasonować mi ryj, a i tak nie mogłoby się to równać z miażdżącą potęgą, z jaką spadł na mnie rozpalony błękit, zatrzymując się milimetry od ust. Wiatr ucichł, słońce ochłonęło, a dachówki poczęły nieśmiało uciekać mi spod pleców. Nie chcę się ruszać i wcale nie twierdzę, że byłbym w stanie.
Jak zwykle siedzisz z kolanami pod samą brodą, ni to daleko,
ni blisko ode mnie. Z widocznym niesmakiem zaciągasz się papierosem i patrzysz
z przechyloną na bok głową, jakby zaciekawiona, ale wiem, że Twój wzrok
przebija mnie na wylot i patrzy na tego kogoś, kto zawsze i wszędzie stoi za
mną.
Co teraz zamierzasz zrobić?
Nic. Co ja mógłbym zamierzać? Kiedy nagle znajdziesz się w
zupełnych ciemnościach pozostaje jedynie poczekać, aż oczy się przyzwyczają.
Chyba, że właśnie oślepłeś.
Chyba że.
Ale to właśnie w ciemnościach przychodzą do mnie
różni ludzie, których podobno nie powinno być. Teraz widzę nawet ich twarze,
znam imiona, wiem co mówią. Ale jeszcze nie odpowiadam, jeszcze nie. Na razie
tylko patrzę wyzywająco, udaję pewnego siebie, przecież kiedyś rozwiążę te
wszystkie supły, a jak nie, to je porozcinam, a jak nie, to obleję się benzyną
i je spalę. Pozwalam im wszystkim krążyć dookoła, co bezczelniejsze zmory
objadają mi lodówkę, ale niech tam. Siedzę w milczeniu, zupełnie innym, niż to,
kiedy zadzwoniłaś do mnie osiem po północy. Minuta Twojego nagiego oddechu,
minuta mojego nagiego oddechu, nic więcej i nic mniej, wdech i wydech. Szelest
odkładanej słuchawki. O rany.
Nie pytaj mnie o wtedy, bo naprawdę niczego konkretnego nie
wiem. Oprócz tego, że bardzo przyjemnie jest wyjść raz, drugi i trzeci na
balkon, a potem rozpaść się wśród dymu, basu i chłodnego, rwącego się dotyku.
Czy świeciło wtedy słońce, czy zapadł już ciepły zmierzch? Pewnie jedno, albo
drugie. Czy w promieniu kilometra byli jacyś inni ludzie? Nie wydaje mi się,
ale co się będę wymądrzał. Czy rozmawialiśmy? Najpewniej, ale co za różnica? Zdania
są mocno podzielone, choć osobiście optuję za tezą, że owszem, można stracić w
ciągu wieczoru połowę duszy i dalej chodzić, ziewać i dłubać w nosie, a nawet
pić przez cztery następne dni, by przewietrzyć wspaniałą duszę miotającą się w
parszywym ciele.
Jeśli zupełnym przypadkiem mojej duszy zdarza się spełniać
jakąś rolę, to robi to z głęboką przyjemnością. Jestem widzem kapiącego
przepychem przedstawienia, kiedy po zalanym majowym słońcem dworcu błądzi
kolejny prześladujący mnie niewidomy. Obija się o ludzi, o ściany, depcząc
niedopałki i po mistrzowsku maskując przerażenie w pustych oczach. Przynajmniej
nie widzi przerażenia w moich. Jestem elementem krajobrazu, kiedy zataczam się
na kraniec siódmego peronu Warszawy Wschodniej. Po mojej lewej sunie cień, a po
prawej ślad, zaś wszyscy trzej jesteśmy jednako przygięci do ziemi. Tylko ktoś
za mną idzie prosto. Ach, wy wszyscy kolekcjonerzy niedzielnych przeżyć,
powinniście być tam ze mną, zejść schodami w dół prosto w śmierdzący szczynami
Szeol, gdzie niektórzy uciekają przed wzrokiem normalnych ludzi, a skąd tylko
najwytrwalsi dają radę pójść dalej, wzdłuż torów, na wschód. Nie było was,
nigdy was nie ma, więc też nie powinno was dziwić, że ja nie dałem rady i nie
poszedłem i zawróciłem. Co jest jeszcze trudniejsze.
Oczywiście mam świadomość, że dzieli nas przepaść, ale w
ciągu tych długich tygodni udało nam się przerzucić przez nią kilka pomostów.
Na przykład ten miły sposób na plucie w pysk – można nas obu było zamknąć w
pokoju i nie spuszczać z oka, a my i tak łaziliśmy po ulicach i straszyliśmy
porządnych ludzi. Wędrowaliśmy całymi godzinami i nawet zdarzało nam się
spotkać i przywitać z uprzejmym zaskoczeniem. Obu nam nie można było za to ni
cholery zaufać, nigdy. Obaj pierwszy raz od wieków modliliśmy się, cztery metry
od siebie. Mi zdarzyło się modlić o ciszę, zupełnie bez skutku. On przez cztery
dni i noce modlił się o śmierć, zupełnie bez przekonania. Niesłusznie, jak się
okazuje.
Leże na dachu i nie wiem. Nie wiem ile czasu leżałem, ani co
w trakcie robiłem. Nie wiem czy kupię jeszcze w tym roku miesięczny. Nie wiem
czy przypadkiem nie widzisz mnie z okna samolotu, sama o tym nie wiedząc. Ale
przede wszystkim, Chryste, nie wiem jak stąd zleźć!
FAQ (ALE PO FRANCUSKU
POZWALAMY)
1. Nie.
2. Tak.
3. Zejdź mi z oczu.
4. Chyba tak, ale
lepiej zadzwoń.
5. Nie w tym rzecz.
6. Tak, rzuciłem
Artura, puszczał się z jakimś chudym antykiem nazwiskiem Rychtarski.
PS. Kiedyś pisałaś dużo lepiej. Nieładnie wyglądają te
skomplikowane słowa i szokowanie, jakby na siłę, zupełnie jak u mnie.
PPSH. Propsy dla Bodzia za „A JA TO NIE WŁAŻE NA TWOJEGO
BLOGA BO NIE WIEM O CHUJ CI TAM CHODZI”. Jeden szczery.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Unpleasant Sonata
Najpierw obowiązki, potem zejdź mi z oczu. W porządku, więc najpierw trzeba określić swoje granice. Głowę mam gdzieś w okolicach świtu, reszta mi zwisa. Po różnych stronach łóżka. Próbuję coś do Ciebie powiedzieć, ale z ust dobywa mi się tylko suchotniczy wizg, próbuję obrócić głowę, żeby sprawdzić, czy w ogóle jesteś w tym samym pokoju, budynku, mieście co ja, ale nie mam karku. Dlaczego nie mam głosu - wiem. Dlaczego nie mam karku - wiem. Dlaczego boli mnie pysk? Bom w niego dostał. Za co? Chryste panie, co ja wczoraj zrobiłem. Co się właściwie stało. Jak powiedział arter - "co to wszystko kurwa było weź". Nawet nie mogę się upierdliwie usprawiedliwiać tym, że byłem pijany, bo, o dziwo, nie byłem.
Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.
Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.
Biodra, rzeczywiście, jak mogłem zapomnieć, że biodra?
Bardzo prosto – paradoksalnie to był najmniej przejmujący moment tego ogromnego,
intensywnego wieczoru. Od samych muśnięć oczu upijałem się i trzeźwiałem setki
razy, a biodra nie. Tyle mam na swoją obronę.
Dopiero kiedy wybieram się oglądać wschód księżyca,
zauważam, że ktoś wciąż jest w mojej kurtce i mnie uwiera. Nie da się na to nic
poradzić, więc idę w samej koszuli. Litość, którą budzi mój widok jest warta ni
mniej, ni więcej, a trzy papierosy. Nie można mieć wszystkiego. Ewentualnie nie
można mieć niczego, oprócz (chronologicznie) poczucia winy, poczucia krzywdy i
poczucia straty.
Podnoszę do obcego sufitu najpierw lewą rękę, potem prawą.
Otwieram najpierw lewe oko, później nie otwieram prawego, bo nie zniesę. Niby
świeci tylko monitor, ale ściany są tak szpitalnie białe, że żałuję otwierania
któregokolwiek z moich licznych oczu. Zastanawiające, jak wielu ludzi nagle
umie życie, jak pewni i zadowoleni z siebie czują się kiedy tylko usadzą dupy w
pociągu, ile razy w ciągu miesiąca można usłyszeć „bo ten to chodzi o to że
uśmiechać się musisz no i wszystko dobre będzie”. Będę rzygał. Tylko pasjans,
którego frenetycznie układam jest ze mną szczery i raz za razem pokazuje mi
komunikat – „IT’S LOOKING BAD! I don’t think there’s much more you can do, but
you’re welcome to check for yourself if you’re desperate!” Podobny wydźwięk,
choć w bieda wersji ma ten piętnasty, dwusetny Harnaś, który spod kapsla jęczy
„Graj dalej”. Więc gram, dwa złote nie piniondz. W zasadzie ile złotych to
piniondz? Jeszcze nie doszedłem do tej granicy, to pewne.
Nie zniosę tak białych ścian, ani chwili dłużej. Mogę je przemalować,
mogę je zburzyć. Ktoś jeszcze życzliwie podpowiada na ucho, że mogę też zacząć w
nie walić łbem. Idź już lepiej do domu i nie wracaj. Dobrze, że byłem zbyt
trzeźwy na samochód, nic nie pozwala się tak nacieszyć jakimiś wydumanymi
ostatnimi widokami jak niespieszny spacer, nawet kiedy pcha cię litość. Teraz
wzdycham nawet za takim motorem jak litość. Wbrew powszechnej opinii („kot
szrodingera to jak zamkniesz na miesiąc w pudełku i nie wiesz czy zdechł”),
nikt się tu nikim nie zajmuje („kompleks edypa to jak chcesz spać ze swojo
matko”). Po pierwszych trzech dniach każdy zmaga się sam ze sobą w swoim
kąciku. Zostać jeszcze dzień, czy pójść już sobie? Wytrzymałem cztery, bo mnie zemdliło.
Można uzależnić się od chlania, od pływania, od zapachu kwitnącej mirabelki, od bólu. Można też uzależnić się od chaosu, od nudy, od kłamstwa, od chmur. Można od czytania, od seksu, od dłubania w nosie, od snu. A można od drugiej osoby, ale to już kiepsko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)