środa, 29 lutego 2012

Ladies and Gentleman...

UWAGA, WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO OSÓB, BĄDŹ ZDARZEŃ JEST ZAMIERZONE, WYWIAD JEST AUTENTYCZNY.


Sławek Dyszel wiedział, że to będzie ciężki dzień, kiedy tylko otworzył oczy. To dziś miało się odbyć posiedzenie ludzi zajmujących się aferą siedlecką. Media huczały od przypuszczeń, a detektyw Drutkowski zapowiedział opublikowanie materiałów, które zmienią oblicze sprawy. Sławek jako redaktor najbardziej szmatławego tabloidu w mazowieckiem, musiał wiedzieć, co będzie się działo na tym posiedzeniu i o jakie materiały chodzi, a jeszcze lepiej - być tam, za zamkniętymi dla postronnych i prasy drzwiami. Plan gry miał ułożony w głowie od dawna, ale i tak na myśl o tym, co go czeka, gwałtownie zapragnął wrócić do łóżka. Niestety, musiał wziąć się do roboty, jeśli chciał uzupełnić zapas pasztetu podlaskiego i tatr w lodówce.
Z maturą poszło o dziwo gładko. I liceum ogólnokształcące zgodziło się wydać zaległy (źle punkty policzyli, sprzedawczyki z CKE) dokument, za jedyne 50 złotych dla sekretarki i 100 dla dyrektora (na koszt redakcji). Z dostaniem się w szeregi stróżów prawa również nie było problemów. Wymagane 200 godzin patrolu dopisał sobie w książeczce służbowej zaraz po wyjściu z gmachu komendy głównej. Dział kadr pracuje na dwie zmiany, więc nikt się nie połapał. Kolejne awanse kosztowały go: ćwiartkę bimbru, pusty indeks z lat (no dobra, z roku) studiów, 30 złotych na wachę, żuka pełnego części zamiennych do pralek i 40 rolek papieru toaletowego. Około godziny 15 komenda stołeczna zyskała nowego komendanta - Sławomira Dyszla. Podpięcie pendrajwa z bazarku (10,50 zł) i zajęcie miejsca w sali konferencyjnej były już tylko formalnością. Naczelny się ucieszy...

________________________________________________________________________________

Detektyw Drutkowski wiedział, że to będzie ciężki dzień, kiedy tylko otworzył oczy. To dziś miał po raz kolejny skąpać swe imię w glorii i chwale, a nie bardzo wiedział jak. Potrzebował natychmiastowo jakiegoś szczególnie szokującego materiału. Opinia publiczna zaczynała być niespokojna i wyrażała swoje genialne wnioski poprzez spontaniczne spamowanie kwejka i fejsbuka. Wszyscy chcieli koniecznie wiedzieć, co się stało z charyzmatycznym wokalistą oszałamiającego, nadzwyczajnego bla,bla,bla zespołu 0,5 gratis.
Że też ten gnojek musiał zniknąć akurat w dniu wydania swojej pierwszej płyty... Stolica Apostolska wystosowała ostrą notę do rządu RP, a Antoni Przecierewicz wprost oskarżył braci Tuska i Putina. Hmmm, co by tu spreparować... To musi być coś charakterystycznego dla debiutujących muzyków.
Po chwili wnętrze podwarszawskiej kawalerki wypełnił demoniczny śmiech.

_______________________________________________________________________________


adam aniszewski wiedział, że to będzie ciężki dzień od kiedy został skuty przez goryli w kamizelkach z napisem "PATROL DRUTKOWSKI". Piwnica w której go zamknęli też nie napawała optymizmem. Ale trzeba się liczyć z takimi przyjemnościami, kiedy pomaga się sławnemu kumplowi w ucieczce ze świata szołbiznesu. Zachichotał w duchu. Nikomu nie powie, że Sawicki jest w Żelkowie. Rym. Dobry znak, wena go nie opuszcza. Napisze im ten pieprzony "ostatni wywiad z pierwszym rockowym głosem Rzeczypospolitej" I nawet palnie jakiś głupi tytuł na początek. Na przykład...


_________________________________________________________________________________

MOJE ŻYCIE Z MIRKIEM DYLEM.

Nie, źle. Jeszcze raz.

WYWIAD Z BARTKIEM SAWICKIM
-Na dobry początek - określ swoją osobę iloma tam kcesz określeniami
  • -grubas
  • -nieasertywny
  • -mamzajebistygustmuzyczny, bo tak
  • -lubię gimnazjalistki
  • -Bartek dobra rada
  • -Bartek błękitna taksówka 
  • Troluch 
  • niespełniony perkusista
-Hmm... brałeś coś? Właśnie, zdradź nam, jak branża muzyczna, z którą niewątpliwie jesteś związany, wpłynęła na Twoje życie? Co się zmieniło?
-nie przesadzajmy, jesteśmy w trakcie nagrywania pierwszej płyty, sława i dziwki dopiero na nas czekają. A tak na poważnie to zmieniło się tyle, że od czasu do czasu to ja stoję na scenie i zapewniam ludziom rozrywkę
-Czyżby? Niejaka Pani Kowieska twierdzi, że od kiedy zapuściłeś włosy w różnych miejscach i związałeś się z "tymi szatanami" Twoja frekwencja znacząco spadła? Nie martwisz się o swoją przyszłość? Jak ją planujesz?
- Rozmawiałeś z Panią Kowieską? Mi mówiła tylko że chce dostać płytę z autografami. Co do przyszłości to najpierw matura, z którą w tym roku nie wiążę większych nadziei. W mojej głowie tylko wokal. Nie potrafię albo nie chcę skupić się na kilku sprawach na raz. Mam świadomość że trzeba mieć wyjście awaryjne. Polityka muzyczna w Polsce jest taka a nie inna. W następnym roku obiecuję poprawę, maturę rozwalę w 15 minut, zobaczysz.
-Wydajesz się twardo stąpać po ziemi.... Ja jednak dotarłem do jednej z Twoich fanek, która twierdzi, że w głębi jesteś bardzo wrażliwym chłopcem, który lubi karmić ptaki i tęsknie spoglądać na zachodzące słońce... Jaka jest prawda o Bartoszu Sawickim? Kto, oprócz zespołu zajmuje najwięcej miejsca w Twoim serduszku?
-Z tym karmieniem ptaków to przesadziłeś, ale wyjść wieczorem z psem, słuchać ich zalotów, czemu nie?
Nie znam wielu osób, które nie lubią widoku zachodzącego słońca, więc nie jestem zbyt oryginalny. Nie chcę tu zdradzać moich tajemnic, ale kilkoma nawykami byłbym w stanie nawet Ciebie zadziwić. A w serduszku jest moja siostra, mam nadzieję że będzie miała lepiej niż ja. Czasem ktoś wchodzi, za chwilę jednak wybiega nie zamykając drzwi, robi się przeciąg i dostaję po ryju drzwiami.
-Hm. Pominę więc drażliwy temat (*weź to wykasuj*) i przejdę do "zaplecza" zespołu. Jak wyglądają próby? Kto oprócz Mirosława Dyla cieszy się największym autorytetem? Czyj głos jest decydujący? Często się kłócicie?
-Mirek ma być perkusistą i zajmuje się wyłącznie napierdalaniem na garach. Ostatnio Daray prosił go o radę w sprawie najlepszej konfiguracji na następny koncert Dimmu Burger. Momentami bardzo pomocny jest tata Maćka, który swoimi opiniami wnosi świeży podmuch do zespołu. Kompozycyjnie królują gitarzyści (Maciek & Oktawian z domu Kopryjaniuk), głównie od nich zależy kształt piosenki. Kłótnie oczywiście się zdarzają, ale mamy wspólny cel i zawsze potrafimy znaleźć rozwiązanie. Ewentualnie stosujemy metodę "kto pierwszy odpuści" co ciągnie się godzinami.
-Po ile będzie płyta? Czypińdzisiąt?
-Przede wszystkim musimy znaleźć wydawcę (*WYDAWCY PISZCIE KOMCIE*), kwota to rzecz drugorzędna.
-Czy nie prześladują Cię demony przeszłości? Co z sinalfa (nie umiem tego znaczka na klawiaturze)
-Czekałem na to pytanie. Zdziwię Cię, ale sinalfa wspominam bardzo pozytywnie, wiele się tam nauczyłem i zaliczyłem debiut na scenie (CKiS wy szmaty). Obyłem się z mikrofonem i takie tam.
-Wielu fanów pyta o swoją mekkę, czyli sławetny Grabianów. Co się tam wyrabia i czy plotki nekrofilskich orgiach są prawdziwe?
-W ostatnim tygodniu w Grabionowie nastąpiło przemeblowanie i duże sprzątanie (na szczęście byłem wtedy... gdzie indziej). Imprezy się zdarzają, ale skoro może nas czytać prokuratura, nie skomentuję wątku nekrofilii. Aczkolwiek dociekliwi na dachu mogli zauważyć ślady rysia obklejonego taśmą izolacyjną (Grabianów leży w puszczy sekulskiej - przypis mój). Największą popularnością w naszej siedzibie cieszą się piłkarzyki, w które nie chwaląc się napierdalamy gramy z Maćkiem jak pojebani głupi, podniecając się co trzecim pięknym golem. Nawet ludzie z Camelota nie chcą z nami grać, bo dostają po tyłkach. Dla amatorów rekreacji mamy również saunę. I staw. Z rybami. I ognisko. I drewut-
- Wystarczy, spokojnie. Czy nie czujesz się wykorzystywany przez resztę członków ze względu na fakt posiadania prawa jazdy?
- Czasem, ale za zwyczaj coś na wachę rzucają ( tu duży plus dla Ewy)
- Czy to prawda, że niejednokrotnie wchodziłeś w konflikt z prawem i tylko liczni fani w szeregach Policji ratowali Cię przed dotkliwymi dla budżetu i imidżu zespołu konsekwencjami?
-Do wszystkiego dotrzesz, co? Tak, taka sytuacja miała miejsce, RAZ!
-Czy to prawda, że po całym zajściu Nieznany Funkcjonariusz poprosił Cię o autograf na brzuchu?
- Nie...niżej.
-Hm. To się wytnie. Opowiedz nam w takim razie o swoich autorytetach w dziedzinie wokalu, czy szeroko pojętej muzyki.
-Z rodzimych wykonawców, zawsze intrygował mnie Maciej Maleńczuk, chodzi mi o barwę głosu, kij z jego twórczością, oraz Piotr Pachulski . Oprócz tego, w dziedzinie czystego, spokojnego wokalu, może ze względu na sentyment, a może przez jego zdolność do przekazywania emocji i tekstu w czołówce moich ulubionych wokalistów plasuje się Mariusz Duda. Z podobnych względów wyróżniłbym też Maynarda Jamesa Keenana (*przerwa na telefon od Mirka*). Za opanowaną technikę falsetu cenię Declana De Barrę (Clann Zu). Ostatnio zacząłem eksperymentować ze screamo. Poszedłem po najmniejszej linii oporu i ćwiczę na kawałkach Asking Alexandria, gdzie śpiewa Danny Worsnop. Zawsze lubiłem też męski wokal Eluveitie (Chrigel Glanzmann). Jednak oni wszyscy to pachołkowie pana na szczycie mojej piramidy, Patryka Zwolińskiego (Blindead).
- Dużo tego, ale jesteś znany z monstrualnego profilu na last.fm.
-No (uhuhahu)
-Rozmownyś. Powiedz mi w takim razie, czy jest coś, co szczególnie Cię wpienia, irytuje, sprawia, że chciałbyś być złym człowiekiem?
-Jest od cholery takich rzeczy. Dziwię się ludziom, którzy nie mają pasji, zainteresowań i narzekają na nudę i monotonię w swoim życiu, pytają dlaczego ich marzenia się nie spełniają. Ja, żeby zostać wokalistą musiałem zapieprzać na plantacji bawełny, a i tak mi dużo brakuje. Wiesz, dużo rozmawiam z ludźmi i irytuje mnie, kiedy staram się pomóc i słucham o ich problemach, przez kilka dni chodzą szczęśliwi, dziękują mi, a za tydzień robią i mówią mi to samo. To temat rzeka, a ja zaraz mam angielski. Więc sprężaj się.
-Dobra, ostatnia kwestia. Czy chcesz coś komuś powiedzieć, kogoś pozdrowić (Jana Jakubowskiego), kogoś opieprzyć? Jedna taka szansa na sto, mój blog jest czytany przez tysiące osób.
-Po pierwsze - nie śmiej się z Janka. Przekazać? Nie jestem dla nikogo autorytetem i raczej nie wywrze to na nikim większej reakcji, ale jak tak ładnie prosisz. Rozwijajcie do kurwy nędzy swoją bibliotekę muzyczną, nie siedzcie w jednym gatunku muzycznym i błagam, wszystko tylko nie oldschoolowy thras. Po to jest multum zespołów żeby je sprawdzać. O, na koniec powiem jeszcze co mnie martwi. Jak to powiedział mój znajomy 'boję się, że nie przesłucham całej MUZYKI świata". Róbcie kupę co rano i nie palcie przed jedzeniem.

_________________________________________________________________________________

W sali konferencyjnej KGP w Warszawie zapadła cisza. A w chwilę później rozpętało się istne pandemonium. Danusia, Zosia, Kasia, Basia, Asia i parę innych kobiałek wdarło się do środka krzycząc "MÓJ CI ON", serwery fejsbuka padły z powodu przeciążenia postami w stylu "SAWCIO NA ZAWSZE W NASZYCH SERCACH, TUSK OPRAWCO, GDZIE JEST BARTEK?", komendant główny pobiegł do redakcji naczelnej Fucktu, adam aniszewski beknął po wypiciu maślanki w domu, a empik zaczął masowo wydawać papierową wersję wywiadu. Elektroniczna krążyła w internecie i zaliczyła pierwszy tysiąc pobrań w 5 minut od jej umieszczenia. Tymczasem....

w Żelkowie Bartek Sawicki siedział na ganku, patrzył na zachodzące słońce i podśpiewywał...
"To moooja kura! Jedenaście grząądeeek"

wtorek, 21 lutego 2012

Stay out of my dreams

Siedlce przemysłowe nie są najweselszą dzielnicą. Zwłaszcza w lutym. Nieważne, czy zmierzasz od przyjaciela, do najbliższej ci osoby w życiu, czy wracasz objuczony piwem wszelkiej maści (Lwówek Belg wysuwa się w prywatnym rankingu na czoło) do domu, czy zabłąkałeś się tam na spacerze. Jest niedziela, dochodzi piąta, stalowoszare niebo wydaje się być równie ciężkie, co pierwszy, łamiący organową stylistykę riff. Pada deszcz ze śniegiem i zmienia wszystko dookoła w mokre zwały zamarzniętego błota.

______________________________________________________________________________

Dlaczego człowiek z katarem czuje się bardziej wyobcowany? Już tłumaczę. Powszechnie znanym faktem jest to, iż ww. katar zaburza działanie zmysłu zwanego węchem. Technikalia (jeśli można użyć takiego terminu w stosunku do fizjologii człowieka) zostawiam przesympatycznym ludziom (nie będę się narażał), których życie wypełnia miłość (czasem miłość okrutna, bo z obowiązku) do biologii. Ja zaś wrócę do meritum sprawy (i ograniczę ilość niewiele wnoszących nawiasów) i wyłożę Wam, drodzy, niewiemczyliczniboniesprawdzamilościodwiedzin, Czytelnicy korelację między stosunkiem do społeczeństwa, a wrażeniami olfaktorycznymi. Widzimy, chcąc nie chcąc, znaczną część spotykanych codziennie ludzi. Słyszymy ich chwilami w sposób nieunikniony (choć przypominam - słuchawki, świetne remedium), ocieramy się o nich (wspaniałe, komfortowe, hołdujące wyobcowaniu schody w prusie), ale czujemy - niewielu. Nie wiem, jak to jest zakodowane w waszych głowach, ale dla mnie zapach jest najintymniejszą cechą człowieka. Pomijając pewne wyjątki (tak, wiem, bezdomni nie pachną najładniej, ale udawane powstrzymywanie wymiotów, szanowna nieznajoma pani z autobusu, jest równie niesmaczne. Można podnieść tyłek i zmienić miejsce. TAK, NA STOJĄCE). Osoby, które jestem w stanie rozpoznać po zapachu (nie, perfumy się nie liczą), muszą być mi naprawdę bliskie, a ich zapach jest naprawdę subtelny i zapewne odmienny dla każdego odbiorcy. Katar, ta okrutna przypadłość, zabiera nam delikatną namiastkę przyjemności, jaką jest zapach i stawia nas w szeregu osób, którym brak miejsca na ziemi.

__________________________________________________________________

Możesz wściekać się z powodu tłumu, nie cierpieć go ze względu na miliard mniej lub bardziej banalnych powodów, ale w dzień taki jak ten, gorączkowo szukasz chociaż jednej idącej w Twoją stronę postaci, jednej jeszcze świecącej się wystawy. Niedziela, dzień boży, a jest tak bezbożnie pusto, że ta paraliżująca myśl pojawia się coraz częściej i coraz gwałtowniej próbuje przebić się ku tak zwanej świadomości. Czy to przypadkiem nie jest sen? Gdzie byłem pół godziny wcześniej? Gorączkowo zastanawiasz się, w którym miejscu coś spieprzyłeś, zgubiłeś się, połknąłeś nie to co trzeba?

_____________________________________________________________________

Zabawne, w karcie przeglądarki tuż obok toczy się przekomarzanie o gimnazjum, a ja dzień w dzień jestem zmuszony do zastanawiania się nad sensem istnienia TAKIEGO liceum. Nie obraźcie się, drogie dziewczęta, bo to nic oso... no dobra, to o was, nie ma co się bawić w grzeczności. W czym rzecz? Kiedy słyszę "jeszcze tego nie powtórzyłam", "tego nie ma w podręczniku", "ale ja nie jestem w grupie francuskiej!", oraz przesławne "ale my w klasie maturalnej nie mamy na to czasu!", to mam ochotę jak zwykle na złość wrzeszczeć, że tak, ja chcę, ja przyjdę, ja mam czas pani profesor i napiszę ten francuski, nawet na pałę. Nie żebym był specjalnie nadgorliwy (zapytajcie ludzi, którzy widzieli jak dłubię w nosie i gapię się w sufit w czasie strasznietrudnejigroźnejklasówki, na którą ludzie kuli. Po protu mierzi mnie to, jak środek (matura) przesłonił wam cel (nauczenie się czegokolwiek). Rozumiem, że po próbnej padł blady strach i ksionżki jednak czytać trza, ale na litość boską, to, że czegoś nie zdajecie a) nie zwalnia z myślenia, b) nie czyni przedmiotu bezwartościowym (geeee, jak moralizatorsko). Wolę mieć średnią poniżej magicznych czterech, a cokolwiek rozumieć.


_____________________________________________________________________________

Mijane dźwigi, których przeznaczenia nie sposób odgadnąć, hałdy węgla przykryte workami, klitka z napisem skup, w której chyba tylko Charles Manson mógłby pracować bez uszczerbku na psychice. Pejzaż strasznie kontrastujący z tym, co dzieje się w twojej głowie. Wspomnienia wracają falami, przynoszą ze sobą dźwięki, twarze, zapachy, komponują się z rozedrganym stanem żołądka i wyższym niż tradycyjnie za wysokie ciśnieniem. Długie, przemoknięte sznurówki i długie, ciężkie buty. Długie włosy, długie nogi, długa droga do domu.


_______________________________________________________________________________

Tu powinno być coś cażualowego (łojezu to będzie na maturze?), żeby całość dało się czytać, ale nie bardzo wiem co, więc opowiem wam o wspaniałej grze towarzyskiej... Panie i Panowie, przed Wami - NIESKOŃCZONOŚĆ PYTAŃ. Gra polega na tym, iż jeden gracz wymyśla dowolny, używany w języku polskim rzeczownik, a pozostali gracze starają się go odgadnąć poprzez zadawanie pytań, na które odpowiedź może brzmieć "tak", lub "nie". Jak w Biblii. Ta jakże rozwijający rozrywka pomoże wysilić szare komórki i wypełni czas w dowolnych okolicznościach pozwalając równocześnie zdenerwować otoczenie! "-czy to większe od emememsa?
-tak!
-od czajnika?
-tak!
-od człowieka?
-nie!
-czy to "O obrotach sfer niebieskich"?
-Tak!"


_______________________________________________________________________________

Im ciemniej, tym spokojniej. Pojawiają się samochody, uspokaja się oddech, a im ciszej gra muzyka, tym bliżej powrotu do zdrowych zmysłów jesteś. W pustym mieszkaniu smak grzanego wina doprawiony rdzawym posmakiem. Niedomyty kubek, czy krew w ustach?

wtorek, 14 lutego 2012

I've got Your phone number written in the back of my bible

Było mi tak błogo, chciałem tkwić pogrążony w lenistwie do końca lutego, ale nie ma tak dobrze. Jak zwykle zostałem przez pewne środowiska bezpośrednio zbesztany za nieróbstwo, a przez inne uprzejmie zapytany, skąd ta pustka. Toteż pustkę wypełniam, piszę, tworzę, bredzę.
Cóż można robić w spowitym słonecznym, lub pochmurnym mrozem mieście pełnym krzywych ludzi, jeśli nie wydawać posiadane pieniądze? "Piotr Wielki i reszta" wreszcie przede mną leżą, a jedyne co nie pasuje mi w książeczce (182 strony) Jeleniewskiego, to wszechobecna (niczym ten cholerny mróz) jednoznaczność i objętość. Cholernie zawodząca. To, że pan Tomasz uważa "Who will save the sane?" za rozwlekłe, a "Haunted" za nudne, nie czyni z tych opinii faktów. Chciałem mieć biblię, dostałem katalog. Ale czegóż oczekiwać za 21 złotych.
Co innego te stocoś. Za stocoś dostaję odrobinę spójniejszego singla, który i tak potrafi rozbawić rozwiązaniami, które może i za pierwszym razem były innowacyjne, ale w części trzeciej jakoś ciut mniej bawią. No i multi niezmiennie, a może na zmianę frustrujące i satysfakcjonujące. Miłym ukłonem jest oddzielny skrót do serwerów dedykowanych. A mowa o MW3 (dopiero kończąc, doszedłem do wniosku, że w żadnym miejscu nie wspomniałem o sednie sprawy, czyli o tytule).
Za kolejną stówę (z dodatkami) można dostać jakieśtam zdjęcia ze sztudniówki, za makijażami, kreacjami, uśmiechami (nieporadnymi, albo szczerymi), ładną Pauliną i Julką, moim krzywym ryjem, smutnym Talarem i o. Czemu nie, warto mjeć.
Za trzy dychy można nakupić sobie maślanek, czipsów, czekolad, jeść to przez tydzień, a w piątek rzygać jak kot i chorować przez resztę weekendu, pod troskliwym okiem swojej niezrównanej dziewczyny.
Za piątaka można mieć (kiepskiego dla mnie) portera i krótką posiadówę z Arturem, vel (TAJEMNICA KORESPONDENCJI), aka "Jestem synem bezrobotnych lekarzy".
Za darmo można dostać buziaka. I to chyba najbardziej satysfakcjonujące z tego wszystkiego.
Chciałem tu poschizować, napisać coś o korelacji między arturową elektroniką, doomem, a wszystkim co mam na ipodzie, ale atmosfera informatyki temu nie sprzyja. Więc skończę wymęczoną na siłę notkę. Dobranoc.

wtorek, 24 stycznia 2012

Poker Night in Inventory

Tydzień i dwa dni. Tyle czasu zajmuje świętowanie osiemnastych urodzin. Począwszy od studniówki, skończywszy na dzisiejszym prezencie - piżamie. Nie nosiłem takich długich i workowatych portek od dziesięciu lat, jeśli nie dłużej. Czuję się w nich młodo. Ach, stare dobre czasy sprzed tygodnia, kiedy byłem jeszcze naiwny i nieskażony złem tego świata... A na serio - nie zmieniło się nic. I nic nie zmieni się jeśli T.A.T.A i D.U.P.A zamkną internety. Może częściej będę wychodził na spacery, więcej czasu poświęcę na przygotowywanie sobie pełnowartościowych posiłków, wyjdzie mi to na zdrowie. Korzystam z dałnloadingu, fejsów i jutubów, bo są. Nie będzie, nie będę korzystał. Więcej o tej jakże gorącej ostatnimi czasy sprawie nie będzie, bo to "odgrzewane kotlety" (lubię takie, nie powiem).
Jak wyszły sobotnie hulanki i swawole? Wyszły. Ucieszył mnie Zew Prypeci (17 maja, dwa dni po ostatniej maturze ruszam na Ukrainę!), nalewka, ileśtam flaszek, koneserskie piwa i to, że szanowni goście moczymordy dopisali. Żaden sąsiad się nie skarżył, zgadłem "O obrotach sfer niebieskich", tak samo jak knot od zapalniczki, róg nosorożca i Związek Szlachty Polskiej (kto nie grał w nieskończoność pytań, ten nie zrozumie), dostałem po tyłku i ogólnie rzecz biorąc podobało się mnie.
Tak jak zawsze podoba się mnie w Wólce Leśnej. Bezkresne lasy, izolacja i fajowa chatka hobbitów (nie wmawiajcie mi, że to spiżarnia) od pierwszej wizyty stanowiły obiekt zazdrości. A zazdrość bywa destrukcyjna. Dlatego zepsułem Julce jutuba (hakier ze mnie nie z tej ziemi). Naprawię, jak mi odda całą Wólkę we władanie, czekam do piątku.
Dostałem od Pyzy ipoda. I mi głupio. Czułem się bezpiecznie z jakimś starociem 512mb. A teraz boję się wziąć toto do ręki i rozpływam się z głupim uśmiechem na ryju patrząc na grawerkę z tyłu. Nie zasłużyłem. Ale satysfakcja z używania jest ogromna.
Podobnie jak możliwość łapania łyków weny w trakcie tworzenia kolejnej notki. Grand Imperial Porter - odrobinę mniejsze, ciemniejsze i mocniejsze TAK, dla Artura.
Czasem wydaje mi się, że gdybym miał święty spokój przez tydzień, parę paczek coltów sroltów, szybkie jedzenie pod ręką i mnóstwo porterów, to bym napisał tę pieprzoną książkę. Ale nie. Ferie się kończą. Piwo się kończy. Matura się zbliża. Tak można by podsumować ten okres. Nikt nie zamawiał pozdrowień, więc nikogo nie pozdrawiam. A nie, pozdrawiam siebie, bo walczę z jęczmieniem na prawym oku i mi się przyda. Byle do wiosny.

czwartek, 19 stycznia 2012

The dream is dead

19 stycznia. Do końca roku pozostało 346 dni. W 1947 roku tego dnia komuniści przeprowadzili sfałszowane wybory do Sejmu Ustawodawczego, w 973 Benedykt VI został papieżem, w 1793 Ludwik XVI został skazany na śmierć, również w 1947 urodzili się Leszek Balcerowicz i Rod Evans, w 1983 Justyna Kowalczyk, w 1809 niejaki Edgar Allan Poe. W 94' po cesarskim cięciu przychodzi na świat niepocieszony adam aniszewski. I tu powinna skończyć się ta notka, ale niby osiemnaście lat kończy się raz w życiu (tak samo jak dziesięć, a nie pisałem wtedy bloga, taka rekompensata) więc coś w ramach podsumowania by się przydało.
To takie smutne, że najlepsze pomysły na pisanie mam we łbie późno w nocy, kiedy wracam z bartkowych przejażdżek cytroenem. I że uciekają zaraz po przytuleniu łba do poduszki.
Tak czy inaczej. Udało się przeżyć te ileśtam lat, zgubić cztery empetrójki, zużyć dziesiątki par słuchawek, duuuużo się pośmiać, zwiedzić sporo kraju, ciut świata, zdać 11 razy, pogapić się w niebo, pochować kota, przygarnąć drugiego, zaliczyć studniówkę (recenzja studniówki - studniówka była. koniec.), przesłuchać setki dziesiątek piosenek, kilka razy się na kimś/czymś przejechać, kilka razy kogoś zawieść, stracić pięć telefonów, korzystać z okazji, przegapiać je, bywać na koncertach i nie bywać, zmieniać poglądy, odnawiać znajomości, spacerować, pływać, pluć, zakochać się. Pytanie brzmi - ile jeszcze i co mię czeka? A na to pytanie odpowiedzieć się nie da, przez co notka staje się odrobinę bezcelowa. Mimo wszystko jakoś tę okazję trzeba było podkreślić, zwłaszcza zważywszy, iż zostałem sam spośród czwórki bloggerów. Ale, ale. My tu gadu, gadu, Paulina już szykuje się z prezentem (dlaczego taki drogi? wiem, ja to cholera wiem, że będzie dziesięć razy droższy niż być powinien), a ja muszę jeszcze powiedzieć, że chcę dostać dowód, przejść się po cmentarzu i w ogóle, więc koniec końców - życzę sobie, żeby w ogólnym rozrachunku następne osiemnaście lat było podobne do tych. Bo źle nie było. Dziękuję, miłego dnia.

PS. Drugi Sherlock Holmes podobał mi się równie mocno co pierwszy. Zima w ferie też mi pasuje.

środa, 28 grudnia 2011

To crucify my dreams with passion

Gdybym zaczął tę notkę stwierdzeniem, iż święta, święta i tak dalej, mielibyście święte prawo wdeptać mnie w chodnik przy pierwszej lepszej okazji. Zacząłem inaczej, więc póki co możecie zrobić to bezprawnie. Tak, jak już większość z nas odkrywczo zauważyła, święta dobiegły końca, a ja z tej okazji mam do sprzedania Batllefielda 3, którego nikt nie kupi i zostanie mi grzebanie się w Allegro. A ja nie mam na to czasu! Jestem zajęty.
Są różne sposoby spędzania przerwy świątecznej. Ja wstaję w okolicach 10, kiedy dom jest już pusty, puściutki (nie licząc mojego upośledzonego kota), drapię się po głowie, gapię w monitor do tej 16-17, wychodzę kiedy jest już ciemno i zazwyczaj nie mijając nikogo (bo wszyscy lecą o tej porze w przeciwną stronę) docieram do nadzwyczaj bliskiej memu sercu ulicy Czeciego Maja. A czas w roku jest taki, że naprawdę nie mam ochoty zastanawiać się nad istotą wszechświata, wszelkimi zawiłościami egzystencji i tym niepodobne. Do pełni szczęścia wystarczy mi Pyza. Polędwiczki (nawet wczorajsze!) też znacząco poprawiają mi humor. Chyba powinienem wziąć na nie przepis. A propo Pauliny - wyszło, że moja najlepsza połówka lubi GTA! Gdzieś Ty była przez całe moje dotychzeszłoroczne życie?
A kiedy wracam, w okolicach 21, znów nie spotykam nikogo, bo wszyscy siedzą w domach i dojadają. Poza tym, aura nie sprzyja spacerowaniu, w tym roku zima dostała w ryj od jesieni. Wróciwszy do domu, zastaję domowników śpiących, bo jutro praca i w ten sposób trwam sobie z ciastem (trzeciej świeżości) i internetem do okolic pierwszej w nocy. Przez taki tryb trwania, wszystko dookoła staje się dosyć nierealne. Ale, za półtorej godziny przyjdzie chinek, odtworzę do kogoś gębę i zostanę uratowany od obłędu. Miejmy nadzieję.
Oprócz tego typu dziwnych wniosków, skonstantowałem, iż niepotrzebnie zakładałem fejsbuka. Dlaczego? Otóż, gdybym go nie założył, nie przeczytałbym pewnego posta Moniki "RÓBCIE TEGO &^!@#$%& KRZYŻAKA" Fluks, nie obejrzałbym Sweeney'ego (tak powinienem był to napisać?) Todda i nie patrzyłbym tak podejrzliwie na krokiety, po tym jak w jednym coś mi chrupnęło. Argh.
Oprócz tego ucieszyłem się, że Skyrim nie cierpi na syndrom drugiego Wiedźmina i nie kończy się w połowie. A skoro tak nie jest, to coś mnie wzywa. FUS RO DAH! (czyż to nie epickie? NORDOWIE JEDZĄ NA STOJĄCO!)
Tak więc, czas nadszedł, zrywam się od laptopa, odpalam komputer, wiem, że czasu jest mało, Artur mnie goni, biegnę wśród niskich traw, a ten bydlak zatacza koła tuż nade mną. JOOR ZAH FRUL, spada, podnoszę swój ebonitowy nadzwyczajny wielki miecz i...

wróć. Masz dziewczynę, nie musisz tak żyć. Przecieram zmęczone oczy, padam na łóżko, nawet nie wiem, która jest godzina, chociaż chętnie bym sprawdził, bo mam nowy, fajny telefon, który się tak fajnie odblokowuje, że zużywam na to połowę baterii. No i kończę tę dziwną notkę, ze świadomością, że kończy się ostatni taki rok. Odtąd już nic nie będzie takie samo, dlatego nie spieszy mi się do imienin Sylwestra i na 2012 patrzę raczej z niechęcią. "I tak grudzień za grudniem. Zgniłem."

sobota, 17 grudnia 2011

Lamplight

Idą święta. Taki dziwny czas, kiedy większość ludzi niezależnie od głoszonych poglądów i stopnia zezwierzęcenia rzuca się w trans wydawania czegoś, czego nigdy nie ma, by potem poczuć coś określanego mianem "magii świąt". Czymże jest ta magia? W tym roku laptopem z fifą. Nie masz laptopa, nie czujesz magii, proste. Jeśli jednak spojrzymy na ten okres nie pod kątem konsumpcji, a uczuć wyższych, to wychodzi, że ta wyjątkowa atmosfera jest wypadkową zimowej aury, nastawienia otoczenia, tradycji i nierzadko ciągle jeszcze  przekonań religijnych. Jeśli z kolei odwrócimy wzrok od tego, co ogół określa jako swoje skojarzenia ze świętami i spojrzymy przez okno, to zobaczymy... no właśnie, co? Ludzi radośnie uśmiechających się do siebie w zatłoczonych autobusach ("rusz dupsko szczylu, wysiadam", "won stąd kanary, niech cię spotkam na mieście"), zakochane pary ("czego stoisz jak debil, zielone jest, chodź") spacerujące powoli wśród białego puchu (kap, kap, kap, człap, człap, człap). No i choinki tonące w błocie, płaczące bachory, wrzeszczące matki i wrzeszczące nagłówki w gazetach. Dobry prezent na tegoroczne święta - słuchawki, żeby Wasi bliscy mogli się od izolować od otoczenia i nie popaść w depresję.
Przepraszam na moment...
BUSHU, CZY MÓGŁBYŚ NIE DŁUBAĆ W NOSIE NA MOIM BLOGU?
Już.
A co z przygotowaniami do świąt? Jak żyć, panie prezydencie?
Myślę, że każdy powinien przygotować sobie swój własny poradnik.
1. Polonez i studniówka są ważniejsze niż jakieś tam święta, pamiętaj.
2. Układ jest dobry, bo układał go Słuszny Układ, to wy nie ogarniacie.
3. Co z tego, że idziesz na studniówkę z kimś z Krakowa? (albo jeszcze dalej, z jakichś tam Łosic) Ma tu być na dwie godziny w środę i półtorej w piątek.
4. Jeśli chcesz, żeby dziewczyna poszła z tobą na studniówkę, to intensywnie powiadamiaj ją o tym za pomocą telepatii, na pewno poczuje co trzeba.
5. Żeby poczuć Magię Świąt, zażycz sobie w ramach prezentu hajsy. Dzięki temu będziesz mógł oddać długi, które pozaciągałeś, żeby mieć na prezenty.
Można by tak jeszcze długo, ale... MONIKA ODDAJ MI TEN TELEFON, TERAZ CZYTAMY BLOGA.
ale ten grudzień jest już i tak wystarczająco dziwny bez tej notki.
Chciałem jedynie nadmienić, że strasznie się stresuję jak jajecznica, którą jedzą rodzice Pauliny jest niedobra, a to ja ją robiłem.
A oprócz tego zaznaczam, że lubię kremówki, zwłaszcza, jak nie muszę za nie płacić, bo to prezent <3
Ważne, żebyście wiedzieli, że Lumen to mój kolega i ja go lubię. Jak będzie wam proponował bycie kolegami, to chcijcie, bo dobry z  niego kolega i da się lubić, tylko czasem wymaga, żeby o nim pisać na blogu.
Wesoł... a nie, to za tydzień. Wesołego SKYRIMA! FUS-RO-DAH!