sobota, 6 kwietnia 2013

Xero Tolerance

The Truth

Siedzicie wszyscy wy przede mną tutaj, w tej ciemnej auli. Zastanawiam się, o czym by wam nieprawdaż opowiedzieć i jednocześnie człapię, przechadzam się zgarbiony na długich, nierównych nogach. Dwa kroki w przód, jeden w prawo, dwa do tyłu. Jesteście bardzo wdzięcznymi słuchaczami, macie pomalowane buzie, nic wam nie przeszkadza, tłumnie siedzicie i patrzycie. A może jesteście po prostu tępi? Zniesmaczeni? A może was nie ma, bo znowu się pogubiłem w którymś ze zbyt długich snów? Którekolwiek z powyższych by to nie było, musicie mi wybaczyć przedłużającą się ciszę mąconą jedynie odgłosami dreptania. Musicie, bo nigdzie nie widzę drzwi, więc dopóki ta kwestia się nie rozwiąże, jesteśmy skazani na siebie, albo wy na mnie. Ja i tak zaraz zamknę oczy, bo jest mi wtedy trochę mniej niedobrze. Swoją drogą, to kolejna ciekawa sprawa, takie mdłości. Nie wypiłem jeszcze całego dzisiejszego dnia, więc to coś innego subtelnie chwyta mnie za kichy. Tym mocniej, im dłużej zastanawiam się o czym mam mówić. Ale jeszcze walczę z torsjami, myślę uparcie i wreszcie dochodzę. Do wniosku.Wniosek jest tak obrzydliwy i spada na mój łeb tak gwałtownie, że straszliwa jarzeniowa jasności rozlewa mi się pod czaszką, wszystko staje się logiczne i poukładane jak butelki na regale. No i mogę się wam wreszcie dokładnie przyjrzeć. A to przegina pałę goryczy, jeszcze jedna wielka plaga w mieście, uważaj. Z rozbrajającą nieporadnością padam na kolana i jesteście rozbrojeni, długopisy wypadają wam z dłoni, notatki z szelestem spadają na podłogę. Wasze rozbrojenie jest na tyle satysfakcjonujące, że na czworaka zerkam spode łba, uśmiecham się najkrzywiej jak umiem (czyli niezbyt krzywo) i wymiotuję.

God Love Fire Women Death

Przepraszam, może nie uchodzi kalać pamięci tych drugich. Wymiotowali niektórzy na Ostatniej Wieczerzy w Gołąbku, wymiotowałeś ze strachu budząc mnie o świcie i wymiotowałaś z wdziękiem po Ważnym Przyjęciu. Tak. Ale ja nie. Wszyscy wymiotowali, a ja rzygałem. Oczy potoczyły mi się gdzieś w głąb głowy, język uciekł w popłochu, policjanci wyszli, przyszły zimne poty, wszystko od jesieni do jesieni zawirowało dwa, trzy, setki razy, a ja się porzygałem. Rzygałem do ostatniego żołnierza, bezwarunkowo skapitulowałem i postanowiłem uparcie odmawiać kapitulacji. Poleciały na parkiet pioseneczki, rozmówki, spotkanka, rysuneczki, poleciał Django i popcorn z Kafefajki. I ani odrobinkę się nie wstydzę, przyszły bezwstydne czasy, erotyzm wisi w powietrzu, ociera się, rezonuje, iskrzy, a wszyscy mają kieszenie nasączone benzyną. Śmierdzi nią, tą benzyną okropnie, zwłaszcza, że nikt nie żałował sobie na Taką Okazję perfum. Dym też nie pomaga, ale o to akurat nie mam pretensji, bo sam palę rękopis, cztery papierosy i parę mostów jednocześnie, dymi się jak diabli. Żeby się przewietrzyć wychodzimy i leżymy na śniegu, nic nie widać, tylko niebo ciemne. Też jak diabli. Raz na jakiś czas się rozpraszasz, niebo zaczyna spadać nam na głowy, a ja muszę wdmuchiwać je z powrotem gdzieś tam wysoko. Spójrz na te liczne i piękne gwiazdy, mówię, a ty na to, że przecież żadnych gwiazd i że tylko smoła i smoła, jak w piekle. Okropecznie mnie irytuje takie kręcenie nosem na dziurę w całym, więc je sobie wyobraź, mówię, piękne i rozliczne, ba, cedzę! Gorący ten durszlak, proszę o stosowne kroki w celu.

 Jackhammerrape

Leżymy. Ty leżysz i sobie ze zmarszczonym nosem wyobrażasz, ja leżę i pokonuję drogę krzyżową, ku lepszemu, rzecze Artur Ziemniak, ku ekspiacji, podpowiada Doktur. A tak naprawdę to nie, gram sobie w sudoku i niech mnie Doktur pocałuje w nos, bo sam jest dobry klient i ja lekce sobie ważę jego słowa. Leżymy przez pięć dni i sześć nocy i ani razu nie wschodzi słońce, żeby zerknąć na nas, opuszczonych przez cug i ludzi. Do kusia z taką robotą, powiadam i kopiąc ze złością śnieg idę w siną dal, ty patrzysz ze zdziwieniem, zapominasz o gwiazdach, o kurzu na podłodze auli, o tym co się komu i kiedy nie śniło i niebo zmęczone kretyńskim wgapianiem się, wpada w gniew. Taki straszny, straszny gniew. Rozpędza się, łapie nas, gniecie, miażdży, spala, zatłukuje wyobrażonymi gwiazdami po ryjach na śmierć w konwulsjach i zwierzęcym krzyku. Koniec. Dziękuję za zrezygnowaną uwagę, przypuszczam, że bałagan na podłogach, biurkach, w zlewach nie będzie wam przeszkadzał, bo na co dzień wszyscy w nim brodzimy po kostki i nikt nic nie mówi.

"dziwnie się zachowywał. Te jego zdjęcia na fejsie". - ach, mądrale! Eremici, którzy osiągnęli taką bystrość Umysłu zwykli udawać się w miejsce odosobnienia i bez reszty oddawali się kompulsywnej masturbacji. Nie otwierając przy tym ust. Polecam.

"kto kogo będzie pocieszał" - ani Hitler nie pocieszał Stalina, ani ciut później Stalin Hitlera przy okazji Stalingradu.
I proszę działać konsekwentnie.

środa, 27 marca 2013

Pain (is irrelevant)

You are (not) alone
Po szesnastu tygodniach zostałem wypisany. Wypisany, nie wypisałem się, a zostałem. Strasznie jestem spragniony sukcesów, więc to policzę sobie za jeden. Sukces jak słoneczną, majową niedzielę trzeba święcić i ja poświęciłem. A po świętach co dalej, pytają wszyscy od nocnego po trzepak. Po świętach trzeba się dokądś udać, odpowiadam z niezmąconym spokojem, chociaż coś we mnie wyje z niepokoju. W czym rzecz, co się stało tego wtorkowego popołudnia, że wszystko dotąd spoczywające w malowniczym nieładzie przestało grać? Gdzieś ktoś nawalił, ktoś popełnił błąd i czwarty reaktor stanął w ogniu, przepalając podłogę, strop, pastelowe chmury i suche łąki. Popioły opadły wirując jak helisa i moim oczom (a stałem na palcach, więc widziałem sporo) ukazała się odpowiedź - OTÓŻ NIE MA GDZIE PÓJŚĆ. Nie ma już kogo odwiedzić, za co kupić, dokąd spierdalać. Są zardzewiałe kraty, cztery, gwoli ścisłości, i jest srogo, bo zaczyna się klaustrofobia. Nie da się zasnąć w przepoconej pościeli, nie ma jak się przekręcić na drugi bok, ani jak sięgnąć po telefon. Z przodu mają racjonalne argumenty, z lewej bagatelizują, z prawej się solidaryzują, z tyłu szepczą. Jedyna droga jako takiej, odbiedowej ucieczki prowadzi w dół, wraz z błogosławieństwem grawitacji. Świeci księżyc, cały czerwony, chory i zmęczony, psi wyją, gwiazdy bledną, a ja się duszę. Spadam i się duszę, litości, przecież to nie ma sensu! Przy spadaniu pęd powietrza wtłacza aż nadmiar tlenu do systemu. Chciałbym komuś o tem paradoksie opowiedzieć, słyszę przecież, że przy biurku koło łóżka ktoś stuka w klawisze i łka. Może gdybym opowiedział mu o takim śmiesznym braku logiki, to on, ten ktoś, by się uśmiechnął i nie waliłby tak w te klawisze, bo mi klawiaturę zepsuje. Może gdybym, ale się nie da, bo nie mogę się obudzić.
You can (not) advance
Nie mogę złapać oddechu, nie mogę się ruszyć. Mamo, ja tu ginę.
Chciałbyś. Jest piąta rano, "krzyczę, choć nie mogę krzyczeć, wypić już nie mogę też". Też byś chciał. Po pierwsze, mogę jeszcze wypić, po drugie nie krzyczę, a co najwyżej stękam. Piąta to ani różowa czwarta, ani twarda szósta. Piąta rano jest najgorsza i wtedy komputer tak strasznie rzęzi, że mi go szkoda, ale nie utrzymam długopisu w dłoni, więc musi mi jeszcze posłużyć. Musi, nie musi, relatywnie. Dlatego pokornie wycieram szóste i siódme zimne poty, otrzepuję gwiazdy z ramion i z czołem uniesionym na tyle wysoko, by wzrokiem ominąć lustro, ruszam na spacer. Rozedrgany spacer, i w tym momencie pragnąłbym powstrzymać jęki zniecierpliwienia, ponieważ otóż owszem! Był rozedrgany! I śniadanie, które zrobiłem przed wyjściem, a którego nie zjadłem, było rozedrgane i nóż, falujący z ręki do ręki był w płynny sposób rozedrgany i płonący za kościołem horyzont też. Takie horyzonty (5 kilometrów stąd) zdarzają się tylko o świcie i tylko za kościołami. No właśnie, kościołami. Tam nie pójdę, za późno i za wcześnie, zamknięte jeszcze. Dlatego trzeba pognać w kierunku "tak jakby nader swoiście wręcz" przeciwnym.
You can (not) redo
 Tam, gdzie jeszcze ciemno, chociaż trochę i tak na chwilę, chłodną, wilgotną chwilę. W lasach nad Bugiem, we mgle, w trzasku gałęzi i westchnieniu zachwytu, jakie może się wydobyć tylko na widok porośniętej mchem wueski, tkwiącej na polanie niczym menhir. Kiedy jest tak chłodno, to to wszystko ze mnie spada i jestem taki, jaki byłem. Tyle tylko, że byłem, a nie jestem. I za plecami słyszę narastający huk. Huk, hałas, harmider - rok 2001. Kaskadami, huraganowo, na razie to tylko brzęczenie za uchem, ale narasta i narośnie i dotrze nawet tutaj, gdzie mi udało się dotrzeć, po całej nocy przewracania się w łóżku i głuchego jęku. Zadrżą sosny, kurz wzleci z powrotem w górę, tafla wody się zmąci i usłyszycie. I zapytacie - ach, ach, cóż to za dźwięk? I odpowiem, z niezmąconym spokojem - to wszystko idzie się jebać.
"I'm the one who brought it down"
"I really don't go for that shit"

wtorek, 19 marca 2013

What else is left there.

Cały czas trzeba, z każdym słowem trzeba łamać schematy, być niebanalnym, kreatywnym, szubidubi. No więc toteż oto jestem. Dziś ciut inaczej, moi kochani - wypiłem przed napisaniem, a nie w trakcie. Ale o tym sza! W regulaminie stoi, iż nie wolno, iż jest to wykroczenie, że tak powiem, kardynalne i kategorycznie przekreślające jakiekolwiek rokowania. Zdarza się to tu, u nas, nie powiem, często, że ktoś nie da rady, poprosi, dostanie, wypije i opuści nas. "Świętej pamięci nieboszczyk Grzegorzewski używał o wiele lepszej wody kolońskiej. Po wypiciu jego perfum czułem się jak ptaszek!"
To dzieje się jakoś tak stopniowo, ale też nieustannie. Ściany i tak są białe, to dobry początek, niewiele trzeba zmieniać. Aneks kuchenny podobny tu i tam, bo i tu i tam, nikt, pacjent, czy lokator, nie nazwałby tego kuchnią, a fuj. Z łazienką trochę większy kłopot, bo chociaż brak przestrzeni jednaki wszędzie, to tutaj prysznic i cerata, a tam wanna i brudne ręczniki, ciężko się to zmieniało. Z samym spaniem za dużo użerania nie było. Tam sam byłem jak palec i tutaj też mojego kolegę już wypisali i rodzina go odebrała. Specjalnie szczęśliwi oni nie byli, nie. Moi pewnie też nie będą, kiedy okaże się, że to już koniec i że powrót trzeba i samochód specjalnie. Ale co mi tam, na razie karmią i mówią do mnie. Mówią podejrzanie dużo. Tam nikt tak do mnie nie mówił, a tu ciągle. Rano przychodzą, budzą na trochę, pytają o rzeczy podejrzanie banalne. Minęło dopiero parę dni, a traktują mnie podejrzanie łagodnie. Do sali telewizyjnej mi wolno wchodzić, czytać mogę co zechcę nawet i do późna, bo sypiam sam, a do tego przywykłem.
Jak się ma łagodną kategorię i wejdzie się na piąte piętro, jak się pójdzie na dach buwu, to stamtąd, można stamtąd, widać pobliską stację, zobaczyć Warszawę Stadion, i pociągi z niej odchodzące w dwóch tylko kierunkach, i różne pociągi, do Siedlec, do Gdańska, do Łukowa i innych rozmaitych miast Polski, których zabytki powinniśmy poznawać, do nas i od nas. Nas jest na oddziale trzydzieścioro. Pielęgniarek jest sześć. My mamy szczęście, u nas są pielęgniarki. Piętro niżej, gdzie każdy bez wyjątku ma niekłamaną przyjemność samotnego zasypiania, są tylko pielęgniarze. A pielęgniarze nie mają takiej wprawy w robieniu zastrzyków na dobry sen i to nawet może boleć! Tak mi mówił jeden z nich, żylasty i łysy, o przezwisku zbyt banalnym do zapamiętania, na papierosie. Zawsze tak być musi, że na papierosie dochodzi do spoufaleń, zwłaszcza w zamknięciu. A tu jest zamknięcie dla niektórych z nas, a żadne z nas go nie chce, tak nam mówi doktor Główny. Jest mi dobrze i o nic się nie martwcie, tylko mi przywieźcie nowe książki. Głupio też, że te puszki zostawiłem w mieszkaniu, strasznie głupio, ale tak bywa. Człowiek nie ucieknie, dogonią, znajdą, nakarmią.
Zanim tu trafiłem, byłem u siebie, w domu. W tym prawdziwym, nie w mieszkaniu. Zdrowiałem, i to jak zdrowiałem! Codziennie przychodził do mnie ktoś inny i wszystkich uprzejmie przyjmowałem i rozmawiałem z ludźmi o różnych rzeczach i sprawach, można zaryzykować stwierdzenie, że długo. Ale też pisałem. Pierwszego dnia napisałem dwa tysiące stron. Drugiego tylko sześćset i dwadzieścia siedem listów. Za to do końca tygodnia udało mi się piętnaście tysięcy razy wykaligrafować własne imię. Wtedy przyszły konowały i blada matka (marzec, wszyscy jeszcze bladzi) i pokręciły głową i jestem tu. A tam zostały puszki i co ja z nimi zrobię? Musicie mi wybaczyć, ale ja teraz nic nie mogę zrobić i do żadnych wielkich rzeczy nie jestem predysponowany i tylko chciałbym dalej jeść ciepłe rzeczy, zanim mnie stąd zabiorą, tacy jacyś niezadowoleni i dadzą mi w lewą rękę samodzielność, a w prawą omnipotencję.
Na stoliku leżały pomarańcze i proszę nie dyskutować. Chorzy zawsze dostają pomarańcze, takie są odwieczne koleje chorób. Leżały i rzucały przeogromny cień na ścianę, bo był już maj. Z tym cieniem zlał się inny cień, gdzieniegdzie nawet jeszcze ciemniejszy i taki strasznie pełen, że gdyby nie był cieniem, to by się uśmiechał, wiem to. I ten smukły cień pochylił się nad moim mokrym i zimnym czołem i mówi tak - "owszem, jesteś popierdolony. I to zdrowo. Ale tak pięknie". Ja się na to uśmiechnąłem, ale widać jakoś krzywo, bo on (on? ona? nie, raczej ona) zniknął.
"Byli tacy, co się rodzili. Byli tacy, co umierali. Byli także i tacy, którym to było mało".

poniedziałek, 4 marca 2013

Maniac Ground Zero Inner Conflict

Było nas w takim razie pięcioro, a mi trzęsły się ręce. Zresztą, bez fałszywej skromności - trzęsłem się cały, nad morzem było zimno, w szpitalu było duszno, w bibliotece było cicho, na koncercie było głośno, a później byłem pijany. Ale to przynajmniej byłem Ja, a nie my, my pojawiliśmy się gdzieś na południu Śródmieścia, gdzieś w nocy. Bardzo się ucieszyłem, kiedy na patelni ktoś równie roztrzęsiony paląc mojego ostatniego papierosa, prawił o kobietach. Mogłem wtedy dokonać eksterioryzacji chichoczącego alter ego, ale nie na długo, sami wiecie, jak krótko pali się ostatni papieros.
Momentami, w tych wszystkich różnych, szybkich miejscach trzeba mi było porozmawiać z moim kulawym, zakatarzonym diabłem w środku, a on zawsze, zawsze wodził mnie na pokuszenie. Stawaliśmy razem na dachu pociągu, na balkonowej przypalonej tu i ówdzie poręczy, na Powązkach, w metrze, a on brał mnie za rękę (co ciekawe, zawsze za prawą) i mówił mi: "skacz ścierwo, bo poodgryzam ręce!". Przyznam się, czemu nie, strach mnie oblatywał, kaprawe lico odrzucało podobieństwem do mojego, a ręce i cała reszta dalej się trzęsły. Myślałem, że zdechnie wypłukany wodami Bałtyku, wywiany wiatrem wpadającym przez otwarte okno wagonu, ogłuszony ciszą, albo muzyką. Nie wiem dlaczego tak myślałem, skoro z wariackim uporem wołałem, żeby wrócił, raz po raz otwierając plecak, szukając w portfelu drobnych, schodząc do sklepu na Mokotowskiej, błądząc dłonią po kieszeniach na cmentarzu.
Wołałem, on wracał i trwał, chichocząc moimi ustami, między jednym chichotem, a drugim konsekwentnie kusząc. Udawało mi się w każdej sytuacji wydukać strzelając oczami na boki, że może sobie odgryzać, kto by chciał odgryzać takie ręce, takie trzęsące się z nie-strachu ręce. I gryzł, bambaryła, ale wypluwał, bo nie mógł znieść braku strachu, choć pewnie bardziej mierziło go podłe piwo w żyłach. Diabły lubią stouta.
Łaziliśmy, póki mieliśmy gdzie, a że Warszawa jest duża, to godzina nie wybijała przez parę dni, aż wybiła. Wtedy zapragnąłem pomocy i uciekłem do największego (1,99 m) autorytetu w sprawie diabłów - ojca. Ojciec mnie nakarmił i stał z się z powrotem tatą. Zamieniliśmy się kurtkami, bo tak, a ja patrząc na swoje odbicie w szybie metra, stwierdziłem, że diabeł został w tamtej kurtce i
przejrzawszy mój podstęp goni mnie następnym składem. Pan mnie nie opuścił, bo kiedy ja tygodniami opracowywałem optymalną trasę na uniwersytet i z powrotem, diabeł spał, snem sprawiedliwego. Tylko dlatego pierwszy dopadłem do wrzecion Wrzeciona i zatrzasnąłem za sobą drzwi na jedyny spust jaki mi został po licznych spustoszeniach dokonanych w czasie długich nocy.
Wciąż jeszcze miotałem się w poszukiwaniu zapalniczki, kiedy zadrapał nieobcinanymi pazurami w judasza i syczał słowa tak bezbożne, że pusty śmiech mnie brał. Śmiech, nie chichot. Łapczywie wepchnąłem lód do ust i przełknąłem jak leci dwieście gramów. Bez skrzywienia. Diabeł zaś zaskowyczał i wycofał się przed domofon. Reszta była kwestią niesamowitej jasności umysłu.
Porwałem saperkę i wyskoczyłem przez okno, słysząc jak walą się ściany, przewracają butelki i jak łomocze kurz na regale. Szczęśliwym trafem nie połamałem zapałek Niesamowitego Cezarego przy upadku, tylko ręce. Krzywiąc się z bólu podpaliłem papierosa i z zawadiacką miną ruszyłem przez Bielany. Na grzbiecie miałem czarną skórę, pamiętającą czasy siedleckiej dochodzeniówki, słodkie gonitwy i strzelaniny.
W kwestii formalnej - dlaczego na cmentarzu włoskim byłem znowu pierwszy? W roku 1932 A. Nataszewicz w swojej publikacji "Anatomia Djabłów" dowiódł niezbicie, że ludzkie nogi są wytrzymalsze od kopyt. Diabeł zwichnął kopyto, ja nóg w oficerkach nie.
Znalazłem nam przytulną kwaterkę pod murem i wykopałem cieszący oko dół, uwzględniając gabaryty jednego i drugiego, bo umysł miałem jasny. A on dokuśtykał do mnie i uczepił się rękawa, ale władzy nad nim nie miał, bo to był rękaw skóry, a nie namiotokurtki. A ja mu powiedziałem - pij ze mną, albo skacz. Przepijesz, sam skoczę. Pił i byłby przepił, ale to był cmentarz WŁOSKI, a w cyrografie jak wół stoi - "póki nie napijesz się z adasiem kubusiem aniszewskim gałganem w Rzymie". Triumfalnie zawyłem "ten dół Rzym się nazywa!", po czym wepchnąłem skurczybyka, przysypałem, otarłem pot, dopiłem, przyklepałem i wcisnąłem peta w mokrą ziemię, albowiem powiedziano "a Djabłu ogarek!". I tam leży bies pogrzebany. Z pięciorga zostało nas dwóch, z nas dwóch zostałem sam. "Więc jeśli chcesz hodować diabła, w głębokim dole trzymaj go".

wtorek, 19 lutego 2013

Kafe Moskwa

Był zmierzch powrotów dnia poprzedniego i był poranek dnia następnego. Było przebudzenie, mdłe i dzielone przez próżnię, był zimny prysznic walczący o lepsze z zimną kawą. Była bezczelność, która przebrzmiewała i być może przebrzmiewa dotąd w martwym naskórku zostawionym w tramwaju, w autobusie, na cudzym zeszycie. A potem przekonany o braku świadomości powiedziałem sobie - co zrobisz? Dokąd i z kim pójdziesz? I poszedłem z Majstrem na piwo. I chóry w niebie wiedziały, że idę w dobrej wierze, pełen sympatii i niepozbawiony nadziei. "I  natychmiast wypiłem. A po wypiciu – widzieliście sami: bardzo długo się krzywiłem, walczyłem z mdłościami, przeklinałem i posyłałem wszystko do diabła. Może pięć, może siedem minut, a może całą wieczność miotałem się w czterech ścianach, trzymając się za gardło i upraszając mego Boga, by mnie nie krzywdził. A mój Bóg nie potrafił usłyszeć mych błagań do samego Mińska Mazowieckiego. Od Mrozów do Kotunia wypita szklaneczka przewalała się między gardłem i żołądkiem, to wzlatując ku górze, to padając w dól. Było w tym coś z Wezuwiusza, z Herkulanum i Pompei, z pierwszomajowej salwy honorowej, oddanej w stolicy mej ojczyzny. Ja zaś modliłem się i cierpiałem" Czarek Miłosierny zapchał mi gębę darmowym popkornem, wcisnął w usta ćmika i podpalił. Wstałem więc przepełniony poczuciem obowiązku i po nijakiej chwili wróciłem w dwiema szklankami, przez zęby mamrocząc tradycyjne "masz ze mną za dobrze". Janek wtedy spał już, snem sprawiedliwego. Paweł kiwał głową nic nie mówiąc, chyba, że do siebie w myślach - masz rację, Paweł! Mijały godziny, poduszki na podłodze pogrążały się w nieładzie, włosy takowoż, ludzie odchodzili i przychodzili, stacje mijały, ale dopiero w Sabince się ocknąłem, dopiero kiedy Paweł wstał i pozbawił nas swej niewzruszonej pogody alkoholowego ducha ogarnął nas mrok beznadziei. Zewsząd ogarnęła nas kiepskość, jak określiłem to kilka dni wcześniej w zadymionym, zadymionym do przesady samochodzie.Wtedy dźwignąłem wieżę strzelistą jak pastisz gotyku, a akty krążące w mojej głowie nie były bynajmniej strzeliste. Z każdym kolejnym krokiem czoło mi chmurniało, a przynajmniej takie mrzonki sprawiały mi ulgę. Pomyślałem zatem - co zrobisz? Dokąd pójdziesz? Nie odpowiedziałem sobie, ale i tak wiedziałem, że skończę na ośnieżonych peronach Warszawy Gdańskiej, choć przecież jechałem prosto do Siedlec, bez przesiadek, bez przerw na papierosa. Tylko na Warszawie Gdańskiej zrezygnowana policja nie zwraca uwagi gdy śpiewamy i gdy wspólnego, znalezionego papierosa rzucamy na tory. Papieros uparcie dymi się w puszce po kukurydzy, będę musiał zmarnować kilka kropel placebo, żeby zasnąć w tym pokoju. Za to kiedy już się obudzę, kiedy przystając raz na jakiś czas dotrę na strasznie pustą i brzydką ulicę Okrzei, kiedy przywitam się z ojcem i jedząc coś ciepłego spędzę z nim pół godziny, wtedy milczcie chóry, schnijcie łzy, dzwońcie kusiciele. "Wtedy coś się zdarzy, ty usiądziesz mi na twarzy, potem cię za pióra złapię, ty mnie podrapiesz". Godziny minęły, wieża chwiejna, już nawet nie strzelista podpierając się na wychudłych łapskach dźwignęła się w celu ostatecznego dotarcia do domu, przez Marymont, przez Grodziszcze Mazowieckie, przez nocny. W ostateczności niech będą smartfony, niech już nawet będzie BUW, ale czemu za oknem jest tak ciemno? Paweł by wiedział, Paweł pije gdzieś wódkę, a czyni to z niezmąconym uśmiechem i pogodą ducha, bo maj(gi)stra i tak zrobi.

"Kto tu jest za mną, kto tu stoi?"

czwartek, 14 lutego 2013

Ze spotkań

Pierwszy raz z erotykiem to nie może być przygoda, ani zabawa. To musi być spotkanie, długo planowane, odkładane kilka razy, nie daj boże przypadkowe. Spotkania zaczynają się od uśmiechu.

A gdy będę umierał to nie przyjdzie tu Czaro, zajmie go zabawa z gitaro.


Uśmiech rozciąga się od lewej do prawej, jak od prawej strony chodnika, odbiwszy się od ściany, do lewej. Czasem powoduje dołeczki w policzkach, w których można ukryć kolejno - w lewym dumę, w prawym strach. A czasem powoduje rozlanie się mordy po płaszczyźnie jej z zapasem przeznaczonej. Wtedy kulawo ogolony w ciemnościach podbródek opina się na wypłukanych do cna kościach i imituje grymas zadowolenia. Facecje wynikające dla otoczenia z facjaty. Facjata rozpływa się jeszcze bardziej w kretyńskiej manifestacji błogości, kiedy mogę prowadzić. Najlepiej przez pustynię, z działającym, niekradzionym radiem. Dopiero wtedy z niekłamaną przyjemnością zabieram kogoś stojącego na poboczu, ratując go przed śmiercią z pragnienia, tak jak mnie uratowano przed śmiercią głodową. Bo co jak co, mówcie co chcecie, ale pragnienie potrafię ugasić.

Janek przyjdzie z kwiatami (róże, tak między nami).


Prócz tego pragnienie z ogniem ma niewiele wspólnego. Jeśli już coś, to początek. Każdy, kto zapalał zapałkę, wie, jak rodzi się pragnienie, a każdy kto zdecydował się na prolongatę prenumeraty, wie, że w kwestii uporczywego trwania, pragnienie, przeradzające się w żądzę, podobnym jest do wody. Przytłacza jak ona, powoduje ociężałość i uporczywą konsekwencją tworzy maniakalną projekcję zaspokojenia. Pierwszy haust powietrza piecze, pierwszy dzień wiosny swędzi gdzieś z tyłu głowy, pierwszy łyk łaskocze, pierwszy dotyk pali. Biorąc pod uwagę wszystkie przytoczone wyżej argumenty, stwierdzam, iż to zaspokojenie jest jak ogień. Siadaj, trzy mniej.

Artur piwo przyniesie, wszyscy trzej to obwiesie.


"A w mojej głowie słońc milionami karuzela nocy lśni, na niej jesteśmy sami, ja i Ty."
Żartowałem, jak zwykle. I jak zwykle pomyliłem (specjalnie, hyhy) żart z kłamstwem. Nie mam nic wspólnego z zaspokojeniem. Gdybym miał, nie byłoby mnie tu, teraz i nie czekałbym wiosny jak snu. Chyba nawet dzwony z widmowego bielańskiego kościoła zamilkły w tym oczekiwaniu. Kiedy powietrze gęstnieje, ciężko się przez nie przebić do drugiej osoby, drugiej butelki, drugiego pokoju, drugiego semestru, drugiego skrzyżowania (tylko tutaj istnieją dwa skrzyżowania tych samych ulic). Do następnego (drugiego!) razu.

Będzie chłodny, jesienny wieczór. Przespaliśmy i wiosnę i lato, nie łudź się, to już postanowione. Przyjdziesz o piętnaście minut za wcześnie, takie znamię tęsknoty za przeszłością. Kontrabasista na fotelu będzie brzdękał, ty melancholijnie czekając zapalisz papierosa, ja skropię się wodą kolońską, wdzieję palto, kapelusz i ruszymy w poszukiwaniu pielęgnowanego obciążenia genetycznego. Papierośnice będą srebrne, zęby złote, a zaułki ciemne. W razie czego jest nas dwóch i tylko dwóch, bo Zły Tyrmanda umarł z przepicia tego samego lata co Gombrowicz i nikogo już nie uratuje przed eleganckim skurwysyństwem. A umierał przerażająco pięknie, z przestrogą, jak Jerofiejew. Czemu Warszawa Cybulskiego miałaby być gorsza od Moskwy Pietuszki?

Za pierwszym razem wystarczył ułamek sekundy, żeby przekrwione oczy spotkały brązowe oczy, modre oczy, błękitne oczy, piwne oczy, własne nawet. Za drugim potrzebowałem roku i siedmiu miesięcy, żeby znaleźć Szostakowicza, Mesjasza i inne zaginione, niewydarzone wprawki i dzieła ostateczne. Wszystkie poutykane w butelkach, popielniczkach, szufladach, cudzych i dlatego ufnych oczach. Moje oczy też są ufne, kiedy przelewam po trzykroć, po stokroć porter i przyglądam mu się. W taki sposób Demiurg przyglądał się swojemu dziełu i w taki sam sposób to dzieło go zawiodło, jeśli się nie mylę (jeśli się mylę, to popraw mnie Demiurgu, mniemam, że w internecie też jesteś omnipotentny). Wystarczy, że zaśpiewasz.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Green skies

Mam wysoko do chodnika, nierównowaga stąd wynika. Jak zwykli to określać ludzie w lepszych czasach - niestabilna żyrafa. Mam przetarte, workowate spodnie po ojcu, bo oddając swoje do prania przeliczyłem się, a siedlecka szafa pogardliwie prychnęła, powodowana zazdrością o Warszawę. Mam ogromny namiot robiący tymczasowo za kurtkę. Bywa, że można kogoś (oprócz mnie) w nim schować, przytulić i zasunąć. Teraz jednak niepokojąco łopocze na wietrze, tak niepokojąco, że podstęp wietrzę. W przepastnych kieszeniach kiedyś bywało mnóstwo rzeczy, szklanych, nieszklanych, różnie. Dzisiaj w lewej mam jabłko, nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy, już trochę zeschnięte, a w prawej papierosy. Na kurtce mam plamy. Sięgając pamięcią to tu, to tam, dochodzę do wniosku, że plamy są po winie, po krwi, po smarze i po staremu, z przyzwoitości. Przyzwoita kurtka musi mieć pod koniec zimy plamy, które widać dopiero, gdy śnieg stopnieje i przestanie razić oczy. Mam buty, które dała ojczyzna, przydziałowe, ciężkie i ciepłe. Zawsze wydawało mi się, że mam też oczy, ale jak się patrzy w metrze na szybę na przeciwko, to tam, w tej szybie, w tym metrze nikt nie ma oczu. Cały rząd ludzi bez oczu siedzi i jedzie sobie, a mi to nawet nie robi już zbytniej różnicy. Przyjmijmy więc na potrzeby, iż oczu nie posiadam. Mam kartę egzaminacyjną, pustą jak butelka i śnieżnobiałą. Mam przed sobą bufet na pekapie, a jest godzina najbardziej bezbożna, czyli trzecia z kolei w ciągu tej doby. Dwa stoliki dalej z chirurgiczną precyzją sylwetka pochłania zapiekankę, zapada w sen na pół godziny, po czym budzona przez zmęczone, nocne upiory za ladą, zamawia następną zapiekankę i tak w kółko. Do godziny szóstej. O szóstej pociąg whuczy się na peron i minie mnie blada twarz maszynisty modlącego się chyba, żeby nie wykoleić składu na jakimś niedopałku.

Miałem pieniądze, ale rozdałem jakieś sześćset tysięcy przemiłym ludziom na patelni. Ba, specjalnie łaziłem do bankomatu, żeby mieć co wrzucić po drodze na śródmieście. Miałem coś zrobić, ale znów, cholera, nie jestem pewien co. Miałem piwo, ale nie da się oprzeć belgijskiej, a przecież amerykańskiej ipie, zwłaszcza o tak wdzięcznej nazwie jak Raging Bitch. Miałem gdzieś jechać, ale zatrzymałem się, żeby zabrać z górującej nad miastem ulicy Łukowskiej autostopowicza. Jak już go zabrałem, to głupio się rozmyślać, więc nadrobiłem trzydzieści siedem kilometrów drogi. Miałem wszelkie podstawy, żeby sądzić ludzie, którzy idą do szpitala, z niego wracają. Miałem wielką przyjemność dowiedzieć się, że jak dzwonię, to załącza się w telefonie Artura Włóczęga Theme. Miałem powody, żeby wierzyć rodzicom, a oni mieli od zarania dziejów powody, żeby nie wierzyć mi. Miałem zwyczaj regularnego chodzenia na basen ("-znasz brutalną stronę chinka? gdyby adam nie chodził na basen, byłby gruby jak świnia!") i regularnego chodzenia na regularne spacery po swoich włościach i w odwiedziny do horyzontu.

Ukradłem golfa. Kluczyki nawet nie brzęknęły lądując koło jabłka w kieszeni. Drzwi nawet za mną nie stuknęły, telefon nawet nie oponował, kiedy go wyłączałem. Nawet nie pomyślałem, że nie mam za co zatankować. I utknąłem, cholera by to, w bezczelnie szczerym polu. Chciałoby się napisać, że z rozwianym włosem, na tle granatowego nieba, ale gdzieżby tam. Powietrze ani myślało drgnąć, włosy obraziły się na mnie tydzień po tym, jak obraziłem się na szczotkę, niebo obraziło się na mnie od kiedy nie spaceruję wyłącznie z nim (nią, niebo to ona). Właśnie dlatego przyszło mi trwać na pekapie, w samochodzie z przygodnym podróżnym i obok samochodu z przedostatnim (świat znowu drwi z mojego dramatyzmu) papierosem. Jednocześnie.


"Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
 I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...
 Mówili o niej: "Łka, więc jest!" - I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...
 Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
 Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!
 Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!
 Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas - i tylko młot inaczej dzwoni...
 I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.
 Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...
 I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!
 Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!
 Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?
 "O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.
 I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
 Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było oprócz głosu!
 Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
 Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.
 I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"