czwartek, 8 maja 2014

Terziele. Tottedood.

Here I go, going down, down, down
My mind is a blank
My head is spinning around and around
As I go deep into the funnel of love

Leżę na dachu i już wiem. To jak, dlaczego i na którym dachu się nie liczy. Liczy się na maturze, liczy się, że wreszcie wiem, co mnie uwiera i że wreszcie się tego pozbyłem. Pozbyłem się ego, pozbyłem się ciała, koniec końców remedium przyszło samo z siebie, choć za pośrednictwem. Wszyscy chętni moglibyśta ustawić się w zawijanej kolejce i konsekwentnie defasonować mi ryj, a i tak nie mogłoby się to równać z miażdżącą potęgą, z jaką spadł na mnie rozpalony błękit, zatrzymując się milimetry od ust. Wiatr ucichł, słońce ochłonęło, a dachówki poczęły nieśmiało uciekać mi spod pleców. Nie chcę się ruszać i wcale nie twierdzę, że byłbym w stanie.

Jak zwykle siedzisz z kolanami pod samą brodą, ni to daleko, ni blisko ode mnie. Z widocznym niesmakiem zaciągasz się papierosem i patrzysz z przechyloną na bok głową, jakby zaciekawiona, ale wiem, że Twój wzrok przebija mnie na wylot i patrzy na tego kogoś, kto zawsze i wszędzie stoi za mną.

Co teraz zamierzasz zrobić?
Nic. Co ja mógłbym zamierzać? Kiedy nagle znajdziesz się w zupełnych ciemnościach pozostaje jedynie poczekać, aż oczy się przyzwyczają.
Chyba, że właśnie oślepłeś.
Chyba że. 
Ale to właśnie w ciemnościach przychodzą do mnie różni ludzie, których podobno nie powinno być. Teraz widzę nawet ich twarze, znam imiona, wiem co mówią. Ale jeszcze nie odpowiadam, jeszcze nie. Na razie tylko patrzę wyzywająco, udaję pewnego siebie, przecież kiedyś rozwiążę te wszystkie supły, a jak nie, to je porozcinam, a jak nie, to obleję się benzyną i je spalę. Pozwalam im wszystkim krążyć dookoła, co bezczelniejsze zmory objadają mi lodówkę, ale niech tam. Siedzę w milczeniu, zupełnie innym, niż to, kiedy zadzwoniłaś do mnie osiem po północy. Minuta Twojego nagiego oddechu, minuta mojego nagiego oddechu, nic więcej i nic mniej, wdech i wydech. Szelest odkładanej słuchawki. O rany.

Nie pytaj mnie o wtedy, bo naprawdę niczego konkretnego nie wiem. Oprócz tego, że bardzo przyjemnie jest wyjść raz, drugi i trzeci na balkon, a potem rozpaść się wśród dymu, basu i chłodnego, rwącego się dotyku. Czy świeciło wtedy słońce, czy zapadł już ciepły zmierzch? Pewnie jedno, albo drugie. Czy w promieniu kilometra byli jacyś inni ludzie? Nie wydaje mi się, ale co się będę wymądrzał. Czy rozmawialiśmy? Najpewniej, ale co za różnica? Zdania są mocno podzielone, choć osobiście optuję za tezą, że owszem, można stracić w ciągu wieczoru połowę duszy i dalej chodzić, ziewać i dłubać w nosie, a nawet pić przez cztery następne dni, by przewietrzyć wspaniałą duszę miotającą się w parszywym ciele.

Jeśli zupełnym przypadkiem mojej duszy zdarza się spełniać jakąś rolę, to robi to z głęboką przyjemnością. Jestem widzem kapiącego przepychem przedstawienia, kiedy po zalanym majowym słońcem dworcu błądzi kolejny prześladujący mnie niewidomy. Obija się o ludzi, o ściany, depcząc niedopałki i po mistrzowsku maskując przerażenie w pustych oczach. Przynajmniej nie widzi przerażenia w moich. Jestem elementem krajobrazu, kiedy zataczam się na kraniec siódmego peronu Warszawy Wschodniej. Po mojej lewej sunie cień, a po prawej ślad, zaś wszyscy trzej jesteśmy jednako przygięci do ziemi. Tylko ktoś za mną idzie prosto. Ach, wy wszyscy kolekcjonerzy niedzielnych przeżyć, powinniście być tam ze mną, zejść schodami w dół prosto w śmierdzący szczynami Szeol, gdzie niektórzy uciekają przed wzrokiem normalnych ludzi, a skąd tylko najwytrwalsi dają radę pójść dalej, wzdłuż torów, na wschód. Nie było was, nigdy was nie ma, więc też nie powinno was dziwić, że ja nie dałem rady i nie poszedłem i zawróciłem. Co jest jeszcze trudniejsze.

Oczywiście mam świadomość, że dzieli nas przepaść, ale w ciągu tych długich tygodni udało nam się przerzucić przez nią kilka pomostów. Na przykład ten miły sposób na plucie w pysk – można nas obu było zamknąć w pokoju i nie spuszczać z oka, a my i tak łaziliśmy po ulicach i straszyliśmy porządnych ludzi. Wędrowaliśmy całymi godzinami i nawet zdarzało nam się spotkać i przywitać z uprzejmym zaskoczeniem. Obu nam nie można było za to ni cholery zaufać, nigdy. Obaj pierwszy raz od wieków modliliśmy się, cztery metry od siebie. Mi zdarzyło się modlić o ciszę, zupełnie bez skutku. On przez cztery dni i noce modlił się o śmierć, zupełnie bez przekonania. Niesłusznie, jak się okazuje.

Leże na dachu i nie wiem. Nie wiem ile czasu leżałem, ani co w trakcie robiłem. Nie wiem czy kupię jeszcze w tym roku miesięczny. Nie wiem czy przypadkiem nie widzisz mnie z okna samolotu, sama o tym nie wiedząc. Ale przede wszystkim, Chryste, nie wiem jak stąd zleźć!

FAQ (ALE PO FRANCUSKU POZWALAMY)
1. Nie.
2. Tak.
3. Zejdź mi z oczu.
4. Chyba tak, ale lepiej zadzwoń.
5. Nie w tym rzecz.
6. Tak, rzuciłem Artura, puszczał się z jakimś chudym antykiem nazwiskiem Rychtarski.


PS. Kiedyś pisałaś dużo lepiej. Nieładnie wyglądają te skomplikowane słowa i szokowanie, jakby na siłę, zupełnie jak u mnie.


PPSH. Propsy dla Bodzia za „A JA TO NIE WŁAŻE NA TWOJEGO BLOGA BO NIE WIEM O CHUJ CI TAM CHODZI”. Jeden szczery.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Unpleasant Sonata

Najpierw obowiązki, potem zejdź mi z oczu. W porządku, więc najpierw trzeba określić swoje granice. Głowę mam gdzieś w okolicach świtu, reszta mi zwisa. Po różnych stronach łóżka. Próbuję coś do Ciebie powiedzieć, ale z ust dobywa mi się tylko suchotniczy wizg, próbuję obrócić głowę, żeby sprawdzić, czy w ogóle jesteś w tym samym pokoju, budynku, mieście co ja, ale nie mam karku. Dlaczego nie mam głosu - wiem. Dlaczego nie mam karku - wiem. Dlaczego boli mnie pysk? Bom w niego dostał. Za co? Chryste panie, co ja wczoraj zrobiłem. Co się właściwie stało. Jak powiedział arter - "co to wszystko kurwa było weź". Nawet nie mogę się upierdliwie usprawiedliwiać tym, że byłem pijany, bo, o dziwo, nie byłem.
Nie byłeś? Jaktoniebyłeś? Słyszeliście, nie był. Niemożliwe, może mówił, że był? Zadzwoń, zapytaj co się dzieje, może był jednak?
Kierujący folkswagenem był, ale trzeźwy. Jak dochodzi się do takich wniosków? Żadna krew z tapicerki, żadne dmuchanie, bo urwało ci dolną szczękę i perforowało lewe płuco. Weź tu się teraz pokaż w domu w takim stanie. Z drugiej strony i tak mieszkam praktycznie sam, więc może jednak lepiej będę się zbierał, bo nie zdążę na ostatni pociąg. Groza towarzysząca człapaniu wte i wtamte po pustym peronie daje się porównać tylko z grozą, która chwyta za trzewia kiedy uświadamiam nie tyle co zrobiłem, ale co to dla mnie oznacza przez najbliższe tygodnie. Chociaż może bez przesady.
Chcę, nie chcę, nie powinnam, musiałam, nie będę mógł, muszę. Wszędzie to słyszę. 'Dlaczego wszyscy jesteście tacy niegrzeczni? Dlaczego? I to szczególnie wtedy, w tych momentach, kiedy niegrzecznym być nie wolno, bo człowiek jest przepity, nerwy ma na wierzchu i cały jest małoduszny i pokorny. Dlaczego? O, jakby to było dobrze, gdyby cały świat i każdy na tym świecie był tak cichy i pokorny jak ja! I tak samo niczego niepewny - ani siebie, ani powagi swego ziemskiego istnienia'.

Biodra, rzeczywiście, jak mogłem zapomnieć, że biodra? Bardzo prosto – paradoksalnie to był najmniej przejmujący moment tego ogromnego, intensywnego wieczoru. Od samych muśnięć oczu upijałem się i trzeźwiałem setki razy, a biodra nie. Tyle mam na swoją obronę.
Dopiero kiedy wybieram się oglądać wschód księżyca, zauważam, że ktoś wciąż jest w mojej kurtce i mnie uwiera. Nie da się na to nic poradzić, więc idę w samej koszuli. Litość, którą budzi mój widok jest warta ni mniej, ni więcej, a trzy papierosy. Nie można mieć wszystkiego. Ewentualnie nie można mieć niczego, oprócz (chronologicznie) poczucia winy, poczucia krzywdy i poczucia straty.

Podnoszę do obcego sufitu najpierw lewą rękę, potem prawą. Otwieram najpierw lewe oko, później nie otwieram prawego, bo nie zniesę. Niby świeci tylko monitor, ale ściany są tak szpitalnie białe, że żałuję otwierania któregokolwiek z moich licznych oczu. Zastanawiające, jak wielu ludzi nagle umie życie, jak pewni i zadowoleni z siebie czują się kiedy tylko usadzą dupy w pociągu, ile razy w ciągu miesiąca można usłyszeć „bo ten to chodzi o to że uśmiechać się musisz no i wszystko dobre będzie”. Będę rzygał. Tylko pasjans, którego frenetycznie układam jest ze mną szczery i raz za razem pokazuje mi komunikat – „IT’S LOOKING BAD! I don’t think there’s much more you can do, but you’re welcome to check for yourself if you’re desperate!” Podobny wydźwięk, choć w bieda wersji ma ten piętnasty, dwusetny Harnaś, który spod kapsla jęczy „Graj dalej”. Więc gram, dwa złote nie piniondz. W zasadzie ile złotych to piniondz? Jeszcze nie doszedłem do tej granicy, to pewne.

Nie zniosę tak białych ścian, ani chwili dłużej. Mogę je przemalować, mogę je zburzyć. Ktoś jeszcze życzliwie podpowiada na ucho, że mogę też zacząć w nie walić łbem. Idź już lepiej do domu i nie wracaj. Dobrze, że byłem zbyt trzeźwy na samochód, nic nie pozwala się tak nacieszyć jakimiś wydumanymi ostatnimi widokami jak niespieszny spacer, nawet kiedy pcha cię litość. Teraz wzdycham nawet za takim motorem jak litość. Wbrew powszechnej opinii („kot szrodingera to jak zamkniesz na miesiąc w pudełku i nie wiesz czy zdechł”), nikt się tu nikim nie zajmuje („kompleks edypa to jak chcesz spać ze swojo matko”). Po pierwszych trzech dniach każdy zmaga się sam ze sobą w swoim kąciku. Zostać jeszcze dzień, czy pójść już sobie? Wytrzymałem cztery, bo mnie zemdliło.

Można uzależnić się od chlania, od pływania, od zapachu kwitnącej mirabelki, od bólu. Można też uzależnić się od chaosu, od nudy, od kłamstwa, od chmur. Można od czytania, od seksu, od dłubania w nosie, od snu. A można od drugiej osoby, ale to już kiepsko.

sobota, 5 kwietnia 2014

Apokatastasis

Had I not known
that I was dead
already
I would have mourned
my loss of life
Ota Dokan (1486)


ICD 10, Hebefrenia

(What a wicked game you played to make me feel this way)

W obojętnych na wszystko objęciach Kamionka zwą mnie Tęczowym Chłopcem, choć nie przez wzgląd na wybranego tu jakoś kiedyś Walezego. Gdzie indziej zwą któregoś z nas inaczej. Każdy, kogo ciekawi geneza tego miana powinien przejść się pewnego wiosennego poranka, bo takie teraz mamy, ulicą Bliską i wstąpić do którejś z kamienic. Którejś, bo nigdy nie pamiętam która to dokładnie. Każde przybycie i każde wyjście stamtąd jest okupione zmianą osobowości. Gdzieś w kamienicy, pachnącej jak wszystkie kamienice stęchlizną, wiszę nad zlewem ja i wypluwam z siebie rzeczy w kilku kolorach tęczy. I to dlatego.
Pierwszy raz trafiłem tam kierowany ręką przeznaczenia, piwo wyparowało jakoś po drodze, rozpacz rozmyła się w dusznej sieni, a dumę starł mi z twarzy widok A. stojącej na schodach. Dlaczego ma na sobie marynarkę Dyrektora pozostanie tajemnicą przez następne kilka godzin. To, dlaczego tylko marynarkę, jeszcze przez parę chwil.
Ręka przeznaczenia ma nieokreślonego koloru włosy, odrobinę podkrążone oczy i złośliwy uśmiech. Ma też tendencję do znikania i pojawiania się, oraz biegnącą przez całą szyję bliznę, jakby jej ktoś kiedyś poderżnął gardło. Może tak było, ale widać niespecjalnie się przejęła. Teraz zaś wszystko zaczyna się zupełnie niespiesznie. Odbicie księżyca w dopiero co uspokojonych kałużach zaczyna się mącić, różowy ołówek turla się po biurku, kot niespokojnie wodzi bladymi oczami po kuchni. Patrzę na całą jej wyprężoną postać, myśląc co by było gdyby ta blizna pękła, drugie usta jak malowane. Dokładnie widzę rozszerzone z bolesnej rozkoszy oczy, nabrzmiałe żyły, kołdrę ginącą w zaciśniętych pięściach, domyślam się kropel potu pod bluzką, kiedy łóżko skrzypi nieprzyzwoicie głośno. Siedzę na krześle i obserwuję jak padaczka robi z A. co jej się podoba. Wybijcie sobie z głów jakieś wsadzanie rzeczy między zęby.

Moja walka z przestępczością w Mieście Małp zaczęła się wczoraj. Oczywiście w pociągu. Zauważyłem go głównie dlatego, że miał twarz. Bardzo ostro wyrzeźbioną, zarumienioną twarz i bystre oczy. Wiem, że ja też mam twarz, ale nie bardzo się orientuję jaką obecnie, zazwyczaj wiszę nad zlewem, a nie patrzę w lustro. Teraz moja twarz będzie musiała zmierzyć się z jego twarzą, czego ja już jestem świadom, choć on jeszcze nie. Pochłania go obserwacja dziewczynki. Nerwowo drapie się pod kolanem, ściska plastikową butelkę, nie wie, że na niego patrzę. Ojciec dziewczynki stoi gdzieniegdzie z zapamiętaniem ćwicząc tabelki w Excelu, dziewczynka czyta Mikołajka i oblewa się sokiem. A on, nie uwierzycie, on się oblizuje i nagle spostrzega swoje mokre spojrzenie w moim przekrwionym. Teraz wiemy obaj, od tej pory zerkam na wszystko w odbiciu szyby. Nie wiem co, ani kiedy mam zrobić, póki on nie przykrywa się kurtką udając sen z głową przechyloną w stronę dziewczynki i ręką pełznącą w stronę kroku. Wtedy ręka przeznaczenia, odrobinę wymęczona, ale dalej ładna, popycha mnie, więc idę, a przechodząc obok depczę jego pantofle. Mocno. Przewiduję co się stanie, kiedy słyszę gwałtowny szelest kurtki za plecami, ale okazuje się, że przewiduję błędnie. Pięść przeznaczona dla mnie, należąca mi się jak psu buda, pięść, na którą czekałem, ląduje fatalnie na szczęce jakiejś Jadwigi, czy Bożeny. Wobec powyższego ja zaczynam tłuc go zapamiętale w rytm otwierających się i zamykających drzwi od kibla. I tak to było panie władzo.

DSM IV, Typ rezydualny

(You're here for now, it's good enough for me)

Nie mam zamiaru się przyznawać, ile razu bez celu łaziłem tą długą i z której strony by nie patrzeć ładną ulicą. Za dnia i w nocy. Obojętnie i z zapałem. Nie mam też zamiaru liczyć ile godzin tygodniowo spędzam na cmentarzu (sześć). Jedno i drugie mogłoby się spotkać z niezrozumieniem. A przecież na ulicy nie miałem złych zamiarów, w ogóle, jeśli nie miałem akurat papierosów, to nie miałem żadnych zamiarów. Pewnie, spojrzałem raz czy drugi w okno, ale zaraz poczłapałem dalej. Na cmentarzu nie tkwiłem złamany żałobą, tylko myłem lodowatą wodą pomniki, zamiatałem liście, gwizdałem pod nosem. Nie, nie przypominam sobie żebym kogoś jeszcze widział. Odmawiam przyjęcia mandatu, no i cześć, no i chuj. Jakie są teraz procedury..? Nie pamiętam. Niczego nie pamiętam, żaden z nas, nawet czy widziałem już kiedyś tę firankę w motyle (?), za którą coś jakby się poruszyło. Inna ulica, inne okno, bywałem też po jego drugiej stronie, ale nie pamiętam.
Ja to się nie znam, ale… Nie, wróć. Gówno prawda. Na tym się akurat znam doskonale, więc z mojej prywatnej, niezdrowej ciekawości spróbuję. Ciężko mi przychodzi stawanie się kimś obcym, ale tak długo i tak uporczywie gapię się w ścianę, aż wiem wszystko i parskam niewesołym śmiechem płosząc koty. Bo odniosłem wrażenie, że głęboko, głęboko pod tak zwanymi przekonaniami i wartościami, pod kłamstwami, pod aktorstwem siedzi u niej ktoś, kogo ja też dobrze znam, i kto ma z tego wszystkiego szaloną uciechę i reżyserską satysfakcję. Pomyślałem to, powiedziałem na głos, czy napisałem? A. kręci z dezaprobatą głową, a oczy ma dużo bardziej zapuchnięte niż ostatnio. Gdybym spróbował stać się nią, co nie byłoby trudne, biorąc pod uwagę jak jest zmarnowana, pewnie poczułbym, ile jeszcze czasu musi minąć, aż w jakimś pociągu zadławi się na śmierć własnymi wymiocinami. Zamiast tego mrugam do niej wesoło i wyciągając przed siebie nogi otwieram ślicznego stouta. Wszystko jest dobrze, można iść spać.

Budzi mnie ospałym szarpnięciem za ramię, sweter z jakimś fikuśnym wzorkiem upaprany wymiocinami, zimne dłonie, rumiane policzki i gorączkowy wzrok. Już nawet nie jest blada, a żółta, co brzydko uwydatnia bliznę. Chwyta swoją drobną dłonią moją dłoń i zaczynamy iść. Najpierw dudniącą klatką schodową na parter. Później do piwnicy, niżej, niżej i jeszcze niżej, przez magazyn czasopism (C1-C150), tunelem prowadzącym z Jupitera do Prypeci, w dół do geofrontu. I tam na wesoło głaskanym przez wiatr pagórku wspina się na opartą o krzyż drabinę, podobną do tej z Grabianowa. Dziwi mnie, że nagle nie trzyma już mojej ręki, tylko wielki, zardzewiały młotek. Nie do twarzy jej z tym młotkiem, którym z nieopisaną furią zaczyna przybijać do krzyża wyrwaną z zeszytu kartkę w kratkę. Później wszystko się rozmywa, bo wiatr dmie coraz silniej. Zanim mnie porwie zdążę jeszcze przeczytać, co było napisane na kartce.


 Moi  wierni czytelnicy, których nie zliczę (sześcioro) nie powinni się przejmować. Owszem, są okresy remisji, jest naturalny nawrót, punkt końcowy i punkt bezpieczeństwa, jest okno bodźców. Ale to wszystko nic, jedno o co zawsze będę się starał, to żeby było „wszystko bardzo efektowne, ale tego nie da się(…)”. Bo czemu miałoby się dać?

FAQ (PROSIMY NIE PRZEKLINAĆ PO NIEMIECKU)
1. -Wracasz..?
    - nie wracam.
2. - Chodzisz do..?
    -chodzę.
3. -Lubisz..?
    -lubię.
4.  -Jesteś chory na..?
     -jestem.
5.  - Dlaczego mówisz, że..?
     -bo tak.
6. -A Artur..?
    -Artur to mój chłopak. Tylko nie mówcie rodzicom. 

piątek, 14 marca 2014

Sprawling idiot effigy

Wiosenne, marcowe słońce jest ponad siły, prawda? Dławi, przyprawia o lęk przestrzeni, przenika aż po wątrobę. Naiwni jednak ci, którzy sądzą, że tylko na Ciebie, na mnie, na nas działa ten fenomen. Nieprzebrane mrowie rzeczy, zjawisk i miejsc wykluwa się dopiero wiosną. Weźmy pierwszą z rzędu, najbliższą mi regułę, która tnie to miasto na pół – KM 203. Czy w listopadzie można tam doświadczyć takich rzeczy, które teraz legną się jedna na drugiej? Otóż nie. Począwszy od samej stacji, gdzie młoty, koparki, pomarańczowe hełmy sieją nieporządek i zniszczenie. Na pierwszy rzut oka nikogo to nie rusza – pan żuje gumę, pani pali mentola, koleżanka wygładza spódniczkę. Ale wszyscy, łącznie ze mną są przesiąknięci ogromem rozkładu, przerażeni kruchością czegoś tak stałego jak peron, przemłóceni każdym pojedynczym uderzeniem wiertła. To rozedrganie (już nawet nic nie mówcie, to moje ulubione słowo) nas nie opuszcza, chichocząc wbiega truchtem za nami do wagonów. Dziesiątki pokoleń chciały obnażyć tajemnicę, która kryje się w tańcu światłocieni, rozszyfrować stukot torów i poczuć całe ciepło zasypiającego współpasażera. Nie dało się. Aż przyszła taka wiosna i wszystko leży jak na dłoni. Nie ma już żadnych hipotez, są tylko poglądy. Równie puste, co niezachwiane. Dziś to właśnie poglądy ścierają się w wirującym, zakurzonym powietrzu naszego pociągu.

Daleko za mną, gdzieś pod koniec przedziału siedzi Książę Gapowiczów. Zupełnie trzeźwy, z uśmiechem uwodziciela pali papierosa pewien swojej nietykalności i, co najlepsze, ma rację! Bardzo wiele rzeczy, które myśli przyjmuję z aprobatą i parsknięciem, ale przychodzi też chwila, w której srożę brwi i wyzywająco patrzę w jego stronę. Niedbałość to jedyna dziedzina, której nie oddam, której jestem suwerenem, cesarzem i pankratorem (Pankracym). Albo chciałbym być, co wychodzi na jedno.

Naprzeciw mnie, podtrzymywana przez dwóch, bo ja wiem -  wnuków? zięciów? – sadowi się Królowa Wyzwań. Od samego wejścia rozgląda się wyzywająco szukając niedowierzających twarzy. Jak to? W takim wieku? W takim stanie, pociągiem? Na litość, dokąd? Widzimy się nie pierwszy raz, więc się nie dziwię, ale widzimy się nie pierwszy raz, więc Ona wie, jak mnie uszczypnąć żeby bolało i wyciąga Panią Domu. Lektura Pani Domu pochłania ją, wciąga w inną rzeczywistość, gdzie roi się od pieczeni i poruszających historii z życia wziętych. Nikt nigdy tak nie czytał jak Ona. Sapie, jeden z wnukozięciów ociera jej ślinę, ja mimo ucieczki w Niedbałość cierpię.

Z przodu, po prawej, w jakimś oczywiście niebanalnym miejscu tkwi Księżna Pogarda. Powiedzieć, że zadbała o wszystko, to nic nie powiedzieć. Mam wrażenie, że znaczna część jej promieniujących na otoczenie cech uformowała się sama, bez udziału świadomości, kierowana jakimś wewnętrznym komisarzem do spraw Pogardy. W uśmiechu ma tyle serdeczności, że prawie ja bym się nabrał. Wycofany wygląd, notatki z Ważnych Spraw, delikatne przebarwienia cery. I chęć wdeptania wszystkich podłogę, bo cokolwiek. Pewną odległość czasu temu bym ją rozumiał, ale teraz starannie unikam kontaktu wzrokowego.


Nigdy nie może być jednak tak, że każde siedzenie to tron, a każde spojrzenie to wyrok. Dlatego między nami wszystkimi kroczy Pan Konduktor, kolejnymi skinieniami głowy na nowo ustalając porządek rzeczy i regulując wszystkie kwestie formalnoprawne. Rzesze (ze dwadzieścia osób) wyciągają ku niemu dłonie, prosząc – panie sprawdź nas. Tylko nie my. Kurz w powietrzu iskrzy i narastają takie zapasy woli, takie przeginanie pały, aż cały skład podskakuje na kręgosłupie jakiegoś nieszczęśnika. Dużo mocniej niż zazwyczaj w takich razach. Książę Gapowiczów, który już, już miał mówić, że nie pamięta jak nazywają się jego rodzice, podskakując przypala sobie raz za razem twarz niedopałkiem, Królowa Wyzwań zachłystuje się małą mineralną zapobiegliwie podaną jej przez któregoś z dwóch, celem zwilżenia gardła przed mająca nastąpić tyradą szkalującą konduktorów. Księżna Pogarda kaleczy, raz za razem okropnie tnie sobie dłonie arcyważnymi notatkami. Co ze mną, zapytacie? Ja siedziałem w pozie na tyle obrzydliwie niedbałej, że za którymś podrygiem wagonu zwyczajnie wyleciałem przez okno patrząc jak rozrywany zwielokrotnionym poczuciem obowiązku konduktor naprawdę rozpada się na kawałki, a cały zachlapany jego krwią przedział spada w taką otchłań, w której już nikt nigdy go nie znajdzie. Że też są takie miejsca na Mazowszu.

poniedziałek, 10 marca 2014

Zemsta w Krainie Chmur

W czasach tak przepełnionych chaosem jedynymi spoiwami chroniącymi firmament przed widowiskowym pęknięciem i zawaleniem się w lakoniczne, choć wyraziste pizdu, są sukcesy. Te najlepsze mają tylko jednego ojca (nie, nie mnie, spokojnie, nie będziesz dziadkiem), a w omawianym przypadku matkę, i to matkę niewątpliwą, przepełnioną swoim macierzyństwem po brzegi spojrzenia. Za każdym razem wychodząc dziękuję. Bo tak mnie wychowano, ale także dlatego, że zasianie mi w głowie przeświadczenia mówiącego, że mój pobyt tutaj jest jeszcze przez pewien czas uzasadniony (Gnadolf! Ty żyjesz!), to z pewnością spektakularny sukces z gatunku tych trzymających ostatnie czasy w ryzach.
Istnieją plusy wynikające z tej potwornej, nieznośnej i pewnie bolesnej kakofonii wybuchającej pod sklepieniem z byle powodu, a czasem bez powodu. Zaglądasz mi przez ramię i z łagodnym (z takimi jak ja trzeba łagodnie) zdziwieniem szeptem pytasz - jak to pewnie bolesnej? Rozpływam się, kiedy szepczesz, ale gdybyśmy mieli wyjaśniać wszystkie niejasności, spajać niespójności i prostować wszystkie karkołomne zawijasy, których się podejmuję, to równie dobrze moglibyśmy już dziś położyć się w wysokiej, wysokiej trawie, założyć ręce za głowy i gapiąc się na błękit pozwolić, by nasze kości, o radości, porosły mchem. Jeśli sobie życzysz, to proszę, nie krępuj się. Stwierdzę wtedy, po uprzednim wystudiowanym i świadczącym o niezmiernym darze przewidywania westchnięciu, - a więc to już. Prawa autorskie arter rademyśli.
Stwierdzę, ale mimo przemożnych chęci zostanę, ponieważ nie tak dawno temu zyskałem całe mnóstwo Rzeczy, których wcześniej mi brakowało, w tej liczbie również poczucie obowiązku. Dla odmiany ten obowiązek mam zamiar wypełnić, z wykorzystaniem wszystkich podarowanych mi, wrodzonych, ukradzionych, czy syntetycznych przymiotów ducha.
Wiedziałam. Tak myślałem. Tego się spodziewaliśmy. Słyszę, słyszę bez przerwy mnóstwo rzeczy, a pośród nich i takie szepty, bardzo różne od Twojego szeptu. Z tym zastrzeżeniem, że nie. Nie wiedziałaś, nie przeczuwałeś, nie twierdziliście. Owszem, czasem ktoś artykułował jakieś swoje pełzające obawy, ale zawsze z wrzaskliwą nadzieją, że będzie inaczej. Tylko ja, wyłącznie ja, ja jeden wiedziałem od początku, że nie będzie inaczej i nie powiedziałem i za to trzy dni w kozie siedziałem. Taka wiedza i taka upiorna lekkość godzenia się z tego typu wiedzą nie zostały mi dane ze względu na moją wyjątkowość, głównie dlatego, że coś takiego jak wyjątkowość nie istnieje. Nie zdobyłem ich konsekwentnym uporem, nie wygrałem, nie wyprosiłem. To po prostu taki ficzer bycia mną w ramach rekompensaty za wygląd.
Ale, ale! - chrypisz, co z tym twoim wielkim obowiązkiem, zadaniem do wypełnienia? Bezwarunkowo kapituluję wobec Twojego ochrypłego głosu, ale obłęd ma prawo do płynięcia (tak właśnie, płynięcia!) zupełnie niezależnie od Ducha Opowieści. Zrozum proszę to prawo, ponieważ w przeciwnym razie pozbawisz mnie determinacji niezbędnej do położenia się, gapienia, pozwolenia.
Poczucie obowiązku zostało mi dane na środku morza. Powoli wstawał świt, a światło miało tak rozległe pole do popisu, że bez żadnych przeszkód wyganiało wczorajsze zatęchłe demony. Trzeźwiałem i smakując ten proces (niesmaczny) przeczuwałem Twoją obecność tuż za horyzontem. Musiałaś drzemać w którejś pękniętej chmurze, zdradzało Cię drżenie powietrza, a teraz głupio pytasz. Trzeba było nie spać.
Cierpi ten na wpół zdechły, coraz ciszej piszczący na ulicy kot, czy nie cierpi? Czy cierpią kaleczone i zabijane przeze mnie dorsze, które leżą w moim pokoju całymi stosami, jak oślizgła hekatomba? Ta dziewczyna, u której widzę bladość rąk, piegi i lekko wywiniętą dolną wargę, a która u mnie, dookoła mnie i dookoła siebie nie widzi nic - cierpi? Pilch, czytający list ode mnie bez jednego drgnięcia twarzy? (za ten żart powinien mnie ktoś w mordę dać) Ty? Ja? Pan cierpi, pani cierpi, ja nie cierpię.  No właśnie, nie cierpisz, przynajmniej nie teraz i właśnie to zubożenie paradoksalnie sprawia, że cię stać. - na cynizm, na gwałcenie na przemian formy i treści, na chaos, na uśmiech, wyrachowanie i szczerość. Skoro cierpią koty i skoro cierpią dorsze, to czemu miałaby nie zapłonąć pożoga? I zapłonie i spopieli wysoką, wysoką trawę i wypali do cna nasze kości i porastający je mech. Jedyny problem bierze się tradycyjnie z nieubłagalności. Nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że żadna, nawet nieubłagana, pożoga nie wybucha sama z siebie. Rozpali ją pieszczotliwymi ruchami ktoś specjalnie po to wykolejony. Zrobi to nie z racji zyskanych przymiotów ducha i nie dla utrwalenia swojego imienia, ale z przekory i z przekonania, a będzie już wtedy kimś tak obrzydliwym, że nawet mocodawca odwróci się od niego. I zapłonie i podpali i spłoną.
Lama sabachthani?

wtorek, 11 lutego 2014

Death pierce me

Po wielu, wielu perypetiach, metodą prób i błędów odkryliśmy nowy rodzaj nocnej nietrzeźwości - trzeźwość. Pocieszające jest to, że ktoś już tu był przede mną. I to nie byle kto, a mój ojciec. Doprawdy wielki (2 METRY) człowiek, chyba tylko dzięki niemu nie gubię się tu, gdzie jestem, tak jak gubiłem się rozpaczliwie w Mińsku. Rozpaczliwie, ale nie definitywnie. Jestem, byłem w stanie bowiem znieść taką rozpacz, a bywa ona udziałem każdego, kto czuje całą wrogość nocy i błota. Przed kompletnym zezwierzęceniem uchroniły mnie reklamy, a tych w Mińsku jest więcej niż przewidują humanitarne normy. Kebab - Habiba. Farby i kleje - Arkadia. Żabka - 3go Maja. Suknie ślubne. Usługi pogrzebowe.
Postanowiłem odwlec wspomnianą definitywność i chociaż porwałem sznurówki ze trzy razy, to udało mi się wydostać. I znaleźć nową nietrzeźwość. Jak ojciec z zaskoczeniem odkrywam w sobie zamiłowanie do hektolitrów mocnej, słodkiej herbaty. Zaniepokojony myję sześć razy dziennie zęby, bo wszystko jest gorzkie. Obsesyjnie myślę o okaleczeniu lewej strony twarzy. U licha, dlaczego tylko lewej? Musi coś być w tym wszystkim, co ludzie gadają, bo właśnie lewa strona mi drętwieje, kiedy osuwam się pod biurko ściskając w ramionach klawiaturę. Podszedłbym do lustra zobaczyć jak z tym wyglądam, ale się boję. W ogóle trochę się boję wychodzić z domu. Nie ufam sklepom. Nie umiem mówić. Coś we mnie zdycha i sapie w agonii, przez co ja sam wzdycham. Czego wzdychasz? Nie wzdychaj.
Z zapamiętaniem pochłaniam ciepłe posiłki szepcząc credo odwlekania i z rozkoszą katuję się biegając bardziej, niż biegaliśmy razem dawno temu. Pamiętam dokładnie całe Dawno Temu, ale nie bardzo wiem, co się działo przed dwoma tygodniami.

"-To wszystko dookoła... Ono jest?
-Jest, czemu by nie? Tylko ciebie nie ma. Ale to nic, przywykniesz"

Czy kogoś jeszcze interesuje co się zdarzy? Kto ośmieli się z całą mocą stwierdzić, że cokolwiek ma znaczenie? Ja mam za to odwagę kalać się komunałami, zupełnie bez wstydu. Zgubiłem wstyd w pociągu. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że jest tylko jeden pociąg? Tylko jeden, szwendający się to tu, to tam pociąg, który znika, kiedy jest odwołany i opóźnia się, kiedy moje zamiary chcą mi zaszkodzić. Tak naprawdę, ci wszyscy zmarznięci, zniechęceni, przeklinający ludzie, niedotrzymane terminy, gorączkowe telefony - to wszystko było tylko po to, żebym nie umarł przez zbieg okoliczności. To jedno udało mi się wyprosić, bo zbieg okoliczności to najnędzniejsza okoliczność. W ciągu każdej minuty migotliwie współgrają dwa rodzaje niemyślenia (jak dwa rodzaje nietrzeźwości) - dudniące pustką niemyślenie  transu i pełne rwącego synapsy szumu niemyślenie natłoku. Właśnie dlatego nie da się zachować równowagi ducha bez słuchawek, a ja nawet nie mam własnych słuchawek, tylko Twoje. Jeśli jednak przez dwanaście lat życia inwestowało się w dobre stosunki z paniami pracującym w basenowej szatni, to można się znieczulić inaczej. Woda jest zimna, tor pusty, okno otwarte, ale po pierwszych pięciuset metrach czuję kochane gorąco rozlewające się po twarzy i wywracające oczy w głąb głowy. Zupełnie pozbawione pierwiastka ludzkiego, rytmiczne dźwięki otępiają mnie na tyle, że zapominam o swoich ograniczeniach (to jeszcze mi zostało) i w zupełności wyczerpuję formułę robienia czegoś ze swoim życiem na kolejne trzy dni. Ta dziewczyna, która pływa obok i która kupiła studencki, chociaż nie wygląda - o czym myśli, kiedy kilka centymetrów przed jej twarzą przesuwa się pustynia kafelków? Jak wygląda jej pokój? Czy będzie kiedyś chciała umrzeć? Myślę, że tak, chociaż patrząc na rumiane policzki bez makijażu wiem, że studiuje w Siedlcach, że przywiózł ją ojciec. Wróci wieczorem zziębnięta, ale dalej w pewien zrezygnowany sposób szczęśliwa do mieszkania w bloku, młodszego brata i kuchni pachnącej plackami ziemniaczanymi. Nienawidzę jej za te placki ziemniaczane i za ładne, oszczędne ruchy przy żabce.

Poseł Śniadek wchodzi na mównicę, żeby wykrzyczeć swoje na temat ustawy o lasach państwowych do pustawej sali posiedzeń. Wszyscy pracują pilnie w komisjach, a ja ziewam na galerii. Nic z tego jednak nie będzie, jestem zupełnie bezradny wobec tego miasta, jedynie masochizm popycha mnie do metra. Może gdybym rzucił się z nożem na ten patrol policji..? Nie, to już zupełna klisza. Żeby należycie pofolgować próżności wybrałbym tłuczek do mięsa. Ten sam, którym próbowaliśmy setki lat temu zrąbać drzewo w wakacje, a ja trafiłem w swoje kolano. Kupa śmiechu.
Spakować należy ręcznik, ubrania i bieliznę na zmianę, klapki, szczoteczkę. Dopuszcza się posiadanie telefonów komórkowych po uprzedniej konsultacji. Sznurowadła, pasek, klucze i inne ostre przedmioty zostaną złożone w depozycie.

środa, 8 stycznia 2014

Sangre por sangre

Tym razem się uda, tym razem na pewno mój, pachnący jak maj w mieście, sen, nie zechce mnie dusić, ja się dusić nie dam. Przebiję się brawurowo, naprzód głowo przez zasieki szesnastu przepełnionych rozpaczą budzików i wstanę wcześniej niż wszyscy. Nie wstałem.
Więc z samego rana, godzina trzynasta, najpierw huk syren na wskroś przez zadymione powietrze, przez okna, przez łeb, w dół niżejniżej i mdłości są na czas, pojawiają się równo z zamglonym obrazem sufitu. Właśnie na suficie, gdzieś w gęstwinie pęknięć tkwi Ważne Przypomnienie. Biorę je do ręki, do serca i przypominam sobie. Ktoś dzwonił, coś rozmawiałem, coś mam zrobić. Jest czternasta zanim napuchły kształt uformuję w jakąś twarz. Pełni podziwu powinni być chirurdzy plastyczni, makijażystki, rowerzyści, w ogóle wszyscy powinni być do cholery przepełnieni podziwem widząc jak trzymam się kurczowo zlewu i jak trzymam się kurczowo z dala od lustra, a jednocześnie jak moje ruchy są pewne, wyćwiczone, przepełnione pewnością efektu końcowego – siebie. Może i jestem spóźniony, bo tysiące ludzi zrobiło to kilka godzin wcześniej, ale moje starania są bardziej rozpaczliwe, a ich skutek bardziej umykający rozpaczy.
Samochód, gdzieś mam jechać, na razie nie wiem gdzie, ale w drodze sobie przypomnę, mam czas. Gdzie bym się nie wybierał, i tak droga prowadzi mniej więcej tak samo. Więc prowadzę na pamięć i klnę bez przekonania, acz płynnie, chyba tylko po to, żeby nie wypaść z wprawy, wspólnej dla wszystkich. Klnę z obawy, że któregoś dnia zapomnę nawet tego, a przecież od małego każdy po swojemu wydreptuje sobie swoją plugawą ścieżkę, dobrze jest wracać do radosnych i pięknych momentów dzieciństwa.

-Dlaczego tak powiedziałeś?
-Byłem zły.
-Wiesz co to znaczy?
-Chyba nie.
-No to słuchaj.

Stoję między półkami w sklepie i próbuję wydusić z siebie parodię procesu decyzyjnego i przy okazji nie pozwolić, żeby rozwiązały mi się z wysiłku buty, zsunęły ubrania, rozpłynęła twarz, popękały kości. To tera tak – nie mam pieniędzy, jeśli kupię jakieś łatwe jedzenie i jakiegoś energetyka i coś dobrego tak dla picu, to ile będę miał pieniędzy? Więcej? Chryste, to takie śmieszne, że muszę się przewietrzyć i kroczę dookoła zalewu. Kroczę, mój wzrok i mój kradziony papieros nie pozostawiają cienia wątpliwości, że pozostałe trzy osoby, które da się zauważyć w granicach horyzontu są tu tylko i wyłącznie dzięki mojej pańskiej uprzejmości, krokiem mierzę moje włości. Nagle w kieszeni materializuje mi się ciężar telefonu, sam aparat był tam cały czas, ale dopiero teraz mogę go poczuć i wyjąć. I dobrze, bo robi się ciemno, ludzie od psów gdzieś zniknęli, psy zostały, całe sfory biegają gdzieś w zasięgu słuchu i węszą za padliną. Muszę szybko gdzieś dotrzeć, bo sam padnę. Przez te wszystkie skomplikowane widoki na niebie zapomniałem o mdłościach, a mdłości tego nie lubią. Jeśli przypadkiem w swoim rozkapryszeniu uznają to za afront, to mogą zacząć się panoszyć, jak katedra o świcie. To jest zupełne wariactwo jak dużo jest katedry o świcie, praktycznie nic innego nie da się zauważyć, nawet przez teleskop. Może nie mam racji? Może nie mam racji. Będę musiał się przekonać, tak, to jest piękny priorytet, wart jakiegoś wysiłku, jakichś środków, trzeba będzie zacząć coś przedsiębrać. Ale na razie szarówka, nieproszony wiatr w połach kurtki, głód i niesmak. Żeby tylko w ustach. A tu bum, niesmak w oczach! I tak się ukłonię, z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie, mimo wszystko niechęć to nie ulatniający się gaz. Na balkonie  ustawiam teleskop, przewrotnie robię to dobrze. Myśl, że wcale nie będę przez niego patrzył napawa mnie głęboką satysfakcją, nie wiem, czy w dużym pokoju nikogo nie ma, czy ktoś śpi, ale to nie robi większej różnicy. Zaczerpuję całkiem dużo magii do płuc i nie wypuszczam jej już do jutra. Stoję za nim i patrzę jak stuka w klawisze. Ten dźwięk pachnie jak miasto w maju, a zapach miasta w maju jest pełen obietnicy. A jest styczeń. Dystans zdolny odstraszyć lepszych i stabilniejszych ode mnie.
Na szczęście nie ma żadnych zdolniejszych, adamszych ode mnie w całem barze. Jak tu nie uśmiechnąć się do takich dwóch wspaniałych łobuzów, kiedy klepią zawzięcie w piersiówkę, chciwym okiem łapiąc ostatnie krople wpadające do szklanki z piwem, z rozmachem pac ręką w stół! Weto, jeśli zostały nam dwa ostatnie papierosy, to postuluję grabież! Grabież dochodzi do skutku, ja dochodzę do wniosku, że jak tu się nie uśmiechnąć do dwóch takich urwisów, urwisy po łokcie w wymiocinach, chłopaki macie jakieś kiepy? No ja wiem, ja wiem, ja wiem, że nie. A kiepy jakieś macie?
Ale choć lewe oko mętnieje mi i gaśnie na zawsze, choć obaj gaśniemy gdzieś w bramie, to wcale nie oznacza Waszego tryumfu. Wcale nie macie z automatu racji, z automatu krótkimi seriami, po bruku, po bruku ślizgają się pierwsze promienie, pożal się boże, słońca. Wraz z tymi promieniami, w kałużach wczorajszych, pełnych wstydu ślizgamy się my i promieniejemy. Raźno i z butą, i z butów strzelamy po chodnikach, tupiemy, dudnimy, musicie nas przecież słyszeć! Więc kiedy ty masz właściwie urodziny? Nie wiem, zadzwoń do mojej matki. Ona też mówi, że nie wie.