środa, 28 grudnia 2011

To crucify my dreams with passion

Gdybym zaczął tę notkę stwierdzeniem, iż święta, święta i tak dalej, mielibyście święte prawo wdeptać mnie w chodnik przy pierwszej lepszej okazji. Zacząłem inaczej, więc póki co możecie zrobić to bezprawnie. Tak, jak już większość z nas odkrywczo zauważyła, święta dobiegły końca, a ja z tej okazji mam do sprzedania Batllefielda 3, którego nikt nie kupi i zostanie mi grzebanie się w Allegro. A ja nie mam na to czasu! Jestem zajęty.
Są różne sposoby spędzania przerwy świątecznej. Ja wstaję w okolicach 10, kiedy dom jest już pusty, puściutki (nie licząc mojego upośledzonego kota), drapię się po głowie, gapię w monitor do tej 16-17, wychodzę kiedy jest już ciemno i zazwyczaj nie mijając nikogo (bo wszyscy lecą o tej porze w przeciwną stronę) docieram do nadzwyczaj bliskiej memu sercu ulicy Czeciego Maja. A czas w roku jest taki, że naprawdę nie mam ochoty zastanawiać się nad istotą wszechświata, wszelkimi zawiłościami egzystencji i tym niepodobne. Do pełni szczęścia wystarczy mi Pyza. Polędwiczki (nawet wczorajsze!) też znacząco poprawiają mi humor. Chyba powinienem wziąć na nie przepis. A propo Pauliny - wyszło, że moja najlepsza połówka lubi GTA! Gdzieś Ty była przez całe moje dotychzeszłoroczne życie?
A kiedy wracam, w okolicach 21, znów nie spotykam nikogo, bo wszyscy siedzą w domach i dojadają. Poza tym, aura nie sprzyja spacerowaniu, w tym roku zima dostała w ryj od jesieni. Wróciwszy do domu, zastaję domowników śpiących, bo jutro praca i w ten sposób trwam sobie z ciastem (trzeciej świeżości) i internetem do okolic pierwszej w nocy. Przez taki tryb trwania, wszystko dookoła staje się dosyć nierealne. Ale, za półtorej godziny przyjdzie chinek, odtworzę do kogoś gębę i zostanę uratowany od obłędu. Miejmy nadzieję.
Oprócz tego typu dziwnych wniosków, skonstantowałem, iż niepotrzebnie zakładałem fejsbuka. Dlaczego? Otóż, gdybym go nie założył, nie przeczytałbym pewnego posta Moniki "RÓBCIE TEGO &^!@#$%& KRZYŻAKA" Fluks, nie obejrzałbym Sweeney'ego (tak powinienem był to napisać?) Todda i nie patrzyłbym tak podejrzliwie na krokiety, po tym jak w jednym coś mi chrupnęło. Argh.
Oprócz tego ucieszyłem się, że Skyrim nie cierpi na syndrom drugiego Wiedźmina i nie kończy się w połowie. A skoro tak nie jest, to coś mnie wzywa. FUS RO DAH! (czyż to nie epickie? NORDOWIE JEDZĄ NA STOJĄCO!)
Tak więc, czas nadszedł, zrywam się od laptopa, odpalam komputer, wiem, że czasu jest mało, Artur mnie goni, biegnę wśród niskich traw, a ten bydlak zatacza koła tuż nade mną. JOOR ZAH FRUL, spada, podnoszę swój ebonitowy nadzwyczajny wielki miecz i...

wróć. Masz dziewczynę, nie musisz tak żyć. Przecieram zmęczone oczy, padam na łóżko, nawet nie wiem, która jest godzina, chociaż chętnie bym sprawdził, bo mam nowy, fajny telefon, który się tak fajnie odblokowuje, że zużywam na to połowę baterii. No i kończę tę dziwną notkę, ze świadomością, że kończy się ostatni taki rok. Odtąd już nic nie będzie takie samo, dlatego nie spieszy mi się do imienin Sylwestra i na 2012 patrzę raczej z niechęcią. "I tak grudzień za grudniem. Zgniłem."

sobota, 17 grudnia 2011

Lamplight

Idą święta. Taki dziwny czas, kiedy większość ludzi niezależnie od głoszonych poglądów i stopnia zezwierzęcenia rzuca się w trans wydawania czegoś, czego nigdy nie ma, by potem poczuć coś określanego mianem "magii świąt". Czymże jest ta magia? W tym roku laptopem z fifą. Nie masz laptopa, nie czujesz magii, proste. Jeśli jednak spojrzymy na ten okres nie pod kątem konsumpcji, a uczuć wyższych, to wychodzi, że ta wyjątkowa atmosfera jest wypadkową zimowej aury, nastawienia otoczenia, tradycji i nierzadko ciągle jeszcze  przekonań religijnych. Jeśli z kolei odwrócimy wzrok od tego, co ogół określa jako swoje skojarzenia ze świętami i spojrzymy przez okno, to zobaczymy... no właśnie, co? Ludzi radośnie uśmiechających się do siebie w zatłoczonych autobusach ("rusz dupsko szczylu, wysiadam", "won stąd kanary, niech cię spotkam na mieście"), zakochane pary ("czego stoisz jak debil, zielone jest, chodź") spacerujące powoli wśród białego puchu (kap, kap, kap, człap, człap, człap). No i choinki tonące w błocie, płaczące bachory, wrzeszczące matki i wrzeszczące nagłówki w gazetach. Dobry prezent na tegoroczne święta - słuchawki, żeby Wasi bliscy mogli się od izolować od otoczenia i nie popaść w depresję.
Przepraszam na moment...
BUSHU, CZY MÓGŁBYŚ NIE DŁUBAĆ W NOSIE NA MOIM BLOGU?
Już.
A co z przygotowaniami do świąt? Jak żyć, panie prezydencie?
Myślę, że każdy powinien przygotować sobie swój własny poradnik.
1. Polonez i studniówka są ważniejsze niż jakieś tam święta, pamiętaj.
2. Układ jest dobry, bo układał go Słuszny Układ, to wy nie ogarniacie.
3. Co z tego, że idziesz na studniówkę z kimś z Krakowa? (albo jeszcze dalej, z jakichś tam Łosic) Ma tu być na dwie godziny w środę i półtorej w piątek.
4. Jeśli chcesz, żeby dziewczyna poszła z tobą na studniówkę, to intensywnie powiadamiaj ją o tym za pomocą telepatii, na pewno poczuje co trzeba.
5. Żeby poczuć Magię Świąt, zażycz sobie w ramach prezentu hajsy. Dzięki temu będziesz mógł oddać długi, które pozaciągałeś, żeby mieć na prezenty.
Można by tak jeszcze długo, ale... MONIKA ODDAJ MI TEN TELEFON, TERAZ CZYTAMY BLOGA.
ale ten grudzień jest już i tak wystarczająco dziwny bez tej notki.
Chciałem jedynie nadmienić, że strasznie się stresuję jak jajecznica, którą jedzą rodzice Pauliny jest niedobra, a to ja ją robiłem.
A oprócz tego zaznaczam, że lubię kremówki, zwłaszcza, jak nie muszę za nie płacić, bo to prezent <3
Ważne, żebyście wiedzieli, że Lumen to mój kolega i ja go lubię. Jak będzie wam proponował bycie kolegami, to chcijcie, bo dobry z  niego kolega i da się lubić, tylko czasem wymaga, żeby o nim pisać na blogu.
Wesoł... a nie, to za tydzień. Wesołego SKYRIMA! FUS-RO-DAH!

czwartek, 8 grudnia 2011

Who will save the sane?

Cumback! (czy to w wolnym tłumaczeniu nie będzie wytrysk wsteczny?)
Wlazłem, zmusiłem się i piszę, nie wiedząc czy będę w stanie dokończyć. Czemu przez miesiąc była cisza? Żebym ja to wiedział... Przyjmijmy, że chciałem sprawdzić wierność swoich fanów, zobaczyć, kto będzie się upominał i motywował, a kto przejdzie nad tą ciszą do porządku dziennego.

Co nowego? Hm. Niby dużo, a w sumie nic. Były jakieś matury, trudne, czy tam próbne, nie wiem. Wszyscy dostawali orgazmu i machali dowodami, bo przecież to ważne. Ale mieliście to u siebie. A jak jeszcze nie mieliście, to po co mielibyście o tym czytać? Pach, temat odpada. Sześćdziesiąt gigabajtów muzyki od Bartka. Za dużo, żeby przesłuchać dokładnie w miesiąc, a co dopiero opowiedzieć w jednej notce? Pach, następny. Ale, ale...
czy zdarzyło się komuś pozować? Bo mi trzy dni temu i owszem. Robiłem już w życiu dziwne rzeczy, jeździłem w bagażniku do sklepu, tabaczyłem na łódce pod molo, kąpałem się na waleta z niemieckimi turystami, ale te poniedziałkowe zajęcia z rysunku załapuję się na pierwszą dziesiątkę dziwności. Zimno, drętwiejące paluchy, stół wrzynający się w tyłek i skupiony wzrok czterech dziewczyn. Przez trzy godziny. A pół godziny po wszystkim wydawało mi się to tak nierealne i odległe, jakby we śnie. Tak to jest jak się w klasie maturalnej ma za dużo czasu.
Klasa maturalna... coś mi się kojarzy. Jakaś impreza..? A tak. Ta, jak jej tam... Studniówka! (w wolnej interpretacji - impreza w studni). Polonez, czołówka, jakieś żarcie, sukienki i cała reszta tego śmiecia przyprawiającego o histerię 26/29 klasy. Gdyby nie Paulina, niejakie przywiązanie do symboli i zapłacone piniondze, to bym tam z przyjemnością nie poszedł. Ale cóż... Póki co trzeba zacisnąć zęby i słuchać tego całego pierdzielenia. Jakby nie było ważniejszych rzeczy. A może to już tak parszywe czasy, że nic ważniejszego nie ma? Studniówkowa histeria, maturalna histeria, rekrutacyjna histeria, studencka histeria, a wszystko w pogoni za pieniondzami. To ja postoję, a wy szykujcie się, jak najlepiej wypaść przy Kolejnej Ważnej Okazji. Tylko żeby jęzor za bardzo nie zwisał.
Dalej nietypowo, bo elektronicznie-rozrywkowo. Tak się fajnie złożyło, że gram w STALKERA. I jestem przytłoczony stworzonym tam obrazem. Na tyle pozytywnie przytłoczony, że wróciła mi chętka na przejażdżkę do Prypeci. Ktoś jeszcze ma ochotę pobiegać z licznikiem Geigera, odkażać się wódką "Kozak" i uznać, że zepsuta ludzkość powinna być kontrolowana? Nie? Trudno, to pojedziemy we dwóch.
Jak do tego wszystkiego dojdzie Skyrim (anagram od Radomyski), MW3, albo Batllefield 3, to matura może iść się schować. Razem ze
sławetnym kluczem. Też go nie lubicie? Bo ja wybitnie. Nie widzę powodu, dla którego wnioski randomowego urzędasa z CKE miałyby być bardziej trafne niż moje i w dodatku jedyne słuszne. Zwłaszcza, że TAK, CZYTAM LEKTURY I NIE SRAM PRZY TYM Z BÓLU.
Ech, coś strasznie sfrustrowana notka, nieprawdaż? Prawdaż. Gdzieś trzeba wylewać żółć.
No to miłego dnia, oby nikomu nie odpadła głowa.

wtorek, 8 listopada 2011

A Forest

Najdłuższa przerwa w pisaniu jak dotąd. Niedobsze, niedobsze. Jeszcze trochu i rzucę bloga na rzecz... No właśnie, czego?
Co wydarzyło się od ostatniej notki? (kiedy to w ogóle było?). Sporo i niewiele. Z rzeczy pierwszych -
minął rok. Długi rok. Piękny rok. Jakoś tak wyjszło, że 27 października roku pańskiego 2010, w popołudnie zalane ponurym jesiennym słońcem, nie wiedząc, czy słusznie robię, ruszyłem linią numer 3 z Unitów Podlaskich, wysiadłem przy Akademii Podlaskiej (bo wiecie wnuczki, kiedyś, to było AP, a nie jakiś elitarny Juniwersytet) i niespiesznie wlokąc się ulicą 3go maja znalazłem ulicę, znalazłem dom, znalazłem dziewcz... nie, wróć. Pozwoliłem, żeby dogonił mnie zmrok, westchnąłem głęboko (trema) i zacząłem czekać. Aż się doczekałem. I zostałem opętany, szaleję niezmiennie tak samo od tej pamiętnej środy. ci z Was, którzy to mają, wiedzą, o czym mówie, ci, którzy jeszcze tego nie złapali, wiedzą, czego im brakuje. Jak to jest być z kimś tak blisko, że ta osoba przesłania wszystko inne? Jak to jest spędzić z kimś tyle czasu, śmiejąc się, płacząc, spacerując, słuchając muzyki, gotując, ucząc się, robiąc wszystko to, co można robić razem i więcej? Świetnie. Świetnie jest kogoś kochać i być kochanym. Ale wy to wiecie. A ja dobrze tego nie opiszę. I nie będę tu dziękował, ani wyrażał obaw, czy nadziei, bo to kiepskie miejsce. I tak strasznie osobiście to napisałem, wyjątek potwierdzający regułę :)

Z rzeczy drugich - koncert. 0,5 zagrało. Nie wiem, jak ogólne wrażenia publiczności (choć najpewniej w większości pozytywne). Na mnie wrażenie zostało zrobione. Większe niż na próbie. Po standardowych zakupach, szlajaniu się tu i tam ("o, cześć Julka") i megaepickim wejściu ("dobry wieczór, ja powinienem być na liście gości, nieprawdaż?"), zaczęło się masowe witanie, piwo, wrzaski, gimnazjaliści w koncertowej gorączce, zapowiedź i wejście. Baaaardzo przyjemnie mi się słuchało, skakało, darło, tańcowało, popijało, gadało z mamą, rzucało koszulką, paliło, odprowadzało, dawało autografy (sic!), pakowało sprzęt, jeździło z nim po całych nocnych Siedlcach, rozpalało ognisko, siedziało przy nim do drugiej w nocy i wracało ciemnym, ciemnym lasem. Ale po tym wszystkim najprzyjemniej mi się jednak spało. Dzięęęęękuuuuuujeeemy Bartusiowi & Spółce (tylko dlaczego Mirek tak mało biegał po scenie?)

Nie wiem dlaczego tak się zawsze dzieje, ale coraz częściej imprezy następują bezpośrednio po sobie, co jest może i fajne, ale nadzwyczaj męczące. Dlatego też w sobotę wieczorem lazłem na pkp co najmniej nie w nastroju. Tym bardziej, że okazało się, iż impreza zaczyna się o 20. A była 18:15, dzięki Sołtysowi. Dwie godziny łażenia na zimnie. A później żarcie i picie w cieple, tańce wywijańce i... w sumie tyle. Ale było warto. Pierwsza taka impreza w klasie. Że zacytuję Katarzynę M. - "co my przez te dwa lata robiliśmy?" Drugie "dziękujemy" w zeszłotygodniowym plebiscycie wędruje do Natalki, za jej osiemnastkę.

Z kolei i w niedzielę i w poniedziałek, przyjemnie było przejść się na radziecki cmentarz. Nie dlatego, że jest radziecki (odłóż nóż Bushu), ale dlatego, że jest jesień, niedługo pełnia, jest muzyka (czy ja słucham The Cure? nie, niemożliwe. A nie. Możliwe. Mam Join the Dots), a ja mam ostatnio nader często dosyć Was (bez obrazy, nic osobistego) i Ich. Droga nieznana mi koleżanko z autobusu, rozumiem, że mam dziurawe buty i długie włosy, ale skoro już raz to zauważyłaś, to czy mogłabyś odwrócić wytapetowaną buzię i popatrzeć na coś ładniejszego? Na przykład na pomazane siedzenie przed Tobą. Szanowna Pani Urzędniczko - rozumiem, że nie powinienem jeździć tą samą linią co Pani, ale proszę mi wybaczyć, kupiłem miesięczny, to jeżdżę. I nie, nie rusza mnie Pani wzrok. Ruszają mnie Pani łokcie. I tak dalej i tym podobne. Wszyscy wszystko wiedzą. Wiedzą na pewno. Przecież nie są głupi. Każdy może być i jest głupi, kiedy cuś mu nie wyjdzie, ale nie Ja. Męczące są te czasy, kiedy słucha się drugiej osoby tylko po to, żeby wyczuć moment, w którym można przedstawić jej swoją Prawdę. A ja naprawdę nie kcę. Ja bym chciał sobie poleżeć z Pauliną. Tydzień, dwa. I wstawać tylko na zakupy w Stokrotce. Jak w lipcu. Ale nie. Mamy listopad. Huura.

A w sobotę osiemnastka Talara. Y LIEK VIOLENTZ. Cała notka pisana przy jednej, tytułowej piosence. Miłej jesieni.

wtorek, 25 października 2011

Injecting chaos into my veins

Bez wstępów i ogródek. Piątek, bo o nim warto napisać. Ot, z pozoru zwykły dzień, szkoła, autobus do domu i tak dalej i tym podobne... Otóż nie. Poczynając od samego powrotu, który odbywał się z Arturem. Chyba pierwszy raz stanowiliśmy ogólne centrum zainteresowania, mimo pałętających się wszędzie sześcio-siedmioletnich krasnali. Wszyscy zachwyceni, jakie to słodkie, a Artur, jak to Artur - "patrz jak się śmiesznie przewracają", plus śmiech psychopaty. Efekt murowany. W sensie, że ich zamurowało. W domu czasu starczyło mi akurat na dwa, trzy łyki wody i trzeba było gnać dalej. Do

Grabianowa. Każdy, kto udawał się do tej urokliwej miejscowości na piechotę, wie, że trzeba przejść się kawałek Sekułą. Tak się złożyło, że jesienne słońce dopisało i zrobiło się baaardzo leniwie i urokliwie. A tak nie powinno być. Nie tuż przed koncertem. Westchnąwszy nad swoim ciężkim losem (mandat od mpk spoczywa nadal w kieszeni) stanąłem przed bramą niejakiego pana Dyla, gdzie czekał już wyposażony jak na piknik Chinek. I chwilę ("kuźwa, godzinę wkładam te soczewki, już do was jadę") później, nasza czwórka uzupełniona Bartoszem, ruszyła w stronę stolycy. Krótki przystanek w najpopularniejszej restauracji wśród afroamerykanów ("DOBRY, SO JAKIEŚ MIENSA? PO ILE TO?"), urokliwe komentarze panie Kierowniczki ("weź się za tą fizykę cymbale, bo będziesz miał próby... ale rumuńskiego baletu" i sałndtrak godny celu naszej wyprawy.
Po półtorej godziny dotarliśmy przed Stodołę, wleźliśmy, przekonaliśmy ochroniarza, że brak dowodu to naprawdę żaden problem w dostaniu się do palarni (gdzie te czasy, kiedy cała stodoła była palarnią?), ukradliśmy po plakacie, wypiliśmy po rozwodnionym piwie za jedyne 9 złotych i dowiedzieliśmy się, że Morowe nie zagra. Bywa. Czas upływał powoli na szwendaniu się tu i tam, kiedy nagle usłyszałem coś znajomego. Bardzo znajomego. Blindead. W dwóch mgnieniach kaprawego oka znaleźliśmy się pod sceną i tam już zostaliśmy. Brawa dla akustyków. Jakość prawie studyjna. Do tego hipnotyzujące wizualizacje i naturalny urok kompozycji grupy z Gdyni. Zgodnie z Bartkiem stwierdziliśmy, że to jest to, a nasze karki nie śmiały oponować.
Odpuściliśmy sobie sympatyczny Djerv z którego najbardziej zapadała w pamięć charyzmatyczna wokalistka z przyjemną barwą głosu, która machała tyłkiem tuż przed oczami publiczności, a tej nic a nic to nie przeszkadzało. Występ zwieńczył brawurowy skok wyżej wspomnianej w tłum słuchaczy. Klap, klap, klap, dawajcie
atrakcję wieczoru. Wbrew naszym oczekiwaniom nikt spod sceny nawet się nie ruszył w przerwie technicznej, ale i tak wylądowaliśmy w trzecim, czwartym rzędzie. Strojenie nie dłuższe niż trzeba, rozstawianie dekoracji i reszty ustrojstwa, promo teledysku do Lucyfera (nadal uważam, że wszystkie ich teledyski są podobne i przegadane), skandowanie, śpiew kolęd, "gdzie jest krzyż?", sto lat i ruszają.
Całość widowiska, wszystko razem urywało głowę. Setlista porządna, konferansjerka między kawałkami nie aż tak przesadzona, efekty na wysokim poziomie, tak samo ochrona (biedaczki stały tuż przy fajerwerkach i było im chyba gorąco... w dodatku te studwudziesto kilogramowe kafary, które co i rusz znajdowały się w ich opiekuńczych ramionach). Razem z Bartkiem doczekaliśmy się 23 w bisach, później już tylko Lucyfer po raz drugi i można było wracać do domu. A raczej można by było, gdyby nie chinek, który wsiąknął gdzieś w tłumie i znalazł się po dwudziestu minutach, dzierżąc dwa zagubione plakaty, trzy kasety jeszcze blackowego Behemotha z 92' i... brokuły. Ja czasem nie rozumiem. Ale nie pytam. Bo tak w sumie, to dlaczego nie zjeść by brokuł (brokułów?) po koncercie? Wszakże to "celebracja wolności".
Wszystko oceniam na... plus. Bo sklala jest zerojedynkowa. Trochę gorzej było ze spaniem.
Metaliczny posmak krwi w ustach (bo język przygryziony), kark jawiący się jako najbardziej unerwione miejsce w ciele i Stefan... Cholerny kot, który musi, koniecznie, bezwzględnie musi wskakiwać mi na twarz przy takich okazjach. Używam całego swojego sprytu, doświadczeń z jedenastu lat mieszkania z Tygrysem, jestem zdeterminowany, ale cóż to znaczy przy kociej perfidii i siły młodości? Wszystkie starcia kończą się ostatecznym argumentem ZaKarkIWonDoŁazienki.
-dlaczego zawsze do łazienki? Co wspólnego ma łazienka z pokutą?
-nie rozmawiam z tobą. Jesteś kotem, już raz się publicznie ośmieszyłem, cytując nasz dyskurs.
-ale kto ci kazał? zwyczajnie brak ci pomysłów na prowadzenie tego twojego... bloga.
-nieprawda! wcale, że nie! won do łazienki! w łazience nie masz jak rozrabiać.
Uśmiech tego kociegosyna w tym momencie był całkiem przerażający... Nie trzeba było pić piwa..?

Zazwyczaj po takich wojażach człowiek chce się przespać w domu, odpocząć, uspokoić nerwy. I ja też chciałem. Naprawdę chciałem. Ale traf też chciał. Chciał, że mam pato... odbiegającą od normy rodzinę. Z tego to powodu zostałem w sobotę wieczorem wygoniony na osiemnastkę Dreya (ale mamo, mi się nie chce!). Wyszło w końcu, że było warto. Bo i towarzystwo zebrało się całkiem doborowe. Szymony (czyli sam Szymon, Sensej, Strzelba), muzykalna piątka z trzema zapowiedzianymi koncertami (naprawdę muszę Was znów wymieniać?), papież we własnej osobie wraz z osobami towarzyszącymi, solenizant z siostrą i koleżankami, Aleks i chyba tyle. Tony fajek w prezencie, kubek pełen wódki, którego nikt nie był w stanie zmęczyć ("talar, odpuść, wątrobę stracisz"), suchary, odprowadzanie Bartka, dłuuuuuuugi spacer z Szymonem, refleksje, sklep nocny, schody archiwum, śmichy chichy i tak dalej. Przyjemnie, ale niedzielę przespałem.
Po weekendzie tak przepełnionym wrażeniami, tym trudniej wrócić do prusa i całego tego bagna. Ale widocznie trzeba. Ech... W tym tygodniu nie lubię MPK, lubię za to oczekiwane odświeżenie plejlisty ("Julka, gdzie pendrak?").
Tymczasem bywajcie, krzewiciele codzienności. Riff na dziś.

środa, 19 października 2011

Left foot trapped in a sensual seduction

Tydzień minął od ostatnich wypocin. Niby dużo do opisania, a czasu mało. Więc nie zdziwicie się, jak znów notka rozlezie się na dwa dni... Jestem mistrzem systematyczności.

Co da się zrobić przez tydzień? Mnóstwo. Ale po co, kiedy można dzień w dzień widywać się z Pauliną? Łatwo to zbagatelizować, kiedy jest obok, ale ten uśmiech, kiedy dźwięk dzwonka ledwo zdąży przebrzmieć... Do dziś nie wiem, co ten uśmiech znaczy. Wiem, że go uwielbiam. I jestem całkiem zadowolony z faktu iż od Jej powrotu, miałem okazję widzieć go w piątek, sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek. A dziś jest środa. Nie dziękujcie, już niedługo dzięki mojemu blogowi kalendarze pójdą w odstawkę.

Zabawna rzecz - szkoła. W ciągu dwóch lat nie naumiałem się francuskiego ani trochę. I Talar też nie. Mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością. A z trzech dowolnych tematów wyrwaliśmy po tej trójce. O tym, jak pisałem klasówkę z historii nie powiem, bo zainteresowane osoby mogłyby mieć kłopotki. Ale chciałbym gorąco podziękować Paulinie i Julce... co? Wygadałem się?

Takie osiągi w szkole są tym dziwniejsze, że ostatnio kiepsko sypiam. To znaczy sypiam całkiem nieźle, ale często coś mi przeszkadza. Zazwyczaj wygląda to tak-
leżę wygodnie i zajmuję 120 % łóżka. Włosy zajmują jeszcze jakieś 10. Jest całkiem przyjemnie i już, już mam pogrążać się w słodkich odmętach snu, kiedy nad uchem brzęczy mi uprzejme chrząkanie. Tak chrząka ksiądz, który właśnie dostał od ciebie po twarzy balonem (pozdrawiam x. Sidoruka). Ale tym razem to nie on. To coś gorszego.
-Stefek? Co jest? O co znowu chodzi?
-Witaj, abnegacie. Widzisz, tak się zastanawiałem... i dochodzę do ciekawego wniosku, iż mam ochotę na spacer!
Tak, tak. Muszę po nocy dyskutować z własnym kotem. Nie wiem co jest gorsze. Absurdalność tej sytuacji, czy fakt iż daję się w coś takiego wciągnąć.
-Spacer? Jest za późno. Nikt z Tobą nie wyjdzie.
-Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
-Widzisz, mój nader głupi kocie. Życie jest pełne zależności. Ode mnie zależy, czy nie wylecisz za moment przez okno, od mojej rodzicielki, czy będziesz miał co jeść, od ojca, czy piekarnik jest na Ciebie za mały, czy w sam raz. Jeśli nie bierzesz tego wszystkiego pod uwagę, nie możesz żyć we współczesnym społeczeństwie. Więc wybieraj. Albo samotność, albo niewygoda wynikająca z niemożności pofolgowania egoistycznym chęciom.
Po chwili takich wywodów budzę się i mam już spory problem z zaśnięciem. Bo przecież muszę to zapamiętać i wykorzystać w kolejnej notce, nieprawdaż?

Ale jest sposób na senność. Pływanie. Znów basen. Znów mogę poczuć się dobrze, kiedy krew dudni w uszach, słychać tylko nieokreślony szum, a przed oczami przesuwają się kafelki, którymi wyłożone jest dno. I tak do przesady, aż zacznie robić się ciemno. Jeśli jest ciemno, to trzeba się wynurzyć. W tym roku mam zamiar dobić do dwóch pełnych długości. Albo zachłysnę się po drodze i będzie wieeeelki, wesoły pogrzeb. Co wy na to, maturalna regato?

Hm. Tłuszcza wymaga czegoś poruszającego. No to temat miesiąca! Przytyłem! Z wakacyjnych 79 kilogramów (chudzinko, dla ciebie nie matura, a badMINGton), do pysznych 87. Które po dwóch dniach spadły do 84. Nie bardzo rozumiem, ale chyba mnóstwo zależy od obiadów autorstwa Mamy Pauliny. Mniamuśnych obiadów, należy dodać. Dużych. No i dojadam po Pyzie. Tak, to wszystko tłumaczy.

Co dalej? Naumiałem się tańczyć walca. Całkiem przyjemnie i podobno nieźle mi szło! So fcukin' proud! Walec ma być na studniówce (skojarzenie ze studnią jest u mnie nieuniknione...). Ale nie wiem czy ktokolwiek dożyje do studniówki. Frustracja wynikająca z powtarzania klasy sięgnęła u Artura zenitu i postanowił wszystkich zabić. Dlatego nie planujcie za bardzo swojej przyszłości. Zresztą nawet jeśli nie wyjdzie (bo Artur na przykład zaśpi), to się nie cieszcie zbyt wcześnie. Jak kobiałki z mojej klasy dojdą do władzy, to wszystkich wykastrują albo pozabijają, bo są katoliczkami z silnie rozwiniętym zmysłem moralnym.
Ale nic to. Jeszcze tylko czwartek i jedziemy. 

Notka o niczym. Więc może jakiś wyjątkowo emocjonalny kawałek na koniec..? Dobrze. To naprawdę nie jest łatwe. Ofiaruję wam cząstkę siebie. Doceńcie. Nie oceniajcie. Nie próbujcie zrozumieć. No nie gadajcie! Uwierzyliście? Ale, ale. Nie można pozostawiać niedosytu. Może coś z odległej przeszłości? Piosenka niejakiego chinka, znanego w prograch jako dcm (chyba). Gdyby was to interesowało, to już wiecie czemu.

See You, Space Cowboy! (zawsze chciałem to napisać)

środa, 12 października 2011

Dlaczego pukasz do okien?

Czwarta nad ranem. Nie ma rzewnego "może sen przyjdzie". Jest paroksyzm bólu. Organizm zastanawia się, co jest do cholery, a świadomość wchodząc do akcji odpowiada. I wtedy zaczyna boleć znowu, ale inaczej. Tępo i długotrwale. Nie przestanie jeszcze jakiś czas.
Szybko, zastanawiająco szybko jestem gotowy i ruszam. Tak mamo, mam autobus, nie mamo, nie zmoknę. Jest jeszcze noc. Wilgotno, wieje, ale temperatura znośna. Za ciepło, żeby otrzeźwieć, za zimno, żeby odpłynąć. Idę w tych cholernie ciężkich butach i znów czuję jesień. Jakoś tak oryginalnie. Jako ciężar w stopach. Wszystko gra, staram się nie myśleć o tym, dokąd i po co idę. Leci trzecia piosenka z kolei. Pamiętam tylko początek pierwszej. Gwiżdżę i nie słyszę swojego gwizdania, które tonie w szumie samochodów.
5:40 jestem na miejscu. Jest mi nieswojo. Nie wiem, co zrobić z rękami, więc giną w przepastnych kieszeniach zbyt wcześnie wyciągniętej zimowej kurtki.
Mrugam, i nagle jestem już przed kinem. Jesteśmy. Oboje. I są jeszcze jacyś ludzie. Mrugam drugi raz i wzrok chaotycznie zaczyna szukać za szybą autokaru tej sylwetki, o którą od zawsze mi chodzi.
Zaczyna świtać. Mży. Stoję pod latarnią, jeszcze pół mrugnięcia i na całym dużym, za dużym parkingu jestem sam. Zaczyna boleć bardziej. Brakuje mi papierosa.
Odbijam się od słupa, zataczam i człapię ulicami miasta. Coraz jaśniej. Gdzieś po drodze jest sms od Moniki.Nie mam gdzie iść, więc gwiżdżę. Ląduję u babci.
Kawy? Nie, dziękuję. Herbaty? Kanapki, czekolady, czekokolwiek? Nie. Ty małpiszonie, zawsze jesteś na nie. Robi się absurdalnie. To poproszę kawy. Kawę. Nie pomaga. Słodko w ustach.
Jestem w szkole i jest jak zwykle. Żadnych zmian, wyróżników. Może tylko bardziej dziko strzelam oczami, bo do mrugania czuję odrazę. Szukam jakiejś ulgi w kieszeni, bo znów mi nieswojo, chociaż nie piłem. Trafiam na jedną, samotną gumę do żucia. Będzie Ci raźniej, jak ją znajdziesz. Kiedy wkładam ją do ust, jestem już w paru kawałkach. Papierek pieczołowici złożony, jak sutanna po wszystkim. I tak go zgubię.
Jest jeszcze sporo mrugnięć przed cudzym monitorem (gapię się w niego, bo jestem osaczony), angielski i cichy cmentarz. Tam jest najspokojniej. Nie muszę mrugać, mogę bez obaw zamknąć oczy.
A później boli jeszcze trochę i jeszcze. Trawy niemiłosiernie pylą tej jesieni.
Docieram do domu, łeb, żołądek i tęsknota dalej są najistotniejszymi elementami mojego jestestwa. Chce mi się śmiać przed lustrem. Podobno gorączka. Kładę się. Boli. Wstaję. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak to jest być na morfinie, ale w tej chwili rozumiem wszystkich morfinistów świata na czele z córką smutnego szatana, Przybyszewską. Piszę dziwną notkę, ale wrodzony rozsądek każe poczekać z jej publikacją. Dzień rozmywa się w pamięci, osiemnasta godzina na nogach. Po ostatnim, nieskładnym smsie brak kontaktu. Te przeklęte parę pikseli nie chce się pojawić. A jak już się pojawia, jest tylko gorzej. Teraz położę się i natychmiast usnę. Jutro gorączka minie i wszystko się uspokoi. Tak wymyśliłem, tak napisałem i tak być musi.
Amen.
                                                                                                                                                                      

Morał z tego prosty. Nie pisać w gorączce. Chociaż czas teraźniejszy dodaje uroku. Może trochę przesadziłem, a może nie. W każdym razie, takie ekscesy będę raczej ograniczał.