Siedlce przemysłowe nie są najweselszą dzielnicą. Zwłaszcza w lutym. Nieważne, czy zmierzasz od przyjaciela, do najbliższej ci osoby w życiu, czy wracasz objuczony piwem wszelkiej maści (Lwówek Belg wysuwa się w prywatnym rankingu na czoło) do domu, czy zabłąkałeś się tam na spacerze. Jest niedziela, dochodzi piąta, stalowoszare niebo wydaje się być równie ciężkie, co pierwszy, łamiący organową stylistykę riff. Pada deszcz ze śniegiem i zmienia wszystko dookoła w mokre zwały zamarzniętego błota.
______________________________________________________________________________
Dlaczego człowiek z katarem czuje się bardziej wyobcowany? Już tłumaczę. Powszechnie znanym faktem jest to, iż ww. katar zaburza działanie zmysłu zwanego węchem. Technikalia (jeśli można użyć takiego terminu w stosunku do fizjologii człowieka) zostawiam przesympatycznym ludziom (nie będę się narażał), których życie wypełnia miłość (czasem miłość okrutna, bo z obowiązku) do biologii. Ja zaś wrócę do meritum sprawy (i ograniczę ilość niewiele wnoszących nawiasów) i wyłożę Wam, drodzy, niewiemczyliczniboniesprawdzamilościodwiedzin, Czytelnicy korelację między stosunkiem do społeczeństwa, a wrażeniami olfaktorycznymi. Widzimy, chcąc nie chcąc, znaczną część spotykanych codziennie ludzi. Słyszymy ich chwilami w sposób nieunikniony (choć przypominam - słuchawki, świetne remedium), ocieramy się o nich (wspaniałe, komfortowe, hołdujące wyobcowaniu schody w prusie), ale czujemy - niewielu. Nie wiem, jak to jest zakodowane w waszych głowach, ale dla mnie zapach jest najintymniejszą cechą człowieka. Pomijając pewne wyjątki (tak, wiem, bezdomni nie pachną najładniej, ale udawane powstrzymywanie wymiotów, szanowna nieznajoma pani z autobusu, jest równie niesmaczne. Można podnieść tyłek i zmienić miejsce. TAK, NA STOJĄCE). Osoby, które jestem w stanie rozpoznać po zapachu (nie, perfumy się nie liczą), muszą być mi naprawdę bliskie, a ich zapach jest naprawdę subtelny i zapewne odmienny dla każdego odbiorcy. Katar, ta okrutna przypadłość, zabiera nam delikatną namiastkę przyjemności, jaką jest zapach i stawia nas w szeregu osób, którym brak miejsca na ziemi.
__________________________________________________________________
Możesz wściekać się z powodu tłumu, nie cierpieć go ze względu na miliard mniej lub bardziej banalnych powodów, ale w dzień taki jak ten, gorączkowo szukasz chociaż jednej idącej w Twoją stronę postaci, jednej jeszcze świecącej się wystawy. Niedziela, dzień boży, a jest tak bezbożnie pusto, że ta paraliżująca myśl pojawia się coraz częściej i coraz gwałtowniej próbuje przebić się ku tak zwanej świadomości. Czy to przypadkiem nie jest sen? Gdzie byłem pół godziny wcześniej? Gorączkowo zastanawiasz się, w którym miejscu coś spieprzyłeś, zgubiłeś się, połknąłeś nie to co trzeba?
_____________________________________________________________________
Zabawne, w karcie przeglądarki tuż obok toczy się przekomarzanie o gimnazjum, a ja dzień w dzień jestem zmuszony do zastanawiania się nad sensem istnienia TAKIEGO liceum. Nie obraźcie się, drogie dziewczęta, bo to nic oso... no dobra, to o was, nie ma co się bawić w grzeczności. W czym rzecz? Kiedy słyszę "jeszcze tego nie powtórzyłam", "tego nie ma w podręczniku", "ale ja nie jestem w grupie francuskiej!", oraz przesławne "ale my w klasie maturalnej nie mamy na to czasu!", to mam ochotę jak zwykle na złość wrzeszczeć, że tak, ja chcę, ja przyjdę, ja mam czas pani profesor i napiszę ten francuski, nawet na pałę. Nie żebym był specjalnie nadgorliwy (zapytajcie ludzi, którzy widzieli jak dłubię w nosie i gapię się w sufit w czasie strasznietrudnejigroźnejklasówki, na którą ludzie kuli. Po protu mierzi mnie to, jak środek (matura) przesłonił wam cel (nauczenie się czegokolwiek). Rozumiem, że po próbnej padł blady strach i ksionżki jednak czytać trza, ale na litość boską, to, że czegoś nie zdajecie a) nie zwalnia z myślenia, b) nie czyni przedmiotu bezwartościowym (geeee, jak moralizatorsko). Wolę mieć średnią poniżej magicznych czterech, a cokolwiek rozumieć.
_____________________________________________________________________________
Mijane dźwigi, których przeznaczenia nie sposób odgadnąć, hałdy węgla przykryte workami, klitka z napisem skup, w której chyba tylko Charles Manson mógłby pracować bez uszczerbku na psychice. Pejzaż strasznie kontrastujący z tym, co dzieje się w twojej głowie. Wspomnienia wracają falami, przynoszą ze sobą dźwięki, twarze, zapachy, komponują się z rozedrganym stanem żołądka i wyższym niż tradycyjnie za wysokie ciśnieniem. Długie, przemoknięte sznurówki i długie, ciężkie buty. Długie włosy, długie nogi, długa droga do domu.
_______________________________________________________________________________
Tu powinno być coś cażualowego (łojezu to będzie na maturze?), żeby całość dało się czytać, ale nie bardzo wiem co, więc opowiem wam o wspaniałej grze towarzyskiej... Panie i Panowie, przed Wami - NIESKOŃCZONOŚĆ PYTAŃ. Gra polega na tym, iż jeden gracz wymyśla dowolny, używany w języku polskim rzeczownik, a pozostali gracze starają się go odgadnąć poprzez zadawanie pytań, na które odpowiedź może brzmieć "tak", lub "nie". Jak w Biblii. Ta jakże rozwijający rozrywka pomoże wysilić szare komórki i wypełni czas w dowolnych okolicznościach pozwalając równocześnie zdenerwować otoczenie! "-czy to większe od emememsa?
-tak!
-od czajnika?
-tak!
-od człowieka?
-nie!
-czy to "O obrotach sfer niebieskich"?
-Tak!"
_______________________________________________________________________________
Im ciemniej, tym spokojniej. Pojawiają się samochody, uspokaja się oddech, a im ciszej gra muzyka, tym bliżej powrotu do zdrowych zmysłów jesteś. W pustym mieszkaniu smak grzanego wina doprawiony rdzawym posmakiem. Niedomyty kubek, czy krew w ustach?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz