niedziela, 21 października 2012

Ziemiański



Farewell happy feels

Bywa, ba, całkiem często bywa, że ludzie tęsknią za przeszłością. Niektórzy, choć zdarza się to już rzadziej, są w niej niejako zakochani. Gdzieś pomiędzy zasyfioną do granic nieprzyzwoitości podłogą, a sufitem, na który jeszcze nie odważyłem się spojrzeć spoczywa moje jestestwo. Przypadek, chciałoby się rzec (niesłusznie), nieprzeciętny. Ktoś, kto żywi do przeszłości emocje skrajne. To, co minęło, to, co moje mięso jak dotąd dało radę znieść przepełnia mnie nostalgią. Ale mam też nienawistnie, serdecznie dość uświadamiania sobie, że im dalej w las, tym gorzej. Półświadomość, ćwierćodpowiedzialność, synonimy młodych, dobrych czasów.  Tysiąc dwieście ileś zdjęć, a każde drwiąco mówi to samo – spójrz, tu jeszcze mogłeś patrzeć na błękit, tu się jeszcze starałeś, a tu te kilka osób jeszcze istniało w sposób nie przyprawiający o katusze. Kiedy grałeś księdza, kiedy ziewałeś nad zalewem, kiedy w Bieszczadach nie musiałeś spać, kiedy nie piłeś jeszcze. Jej, jak smutno, zdaje się mówić Talar mlaszcząc, sapiąc, chrapiąc mi za plecami. Warszawa, kraina kontrastów. Co ciekawsze, kontrastów mniej wyrazistych niż przyzwyczajeniowa spójność Siedlec.

Where joy forever dwells

Krakowskie Przedmieście, piątkowe popołudnie, próbuję wylewać słowa nie wlewając nic w gardło. Chaos dookoła powoli wydaje się być opanowywalny, chaos drzemiący w dłoniach póki co niepozornie śpi, kojony słodkim przeświadczeniem, że lepszych dni nie będzie już. Niebiosa słysząc cuś podobnego burzą się i to jak się burzą! Stalowoszaroczarnogranitowokobaltowosine chmury wiszą nad święta Anną i grożą palcem. Ktoś się upił, by do domu mógł wrócić ktoś, a rozanielone pary spacerują, jak gdyby nie wiedziały, że Czaro już przepowiedział koniec wszystkich światów na dachu BUWu. Mógłbym wrócić do mieszkania (mieszkania, nie domu, dom masz tu, niewdzięczny smarkaczu!), ale wiem, że jest tak przeraźliwie puste i tak bezwzględnie ciche, że cała gama kolorów nocy siłą rzeczy przeistoczy się w trupią siność, znowu i znów, póki gorycz na podniebieniu jest przełykalna, jak na polskie normy przynajmniej. Siedzę więc i gapię się, na poły bezmyślnie, bo ocenianie bliźnich jest tym mniej zabawne im bardziej traci się na własnej ocenie. Najjaśniejszy punkt dnia to znów metro. I powiedzcie sami, jak nie nazwać go trupio sinym, narażając się na kolejne oskarżenia o powtórzenia?

Hail horrors, hail

„Zastanów się, czy masz coś do powiedzenia, jeśli tak, to fabuła nie jest ci potrzebna”, rzecze Artur i tym samym zasypuje ognistym gradem gród zwany Bastionem Ego. Katedry Literatury, wille, w których kiedyś znów miała zaistnieć Poezja, pałace Opowiadań zdobione gzymsami epitetów i innymipomieszanymipojęciamizzakresuarchitekturyipolonistykiktórychteraznieposzukambointernetsięskończył, wszystko to wali się w pizdu przy akompaniamencie szyderczego śmiechu Wykładowców. Oni wiedzą, tak dobrze wiedzą, że jedyne co mi pozostało po tej błachej rozmowie przy piwie to banicja i wygnanie do Stodoły Zwanej Grafomanią. Tym bardziej żałosne, im bardziej świadome. Trzeba było się nie odzywać.

The sun to me is dark

Powroty nie owocują w rozmyślania. Konstantacja banalna, ale mimo syćko sprawiająca zawód. W pociągu śpię, albo czytam. Ewentualnie śnię o czytaniu, bądź też czytam przez sen (Talar właśnie wybełkotał coś w odpowiedzi w rzeczonym stanie, ale nie podejmę się przetłumaczenia). Po wyjściu z pociągu KM 203 (a może 302? o, zwodnicza rzeczywistości!) oprócz pełnego pęcherza wita nas nieco zbijający z tropu, kredowo jaskrawy, bezwstydnie duży napis na chodniku. Napis głosi, iż „JEZUS”. Jednak stropiony warschauskimi problemami i zdeprymowany bliskością Mesjasza w tak bezbożnym miejscu jak pekap wędrowiec nie musi zastanawiać się, z której strony zieje czeluść odpowiedzi. Dlaczegóż? Bo nieważne, czy pójdzie w prawo (prawilnie!), czy w lewo (połamiemy nogi!), czy prosto (jak w mordę strzelił), spotka kolejny, charakteryzujący się podobnymi cechami bazgroł. „DROGĄ”. Ozdobiony śladami stóp, które zawiodą nas do (tak, zgadliście), kolejnego aktu chrześcijańskiego wandalizmu, brzmiącego „PRAWDĄ”. Procedura leci dalej, a po niej następuje „ŻYCIEM”. A więc „Jezus Drogą, Prawdą, Życiem”. Wśród petów, kukurydzy z zapiekanek i plam oleju. Gdybym tylko był domorosłym reżyserem, stworzyłbym jakiś obrazoburczy fylm składający się z takowych kadrów. Ale dola gr… (no nie!) grafff… (dlaczego? :<) grafooManna (będę rzygał) zmusza do w miarę ozdobnego opisu sytuacji mnie, a czytelników (hehehe) do wysnucia własnych wniosków. I dlatego mam(y) gorzej. Ja i Wy, my i Ty.

And silent is the moon

Anatomia, a może jej podstawy, są, uogólnijmy, wszystkim znane. Jest jednak fenomen, który wymaga wyjaśnienia. U mnie, nas, działa to inaczej. Istnieje otwór gębowy, czasem wyfruwają z niego słowa, częściej wylatuje ślina. Niekiedy zostanie on zapchany pożywieniem, częściej przepalony żywą wodą. Co jest dalej? Głupie pytanie, przełyk, płuca, żołądek i koniec, czyż nie? Otóż nie! Jeśli rozważamy drugą z możliwości, czyli zablokowanie zdolności narracyjnych poprzez wlanie do ust Łyku Weny, to oważ Wena nie wędruje tak jak chleb u Zjadaczy Chleba. Jej natura zasługuje na celebrację, wymaga jej i takową otrzymuje. Z przełyku, Wena trafia do Pępowiny, którą ja,my, jesteśmy połączeni z długopisem (piórem, jeśliście burżuje), czyli do ręki. W tym momencie należy zauważyć, że oto jesteśmy świadkami rzeczy niesłychanej! Dziedzina lubująca się w fizjologii, płynach ustrojowych i wszystkim, co organiczne, przeistacza się w boski pierwiastek, eksterioryzację ego, coś nieopisywalnego, a przecież dążącego do opisu. To właśnie czysta, etanolowa chemia staje się  pomnikami myśli – słowami, każąc ręce, tej cierpliwej przyjaciółce kreślić (albo stukać) słowa, które powstają tam, gdzie nie sięgnął nikt i nic, oprócz legendarnego DMT (niech do Ciebie przyjdzie, nie pchaj się).

Do you reckon me a friend?

Pilch. Jerzy, by nie było wątpliwości (nauki Bybloteky nie poszły na marne). Odwiedziłbym go. Może zwodniczo ułożony, a może po gówniarsku prowokacyjnie skacowany. Po co? Może żeby czynić wyrzuty, może żeby przełożyć nadzieje na czyj inny karb, a może powiedzieć „dzień dobry”. Odwiedziłbym go, póki żyje Pan Skurczybyk, bo kolekcjonowanie ludzi, na których patrzyłem z podziwem na różnych, tak samo starannie obłożonych straganami cmentarzach mi zbrzydło. Od pierwszego razu. Dobrze, że Bonus RPK jest jeszcze młody.

Crystal ship

A propo, co słychać na Bielanach? Dzwony. Straszące na śmierdź, kościelne dzwony. Niewidzialne, oprócz jednego, niepewnego w swej realności, bo dawnego razu, ale tłukące po twarzy co noc dzwony. Na melodię „Kiedy ranne wstają zorze”, codziennie o szóstej rano, zapraszam. Co grają wcześniej nie chcę pamiętać, przebłyski wyświetlacza telefonu, cienie w przedpokoju, cienie za oknem, cienie pod oczami. Za dużo tego, przyznajcie. Znękana głowa szuka ukojenia gdzieś daleko, w szarości Pragi, nie da się, Praga przytłacza, zachwyca, każe żałować wyboru między szarym a sinym. Na domiar dziwnego, po powrocie wita mnie cygańska orkiestra dęta. Grają ładnie, bo się nie znam. I co ja im dam, paragony z Lidla za piwo i pasztet podlaski? Patrzą na mnie z wyrzutem, stoję i słucham, a nie rzucam, ja patrzę z wyrzutem ponad bloki, jakże to tak Demiurgu, stoję, wpatruję się, a nie otrzymuję? Nie wiem dlaczego, nie wiem po co Bielany oferują atrakcje. Nie raz, nie dwa, nie trzy-czte-ry wracałem sprzy Agorze przystanku do dom, ale zawsze inną drogą. Mnożą się te bloki, żeby każdy ulicznik miał swoje trzy do nawinięcia.

Gdyby pójść za zachód

Co by tam leżało? A to zależy dla kogo, prawda? Yndywydualyzm pełnom gembom, w końcu studia i w ogóle. No to ja sobie życzę zalany (ohoho) skończonym światłem lipcowego wieczoru kawałek działki, gdzie leży przeżarte po trzykroć truchło mego byłego. Kota, warto dodać. Przywiązani żeśmy do się byli, przyznać trza. I pewnie stąd dzika ochota, by do tej Gehenny, adres Dorycka 6/114, wrzucić jeszcze jakiegoś przedstawiciela Kociego Rodu. Coby raźniej było. I śmieszniej. Jak to brzmi – kot, który jeździł koleją? „Jeździł”, czas przeszły, czyli już nie jeździ, czyli zdechł. Czas wyprzedza mnie o kilka długości, zwłaszcza w tak niemierzalnym okresie, jak najciemniejsza noc, tusz przed świtem (się sączy) [jak dym kolczasty].






Szedł przez pola, szedł z nałogiem,
Szedł i nucił, kpiąc wraz z Bogiem
Z wiosek co mijane gasną
Pluli razem, jeśli miasto
Gdzieś po drodze się trafiło,
Co tu kłamać, było miło
Człapać z lewej mając Boga,
Wino pić, gdy leżąc w stogach
Jęli drwić z nieba uroku.
W kieszeniach na każdym kroku
Pustkę czuli, no i cóż?
Gdy gdzieś wrogi błysnął nóż,
Bóg pilnował krwi jak wina
Wszakże obok siebie płyną
Wspomagając siną rękę
I skazują na udrękę
Bo marszutę trzeba spisać
W karczmie gwar, a u nich cisza.
On się modli wierszem męki
Bóg na ścianach liczy sęki
A o świcie ruszą dalej
Będąc przekonani stale
Że u kresu drogi stoi
Ktoś, kto Boga się nie boi.
Że spotkają gdzieś tam tego,
Co poleje i z pustego.
Tam zaś przyjdzie moment srogi
I rozejdą się ich drogi.
Kwili jabłoń nadpalona
Kto żywota tu dokona?
Bóg? Poeta? Nie wiem tego.
Przyjdzie spytać wam Nietzschego.
„Tknąć się nikomu nie dam
I dlatego,
Gdy trzeba będzie, sam odbiorę światu Witkacego.”


2 komentarze:

  1. czekam na następną notkę, nader to interesujące...

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tam się nie znam, ale podałeś dwa linki do tej samej piosenki

    pozdro

    OdpowiedzUsuń