wtorek, 24 marca 2015

Tendon Teaser

Nieczęsto miałem w życiu okazję oglądać kolekcję przyszpilonych do zakurzonych gablot motyli, ale kiedy już się zdarzało, drapowany dreszczem dystans mieszał się we mnie z fascynacją. Nie podziwiałem jednak unieruchomionych skrzydeł, nie przyglądałem się z bliska odwłokom, nie szukałem wzrokiem czułków. O wiele bardziej zajmowały mnie próby wyobrażenia sobie jak czułby się taki przyszpilony do pilśniowej płyty owad, gdyby żył. Co ciekawe, możliwość przekonania się o tym na własnej skórze wcale mnie nie ucieszyła.
Sala, w której zostałem chwilowo uwięziony była niska, choć nadrabiała imponującą powierzchnią. Zresztą krańce pomieszczenia nie dawały uchwycić się wzrokiem, głównie z powodu oślepiającego słońca. Było go wszędzie pełno, wpadało przez wysokie, łukowato zwieńczone okna, a każdy promień zdawał się zatrzymywać na moich zmrużonych oczach. Siedziałem przy pustym stole nakrytym beżowym obrusem, identyczne stały stoły przede mną, za mną, po bokach, a zewsząd dobiegały przytłumione, urywane rozmowy. Tylko ja milczałem, co delikatnie, choć widocznie zaburzało kruchą równowagę panującą w tym towarzystwie. Pewnie nawet drobiny kurzu omijały przestrzeń dookoła mnie z daleka. Od pewnego czasu słyszałem pytania i od pewnego czasu zupełnie na nie nie odpowiadałem. Ciężko było się skupić w tym miejscu, którego wystrój oscylował między salą balową klasycystycznego dworku, a stołówką ośrodku wczasowego z głębokiego PRLu. Ciągle pamiętałem jednak, żeby nie zdejmować rąk ze stołu, ani przez chwilę nie pozwalać na rozstanie spotniałych dłoni i chropowatej tkaniny. Ludzie siedzący naprzeciwko mnie zdecydowanie tego nie lubili. Nie lubili też, kiedy nie odpowiadało się na ich pytania, ale na to nie mogłem dziś nic poradzić.
- czy zdaje pan sobie sprawę z powagi sytuacji?
- czy nadal twierdzi pan, że szóstego kwietnia nie wychodził z domu?
- czy jest pan świadom, że posiadamy wyciągi z pańskiego konta?
- gdzie przebywa w tym momencie Cezary Cybulski pseudonim Czacza?
Każde kolejne zdanie wbijało mi się w głowę jak kołek, z każdym kolejnym moja głowa była bardziej pusta, żadne odpowiedzi nie pojawiały się w miejsce huczącego w różnych zakamarkach bólu.
Mogłoby się zdawać, że po tylu latach człowiek nabierze jakiejś wprawy, że głos rozsądku będzie rósł w siłę, a nie odczołgiwał się do kąta. Zasady przecież brzmią dosyć prosto - jeśli nazajutrz masz być przesłuchiwany, to nie powinieneś pić. Natomiast jeśli nazajutrz masz być przesłuchiwany przez członków Głównej Izby Mazowieckiego Biura Uświadamiania Społecznego, to zdecydowanie nie powinieneś pić, a wypiwszy szukać ukojenia u Małego Jakuba. Wszakże wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, że każdy, kto takiego ukojenia łaknie, znajdzie je z nieubłaganą pewnością. I nie mówię tu o jakiejś krótkotrwałej uldze, po której przebudzenie jest równie nieuchronne, co okrutne. Żadna to ulga, jeśli człowiek budzi się i jest w gorszym stanie, niż był, a sen trwał raptem trzy godziny. Paradoksalnie, ulga, która stała się moim udziałem, była jeszcze gorsza. Obudziłem się w miarę wypoczęty, zjadłem spokojnie syte śniadanie, garnitur czekał uprasowany, ja pachniałem nienajgorzej. Nawet wsiadając do podstawionego samochodu swobodnie dryfowałem jeszcze po morzach błękitu. Dopiero na widok celu podróży jako tako się ocknąłem. Jako tako, czyli wiedziałem już, jak, gdzie i dlaczego, ale nadal nie wiedziałem co. Dokładniej - co mam im odpowiadać.
Więc nie odpowiadałem.
Ja nie odpowiadałem, oni nie przestawali pytać i tak nadeszło popołudnie, dzień czwarty. Mimo całej powagi i nieustępliwości instytucji, przed którą stałem, wciąż jednak obsługiwali ją ludzie, a ci muszą jeść. No i poszli jeść, punkt godzina piętnasta, dzień już przejrzał, pora na schabowego, ziemniaki i gotowaną marchewkę z groszkiem. Na deser kompot z papierosem. Słucham? Nie, nic innego nie ma, ani dziś, ani nigdy. W zasadzie pytanie o coś innego zakrawało w moim przypadku o hipokryzję, sam przecież od czterech dni spożywałem to samo, też punktualnie o piętnastej, żadnych niespodzianek. Była w tym jakaś homeostaza, ja między klombami katujący płuca, Andrzej, Henryk, Bożena i Janusz na stołówce, w ciszy, w zapamiętaniu, ledwie co czujący smak przez całą tę odpowiedzialność, ale wciąż na nowo czyniący z procesu miażdżenia, rozdrabiania i połykania, akt na wzór modlitwy. Najwidoczniej coś na wzór modlitwy wystarczy, żeby zadziałało, ewentualnie Macka Chaosu delikatnie, niezauważalnie chlasnęła po szerokości geograficznej, w której akurat się znajdowałem i nadała schabowym właściwości Ulgi. Nikt, kto poczuje Ulgę nie ma już ochoty dręczyć bliźnich niewygodnymi pytaniami, albowiem woli słuchać ironicznej muzyki i jeść chrupki do końca swoich dni, czyli przez jakieś następne trzy, cztery godziny. Tylko to mnie uratowało, chociaż może nie do końca. Bo czy można nazwać wybawieniem sytuację, w której słońce chyli się ku zachodowi, a dom leży o kilka horyzontów od jakiegoś głodnego, półtrzeźwego Stąd piechotą? I to bez słuchawek! Wlekąc się noga za nogą wzdłuż asfaltowej nitki zacząłem z nudów wymyślać, a po paru kilometrach poczułem, że Macka też się chyba nudzi, bo rejestruje i publikuje wszystko, co wymyśliłem. Jeśli i Wy się nudzicie, to posłuchajcie krótkiej, acz dramatycznej historii o tym, jak Skrajnie Niedorozwinięta Prawica przeprowadziła w naszym pięknym kraju rewolucję, jak opozycja została zepchnięta do podziemia, a nawet na ogródki działkowe, jak Duchowy Przywódca Cezary "Czacza" stwierdził, że ma to w dupie i pójdzie fazować na bagnach i co z tego wszystkiego wynikło.

niedziela, 22 marca 2015

Claustrum

                                              "Baby... tonight you sleep at Kenny's house"

Rychłe niebezpieczeństwo, strwożona bieda i mdły cień czaiły się dookoła mnie od pewnego czasu, jak zwykle - jak zwykle, więc bez ekstrawaganckich objawów. Niepokoiło mnie tylko uczucie narastania. Na początku zmory migały tylko gdzieś w oddali, powodując umiarkowane dreszcze, później zaczęły przemykać między jednym a drugim kątem oka, wreszcie napadały mnie znienacków, chwytały za nochal i uciekały chichocząc z czeluści śmierdzących gardeł. Miarka przebrała się, kiedy w przeciągu trzech krótkich godzin szesnaście razy budziłem się przygważdżany do materaca i zupełnie sparaliżowany przez dziesiątki najpokraczniej wykrzywionych w swojej zwierzęcości twarzy. Jestem gorącym zwolennikiem snu długo i jedzenia dużo, dlatego też szparko wziąłem się za poszukiwanie drogi ucieczki. Moje horyzonty są zazwyczaj znacznie ograniczone przez zbitą stoliczną zabudowę, jednak tym razem udało mi się na kilka chwil wznieść ponad wyżyny. Nie było to wprawdzie specjalnie wysoko, ale w szybko zapadającym wiosennym zmierzchu dostrzegłem lśniącą złotawo-zielonym blaskiem nitkę prowadzącą na Wschód. Co tam, na Wschodzie się kryło - mogłem się tylko domyślać, ale jest to kierunek na tyle przeze mnie lubiany, że bez namysłu puściłem się w drogę tak szybko, jak pozwalały mi na to Koleje Mazowieckie. Czyli około 60 km/h. Jak powszechnie wiadomo, upiory mogą pędzić z maksymalną prędkością 66 km/h, jednak skutkuje to u nich niewiarygodnie szybkim rozwojem próchnicy i głęboką niechęcią do zjadania kogokolwiek. Tylko i wyłącznie dlatego udało mi się zostawić je, upiory te, daleko w tyle. Na tyle daleko, że kiedy wysiadałem na dworcu w Siedlczy, wieczorne powietrze zdawało się nawet wonieć delikatnie nadzieją. No i kebabem. I papierosami. W końcu to Siedlcza.

                                                            "Zalej świat, utop świat"

Można być przyzwyczajonym do niekończących się pasaży aptek, lombardów, sklepów z epapirosami, sklepów z tanią odzieżą i sklepów nocnych. Można ich nienawidzić, można im ulegać, ale tylko tutaj da się z łagodnym uśmiechem je akceptować ze względu na ulokowanie w tak sympatycznych, symptomatycznych, synkretycznych zakamarkach miasta. Do jednego z takich zakamarków zmierzałem i w jednym z tych zakamarków niemal mnie dopadło. Wszystko na raz. Wściekłe i zwielokrotnione przez pokonane kilometry. Kiedy ozdobione chwiejnymi strąkami śliny mordy były już tuż, tuż obok mojego papierosa, powietrze nagle stężało, zapach dymu i nadziei wzmógł się, a księżyc zaświecił mocniej. To na jego tle zobaczyłem coś monstrualnego, niewyobrażalnego, tak złowrogiego, że zachodnie furie nie umywają się, a rejterują w stronę stolicy z podkulonymi ogonami. Macka Chaosu prężyła się w całym swoim infernalnym majestacie, emanując podlaską dzikością i potęgą nieznaną w pneumatycznym szkielecie warszafki. Kiedy wreszcie opuściłem wzrok, na murze przede mną jaśniał już nabazgrany szprejem napis -

                                               "Lecz cieniom nagle zbrakło sił
                                                A cień się mrokom nie opiera"

A obok
SKUTERY I TRAWA

Nie sposób było dłużej opierać się znakom na niebie i ziemi, głupotą byłoby dłużej kusić los, dłuższe wstrzymywanie rozpuszczonych i rozdygotanych nóg zakrawałoby na okrucieństwo. Uskrzydlony błogosławieństwem własnej matki i szyderczo napędzany przekleństwami rzucanymi przez stoliczne strzygi, nie zwlekając popędziłem do jedynej takiej piwnicy w mieście. Motur wiszący na ścianie, kraty pomostowe, samochodowe siedzenia, łańcuchy i wszechobecna czerwień zdążyły mi spowszednieć, ale już od wejścia (biletowanego, profesjonalnie) uderzył mnie nowy element wystroju.
Było ich mniej więcej czterech. Mniej więcej, bo w tego typu towarzystwie często w grę wchodzą byty astralne, równoległe światy, schizofreśki i inne takie. Wszyscy z dumnie wpiętymi w czarne koszule przypinkami POST ROCK PYLY. Wszyscy chłodni i opanowani, a może tylko zamuleni? Wszakże stało przed nimi nie lada wyzwanie - tak rozpocząć wieczór, żeby wszyscy pozostali musieli się dużo mocniej napocić budząc podobne emocje. Był to mój pierwszy raz na żywo z ZACNĄ KAPELĄ XDDDDDDDD pod tytułem Obsuńrence (wersja dla fanek), ewentualnie Odsuńrence (wersja dla niefanek). Nie mam takiego porównania jak Wszędobylska Małpa Optymalności zwana również Arturem, ale i tak mogę już Wam, Szanownym Czytelnikom zaspoilerować:
JANUSZ I PSZYJACIELE ZAGRALI TEGO WIECZORU DRUGI NAJLEPSZY KONCERT.
Na taką, a nie obiektywną oceną rzeczonego wieczoru złożyło się wiele czynników, o niektórych nawet postaram się napisać.
                                                   "I'll take that D-train
                                                    Take it down
                                                    To the Brighton Beach"


Napisać, że nawet nie chodzi aż tak o muzykę, chociaż przecież z oczywistych względów też. Byłoby zbrodnią przeciwko Dobrym Rzeczom, a takie zbrodnie karane są naganą, gdybym pozwolił sobie zapomnieć o tak gadających gitarach. Bo to je tak - są tacy, którzy cośtam plumkają na gitarze. Są tacy, którzy potrafią na niej grać, i takich jest większość. Są grajkowie, których instrumenty sycą się procentami oraz dymem i do nich należy Czarek. No i są ludzie (?), w rękach których gitary zaczynają gadać, a gadając opowiadać historie. Osobiście poznałem dwóch takich - Maćka Jaszczura ZeroPół oraz Srogiego Janusza, o którym dziś mowa. Gdybym próbował oceniać któren ma w sobie więcej potencjału, a któren jest większym wirtuozem, to patriotyczna, czyli biało-czerwona maź pewnie za chwilę zdobiłaby mój monitor, a kto wie, czy jakieś inne wybuchy na mieście by się nie powyczyniały. Nie chciałbym tak i dlatego poprzestanę na stwierdzeniu, że gitara w Obssęwieńce jest najważniejsza. Niepodważalnie. Bas pędził na podobne złamanie karku i zatrzymywał się równie gwałtownie, dodając całości impetu, a jelitom bodźców, ale bas to bas - jak śpiewał brat mojego byłego wykładowcy: "to już nie to samo". Zarówno perkusja, jak i wokal wyraźnie cierpiały momentami to na dychawicę, to na brak fantazji, ale przez większość czasu dzielnie dotrzymywały kroku narracji opowieści i choćby za to należy im się ukłon. Jednak nie o tym miała być pisanina, a przynajmniej nie to sprawiło, że stojąc sobie grzecznie z piwem pod sceną i kiwając głową, powziąłem myśl o popełnieniu niniejszej.
                                                     
                                                       "I na chwil kilka miękko zamilknij
                                                       Niech ją zaleje
                                                       Niech go obleje"

Dużo bardziej uderzyła mnie, ale tak przyjemnie, bezpośrednia, szczera i przez wspomniane niedociągnięcia bardziej wiarygodna porządność. Taka zupełnie bezpretensjonalna, dająca odpór zupełnie znienawidzonej, a wielokrotnie zamaskowanej Biedzie. Mogę sobie zwyczajnie dopowiadać z nudów, ale poczułem też coś jakby ładną harmonię między celem, a staraniami do niego prowadzącymi. Każdy jeden (no dobra, prawie każdy) dźwięk brzmiał jak spełnienie pokątnej Desideraty uformowanej przez ciemne i głośne okoliczności, w niczym nie przypominające zatęchłego doświadczenia.
 Słyszałem gdzieś, że wiosna ma nieść nadzieję. To nieprawda, a już na pewno nie dla kogoś kto widzi jak te wszystkie trupie jady nabrzmiałe przez zimę, wybuchają pękami zielonych, oczywiście że zielonych, koniecznie zielonych, niemych stworów. Dużo więcej nadziei poczułem w wykonawcach "The power behind the throne" (swoją drogą piękny tytuł kawałka dla supportu), więcej nawet niż w nikłym zapachu na dworcu. Nadziei na co? Może na jakiś szumnie rozumiany sukces, a może tylko na przywrócenie starych, mocnych czasów, kiedy to nawet powietrze przed klubem pękało w szwach z powodu doskonale znających się tłumów.

                                                     "Niezwykła nieludzka
                                                       Nieprzyzwoitość"

Co do reszty wykonawców - Aghrthgrhthartgrthgthrth zagrał tak, jak grało się dwadzieścia lat temu. Może i fajnie, z przytupem (z przytupem to są wesela), ale na dłuższą metą - po co? Cover Behemotha, na który mało kto by się porwał, wyszedł im za to nie tyle dobrze, co bezboleśnie, a to już coś.
Na Minetaurze utrzymywałem pozycję pionową chyba tylko dzięki zwisającej opiekuńczo nad Pięcioma Sztukami Macce Chaosu. Szybko, dużo, głośno, mocno, kurwasz, jego, mać.
Natomiast dlaczego Traces to Nowhere tak mi się podobało i dlaczego tak przywodziło na myśl Detroit - nie wiem, nie opiszę, bo okoliczności, które to sprawiały i które uplasowały ten zespół na pierwszym miejscu wywietrzały bezpowrotnie.
Minął też paraliżujący ból w karku, który musiałem pokonać w drodze do Strefy Komfortu. Szkoda, że jej granice są tak wąskie. Nie, to wcale nie jest dobrze, ani motywująco. Żaden z trupów znalezionych ostatnio  nad Siedleckim Zalewem i w kanale wystawowym Parku Skaryszewskiego, nie był w strefie komfortu, kiedy umierał. I to nie znaczy, że założył startupa i poszedł pobiegać. Mnie z tego miejsca wygania świadomość, że mogłem znaleźć jednego i drugiego, byłem naprawdę o jedno machnięcie skrzydłami motyla od tego. Droga powrotna wiedzie przez ciasne mieszkanie na Grochowie, gdzie jest Ona i gdzie jest Harry the Psi Syn, aż po wspomnienie występu Bobsonkrence. Warto było tam być. Warto jest mieć gdzie mozolnie wracać. Czy warto mozolnie o tem pisać nie wiem, bo uwiera mnie świadomość, że trzech czwartych tu nie ma. Ale tak jest zawsze, wszędzie, że trzech czwartych nie ma. NO CHYBA, ŻE TO KONCERT ODWRÓĆSKRĘCE. TAM JE SZYSKO.


https://www.facebook.com/ObsolenceOfficial
https://www.facebook.com/tracestonowhere
https://www.facebook.com/Minetaurband
https://www.facebook.com/agarrthofficial


AHA, NIKT MI NIE ZAPŁACIŁ ZA TO.
SZKODA.
JAKBY KTOŚ CHCIAŁ MI ZAPŁACIĆ ZA PISANIE TO PROSZĘ DAĆ ZNAĆ.

wtorek, 27 stycznia 2015

Trauermarsche

Dookoła mnie znów nastaje cisza. Tylko ktoś, kto zaprzyjaźnia się z ciszą po tylu godzinach, westchnięciach i nocach wysiłków jest w stanie docenić ją w całej, wprawdzie pustawej, ale zawsze - krasie. Część z Was pewnie dobrodusznie uznała, że cisza dookoła nastała wraz z wygaśnięciem hecy w mieszkaniu obok. Druga część, ta bardziej przebojowa, zapytana odparłaby, że cisza nastała wraz z zamknięciem mojej mordy. Jedni i drudzy są, jesteście. Dzie? W błędzie. Zawsze i wszędzie. Najpewniej budowniczowie tej dziwnej bryły po złej stronie miasta, w której w danem czasie przebywam musieli poświęcić i poświęcili więcej. Jak znam życie, to również ci, którzy coś, co wcześniej w danem czasie stało w miejscu obecnie mojej bryły, musieli rozpieprzyć - takowoż. To są jednak zgadywanki, a te nie przystoją (polecam sprawdzić, czy taka forma jest poprawna) ludziom głęboko przekonanym o swoim poświęceniu.
Głęboko przekonana o swoim poświęceniu jest nieświęta Teresa Przykładowa, które telepała się przed moje kaprawe oblicze, nieprawdaż, tyle a tyle kilometrów, tylko po to, żeby przekonać się, że książek z powodu kary wypożyczyć nie może. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to współczucie i pogarda do pani Teresy buzują we mnie w równych proporcjach, ale tylko do godziny osiemnastej (dwudziestej w piątki). Tak konkretny przedział czasowy, powodowany jest tym, że nawet gdybym chciał mieć jakieś inne emocje na uwadze (a nie chcę), to i tak tuż po tym słynnym Wyjściu z Roboty dopada mnie, unieważniając wszystko po drodze, dojmujący i irracjonalny smutek. Taki, że nawet wcale niefajny, ale prawdziwie smutny smutek. Trawię go, tego smutka, przez całą drogę powrotną i ani chwili dłużej, ponieważ im bliżej mojej bryły, tym bardziej przypominam sobie o chybotliwie uzyskanej i nigdy nie zaklepanej na amen ciszy.
Co ty z to ciszo ci przeszkadza w spaniu co zwierzaku
Otóż już mówię!
Co uważniejsi z P.T Czytelników pamiętają, a może nawet wiedzą sami z siebie, że nocą nad Warszawą wyją upiory. Głośno, przeraźliwie. Ulgę pozwalającą o nich zapomnieć nieśli sąsiedzi. Ale po pewnym czasie również za ich sprawą zacząłem domagać się ulgi. Którą to otrzymawszy, musiałem wrócić myślą i słuchem do stolicznych upiorów. To tak w skrócie.
Ze względu na krew sączącą się z uszu i oczu i brudzącą wokół wszystko niemalże, problem stał się jednym z tych, co wymagają nagłych, gwałtownych rozwiązań. Po pewnym czasie spędzonym na poszukiwaniach, takie rozwiązanie stało się moim udziałem, ale dotąd nie wiem, czy suszyć z tego powodu zęby, czy żałować.
Z jednej strony trzeci, nieoczekiwany lokator mojej - a może pardon, naszej - bryły znakomicie odstraszał wszystkie górno- i dolnolotne zjawy i stwory. Nie dawał żadnemu monstrum czasu na podpełznięcie pod kryjące mnie, nas wysokie, szare i pokryte grzybem mury. Sprawdzał się ten nasz permanentny gość znakomicie, nie wykazując żadnych przejawów znużenia swoją rolą.
Z drugiej jednak strony, Harry, bo tak miał na imię, okazał się być wymagającym stróżem. Częsty i znaczny kontakt z pomiotami obłędu przyprawiał go widać o różne niezdrowe humory, które krążyły w żyłach i raz na czas jakiś opuszczały organizm jedyną nieszkodliwą drogą znaną weterynarii. Smród był w takich sytuacjach przepotężny. Zezwierzęcenie, które jest typowym objawem opętania udzielało się chyba naszemu obrońcy, bo człapał niemal wyłącznie na czterech łapach. Wyjątki stanowiły sytuacje, w których postanawiał ukraść coś ze stołu, biurka, szafki. Wtedy z niekłamaną dumą wspinał się i dopadał, kłapiąc szczękami, upatrzony z dołu cel. Aby zapobiec kompletnemu bankructwu zaczęliśmy przenosić kolejne produkty spożywcze, tworzywa sztuczne, ozdoby, przedmioty użytku codziennego i WOGLE SYĆKO coraz to wyżej ku górze, ku niebu, które podobno bywa nadal błękitne. W ten właśnie sposób od góry tłamsiły mnie, nas demony, a u dołu czyhał równie bezwzględny obrońca - może nawet bardzo, bardzo dawno temu anioł. Moja wspaniała dusza nie mając gdzie się podziać w targanym siłą o jednakim kierunku, lecz przeciwnych zwrotach (GIMNAZJUM DZIAŁA) ciele, postanowiła uciec w przód. Czyli wywalić mi bambaryło. Dlatego nie jestem już chudy. ALE GRUBY TEŻ JESZCZE NIE.

niedziela, 25 stycznia 2015

Taklamakan

Nocą w Warszawie wyją upiory. Niewprawne ucho nie wyłowi ich zgrzytliwego jęku z tego, co zwykło się uważać za "odgłosy miasta", a co tak naprawdę jest potwornym zwyrodnieniem zaszczepionym nam w mózgach w intencji spowszednienia i źle rozumianej ulgi. Wiele umazanych pomarańczową łuną nocy spędziłem bezsennie na nasłuchiwaniu. Dobrze rozumiana ulga przychodziła z każdym odgłosem wybijającym się z tego przyprawiającego o mdłości mezaliansu - monotonna dychawica i zjeżony wrzask. Serio, z prawdziwą ulgą pozwalałem swojej uwadze odwrócić się od tych wszystkich efekciarskich obłędów i skupić na hecach wyprawianych za ścianą.

Dokładny kształt mieszkania obok pozostaje mi nieznany po dziś dzień, mimo że któregoś mglistego ranka okazja, żeby podejrzeć scenę rzeczywiście przypełzła (we mgle zawsze się pełza). Niemniej po kilku nocach odrobinę orientowałem się co gdzie i jak. Jak nietoperz. Ogólnego schematu hecy też się nauczyłem, bo pojętny ze mnie chłopak.
Najpierw wszystko wygląda jak spotkanie towarzyskie. Siedzą sobie we czworo, czasem brzęknie butelka, czasem ktoś zechce wyraźniej zaakcentować swoje zdanie - można wtedy wyłapać poszczególne słowa.
Głos gospodarza jest najniższy i słychać go najlepiej. Ma ustalone, nie do zachwiania poglądy na życie, wie co należy robić, a czego nie, jest pewien swojej ścieżki.
Jego gość częściej słucha, niż mówi. Imponuje mu barytonowy znajomy, wyraźnie czuje różnicę między sobą, a nim i nawet jeśli z czymś się nie zgadza, to woli zarżeć i zachłysnąć się milknącym w odosobnieniu śmiechem, niż dopuścić do konfrontacji. Najwyraźniej miał okazję przekonać się, jak wyglądają takie konfrontacje i czym się kończą.
Trzecia z osób jest równocześnie drugim lokatorem. Głośno chichocze, czasem wznosi okrzyki mające być celebracją dobrej zabawy. Upija się najszybciej, jest odpowiedzialna za szczęk przewracanej zastawy i głuche huknięcia nieszczęsnych krzeseł. Całym tym hałasem próbuje chyba zagłuszyć swoją historię. Na początku tylko ją wymyślałem, ale im dalej w las, tym bardziej kolejne szczegóły, niewiele większe od okruchów szkła na podłodze potwierdzały całą monstrualność banału. Bez problemów i bez pudła zobaczyłem, jak poznaje go jeszcze w technikum i od razu wpada po uszy. Mniejsza z tym w co. Wszystkie Karyny zazdroszczą jej chłopaka starszego o pięć lat, z własnym samochodem, z mieszkaniem, ze znajomościami. Bez zbędnych ceregieli wprowadza się do rzeczonego mieszkania. W tygodniu robi w zasadzie co jej się podoba, byleby zawierało to zakupy. W weekendy jest czas na zabawę. On jest zmęczony robieniem interesów, musi się zrelaksować. Zaprasza kolegę. Żeby było jej raźniej - z koleżanką. Ona poniedziałkowe poranki rzyga jak kot. Chociaż nie do końca jak kot. Musi robić to cicho, bo on odsypia.
Jest jeszcze rzeczona i rzeczowa koleżanka. Typ krytyczny, pije mało, więc myśli, że jej wolno. Ma podobnie jak Gospodarz ustalony raz na zawsze światopogląd, ale się z nim aż tak nie afiszuje, bo woli wydymać pogardliwie usta. Do tego wychodzi najwcześniej.
Więc do Pewnego Momentu siedzą, gadają, palą cienkie mentolowe i piją. Co piją? Nie posunę się do stwierdzania czegokolwiek z absolutną pewnością, ale sądząc po odgłosach - jakieś lechy, jakieś absoluty. Natomiast od Pewnego Momentu już nie gadają, bo trzy zapętlone w czterdziestoośmiogodzinną nieskończoność - piosenki? kawałki? utwory? techniafki? - niestrudzenie, bo bez trudu przebijają się przez ściany, podłogi, sufity, słuchawki. Jest to etap do Kolejnego z Momentów bardzo kojący przez swoją pozorną bezustanność. Zawsze jednak coś go (przez zapomnienie nieoczekiwanie, a przez niespodziewanie dramatycznie) przerywa. Najczęściej głośniejszy od innych upadek, ciągnący za sobą inne, mniejsze, oraz nieartykułowany krzyk. Po krzyku nie trzeba już za bardzo niczego oddzielać Momentami bo heca zaczyna na łeb, na szyję trwać coraz bardziej, szybciej i - tu bez niespodzianek - głośniej.
Ona trzaska, przewraca, szamocze się i krzyczy, żeby ją zostawić i wypierdalać, choć nikt nie trzyma. On mówi do niej, racjonalnie, logicznie, z początku cicho, ale dajmy mu trochę czasu, dajmy mu się rozgrzać, nie uprzedzajmy faktów, nie duśmy rodzącego się powoli, konsekwentnie syku. Ona trwa cały czas wysoko, buja w górnych rejestrach, nie męczy się tym chyba wcale, on ją powoli dogania, dołącza, w końcu też się drze i ciągnie za sobą na dół, w ciszę. Ciszę, które nastaje regularnie, żeby zrobić miejsce na odgłosy zapasów. On sapie, ona stęka, butelki rozpaczliwie chcą zejść im z drogi, ale trasy ich splecionych kroków nie da się przewidzieć. Zahaczają o szafę, krzesło, lodówkę. W końcu udaje się jej uciec, co jest znaczone trzaśnięciem drzwi i klaskaniem bosych stóp na linoleum. Gdyby nie obowiązki gospodarza sam też wybiegłby od razu, ale te kilka piw i kilka kolejek to chyba dla niego nic, bo pamięta o zachowaniu twarzy. Z udawanym spokojem podnosi krzesła, przeprasza gości, ubiera się odpowiednio do pogody i dopiero rusza w pościg. Nie musi ścigać długo, bo do niej dopiero teraz dotarły wszystkie emocje, różnica temperatur wyciągnęła alkohol na sam wierzch, a schody na klatce zaczęły wydawać się bardzo gościnne. Korytarz ma nieco inną specyfikę akustyczną, ale mimo stłumienia i echa daje się rozróżnić wzajemne podchody jej szlochów i jego cierpliwych tłumaczeń.
Jeśli chodzi o to, co dzieje się w tym czasie za ścianą, to interpretacja wymaga nie lada słuchu i skupienia, ale trening czyni mistrza. Osobiście to mój ulubiony moment. Intymne On i Ona są zajęci gdzie indziej, na wersalce zostały niezręczne Kolega i Koleżanka. Jedno z nich z pali i dziubie w telefon, wszystko zaś z niesmakiem, drugie natomiast zaczyna się pocić i czyni zupełnie niepotrzebne starania w kierunku podtrzymania rozmowy. Zgadnijcie które kto co. Po dłuższej z natury chwili któreś decyduje się wykazać i zaczyna zbierać butelki, wietrzyć mieszkanie, zmywać.
Jak wiadomo Warszawa przoduje we wszystkim i lubi to okazywać, więc woda w warszawskich kranach osiąga niespotykaną nigdzie indziej temperaturę i ciśnienie.  Dlatego też nie słychać już nic więcej, tylko szum nie zakręconej nigdy wody i zapętlony bas. Oczywiście tylko do czasu, do tego wieczora, tego momentu, kiedy ktoś zaniepokojony postanowi przerwać impas i sprawdzić co się dzieje, kiedy wejdzie tam policjant, sanitariusz, ksiądz po kolędzie. Każdy z nich zobaczy co innego i tylko ja widzę wszystkie scenariusze, ale szybko, zbyt szybko te wymyślone na jawie mieszają się z tymi, które przytargała w pysku spuszczona ze smyczy na czas snu wyobraźnia. Pewne jest tylko to, kto na pewno nie przeżył. Tak, tak, to akurat zgadliście - Ona.
Nie jest to zresztą aż tak ważne, liczy się efekt końcowy, który jest ni mniej, ni więcej taki, że po załatwieniu wszystkich formalności, po uprzątnięciu wszystkiego, co jest do uprzątnięcia i po zaplombowaniu drzwi, dookoła mnie znów nastaje cisza.

piątek, 12 września 2014

Taumaturgia

Three months of silence I obtain from my crucifiction


Czy za trójką rzeczywiście kryje się możliwość zmieniania rzeczywistości? Nie mam na ten temat opinii, podobnie jak na całą resztę tematów, choć fakt faktem, próbowałem trzy razy i za czwartem się udało, co kosztowało mnie trzy miesiące czasu. Trzy miesiące wycofania, pozostania z tyłu, zwierania szyków i rozmytego rozglądania się wokół. Zdarzało mi się już wcześniej, ale nigdy do tego stopnia, żeby czas zwalniał tak potwornie. Nie muszę nawet przystawać, a zauważam, że powietrze wokół mnie ani drgnie, a mojej głowy nie dobiega żaden dźwięk, oprócz kroków. Ten odgłos jest o tyle przyjemny, że to moje własne kroki. Jest też o tyle odprężający, że rozciąga się aż do momentu, w którym brzmi zupełnie jak szept wytargany za włosy ze słonecznych korytarzy Dawnatemu. Miałem całe dwa mnóstwa czasu żeby poczytać na ten temat, więc wiem, że to się po prostu zdarza przy spowolnieniu czasu i wcale się nie przejmuję i idę dalej i jest ciemno. Ciemność też mnie nie niepokoi. Jest jej tak niewiele, że mógłbym pozbierać cienie spod drzew i z chodników i zmieścić je w kieszeniach, których mam ni mniej, nie więcej a cztery. Na szczęście tego też nie muszę tego robić (nic nie muszę robić, a moje kieszenie kryją same ważne rzeczy), bo ciemność, którą spotykam, a o którą się nie potykam, przybiera na ogół przyjazne formy, aż warto się przywitać.

Niepokoi mnie za to fakt, że jeszcze chwila wysiłku w przedzieraniu się przez zgęstniałe powietrze i się zobaczymy. Czy dalej potrzebuję pomocy? Nie. Czyżbym wypił i nie wiem, czy po mnie widać? Drugie nie. Zabłądziłem, nie mam słuchawek, nie umyłem zębów? Nienie inie. Skąd w takim razie niepokój? Otóż nie wziąłem zegarka, ani okularów, więc nie wiem która godzina i nie wiem, czy to szary poranek we wrześniu, czy tak dużo latarni w nocy. Z jednej strony z wrześniem nigdy nic nie wiadomo, z drugiej - z nocą też nie. Ta kwestia jest o tyle ważna, że właśnie po to milkłem, nie pojawiałem się, szeptałem i skradałem w niegroźnych ciemnościach, by móc zmieniać rzeczywistość, która wydaje się być nie do zmienienia, zniesienia (potrafi to ta trójka czy nie?). Kiedy zawodzi mnie słuch i zawodzi wzrok, muszę zdać się na zapach. Jest mi to w sumie na rękę. Niektórzy z was wiedzą, a inni może podejrzewają tylko, że żaden miesiąc nie pachnie tak, jak pachnie wrzesień. Jego zapach jest doskonale przebrzmiały i zawsze zdaje się zwiastować nowy początek. Wiem z jakiego powodu tak się dzieje, ale mało mnie to interesuje, skoro już dawno, dawno temu wypadłem z obiegu.

Oto przyczłapałem ja i oto Ty stoisz. Ty tradycyjnie już patrzysz trochę kpiąco, a ja niestety dalej nie potrafię patrzeć w oczy. Znów czuję się zdradzony przez abstrakcyjne pojęcia. Czas, który jeszcze przed paroma krokami łagodnie kołysał nagle zrywa się, bierze mnie w biegu z bara i wykrzywiając w złośliwym grymasie wszystkie swoje mordy działa na moją niekorzyść. Niby nic nie muszę robić i nic nie robię, a czuję, że jeszcze jedna przyspieszona chwila, jeszcze dwie i będzie po mnie. Moje cztery kieszenie kryją same ważne rzeczy, ale w żadnej nie ma niczego mądrego do powiedzenia, ani krztyny wyglądu, żadnej przyciągającej siły. Że potrzebuję takiej siły wydedukowałem podczas wielu długich, długich nocy spędzanych na ustawianiu pustopełnych butelek po Pincie w najróżniejszych konfiguracjach i stukaniu w nie pazurami. Wtedy to właśnie, zataczając się od dźwięku do dźwięku, odkryłem zbrodnicze zamiary czasu, który to przyspieszając, to zwalniając chce Cię porwać.

Jakiś (hehe) czas temu skonstatowawszy tę sytuację, wpadłbym w rozpacz. Może jako mądrzy ludzie sądzicie, że nadal powinienem, skoro moje kieszenie nie oferują żadnej pomocy, nie mówiąc już o głowie. Ha! I tu was mam. Dlatego nie wpadam w rozpacz i dlatego jestem zupełnie spokojny, bo w sukurs kieszeniom przychodzą moje przepastne rękawy. I to tam kryję całe mnóstwa rozwiązań i możliwości, poczynając od dziewiątek, przez JOPKI, aż po sześć asów. Po to właśnie przez trzy miesiące byłem jak umarły, tak naprawdę rosnąc w siłę i kompletując talie po szufladach i kioskach. żeby teraz zachować spoko. Normalnie zapaliłbym w tym momencie, alem gołodupiec, a prosić Cię o skręcenie w obliczu nadchodzących okoliczności nie chcę i nie śmiem. Żeby zatrzymać, przytrzymać czas zgrzytam zębami i robię groźną minę. To pierwszy krok. Następne konsekwentnie prowadzą do otchłani, dlatego bardzo ważnym jest, by zatrzymać się w porę i by nie pisać o nich byle gdzie. Liczy się efekt. Jeśli wszystko poszło dobrze, to kiedy otworzę oczy okaże się, że wszystkie latarnie chełpiące się wzrostem, wszystkie szyldy świecące dla nikogo i wszystkie żarówki pozwalające dłoni trafić na szkło zgasły. Może nie bezpowrotnie, może czas znowu będzie wredny - nic to, efekt liczy się po trzykroć. Będę się zanurzał i wracał w połowie drogi tyle razy ile Ci się podoba, bylebyś tylko mogła zobaczyć tyle gwiazd, ile Ci się podoba. Teraz nie ryzykuję już niczym.

czwartek, 26 czerwca 2014

Historia pewnej miłości - Часть первая

Pierwotnie istniały tylko trzy beocjańskie Muzy - Melete, Mneme i Aoede, to jest Ćwiczenie, Pamięć i Śpiew. Taka myśl przemknęła przez moją głowę w popłochu, obawiając się by nie zabawić w niej dłużej, pewnego ponurego jak sam chiński cesarz Che-Nuk czerwcowego popołudnia. Za oknem deszcz był okropnie znużony swoją czterodniową robotą i pierwotną Ulewę spolegliwie zastąpił Siąpieniem, my zaś oddawaliśmy Muzom cześć. Wprawdzie nie na Helikonie, a w moim mieszkaniu, ale z równym zapałem. Śpiew dobiegał moich uszu w formie poświstującego chrapania, obejmującego trzy pełne oktawy, od kontraltowego D do górnego D w sopranie.
Ćwiczenie polegało na miarowym unoszeniu butelki do ust i wymagało ode mnie sporych pokładów samozaparcia, ponieważ trwało już od dwóch godzin, a butelka zawierała spirytus.
Pamięć zaś była niezmiennie katowana Wspomnieniem. Dzikim, promieniującym falami gorąca zupełnie innego niż spirytusowe Wspomnieniem.
Sądząc po tym, jak chrapliwy świst zniżył się do tenorowego G i szybkim przejściem sięgnął do G nad pięciolinią w wiolinie, a zawartość butelki niezmiennie ciążyła, nie miałem żadnych widoków na szybkie wyrwanie się z przedstawionej sytuacji. Gdybyście więc podeszli do ówczesnego mnie i zapytali (a zapytalibyście na pewno, zawsze to kurwa robicie), jakież to Wspomnienie mnie trapiło - opowiedziałbym mniej więcej tak-


Działo się to w czasach, kiedy mieszkałem w średniej wielkości Mieście, jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Macki Chaosu. Liczne, bądź to mrożące krew w żyłach, bądź budzące odrazę przypadki, na których omawianie braknie tu miejsca sprawiły, że wynajmowałem niewielkie mieszkanie na poddaszu starego, będącego o krok od powieszenia się bloku. Niczego nie łaknąłem wtedy bardziej niż pogrążenia się w Przepastnych Otchłaniach Samotności (ciekawostka - identyczne inicjały posiada dumna Polska Organizacja Sadowników), jednak moja sytuacja materialna (tylko trochę lepiej niż Gołodupiec) nie pozwalała na to. Koniec końców, po długich poszukiwaniach w najgorszych miejscach miasta, znalazłem współlokatorów. Byli to - niedowarzony filozof o aparycji małpy, nazwiskiem A., jego małpa, strasząca ludzi miną filozofa, zwana Kamilem, oraz mój Kruk, który nigdy nie doczekał się imienia.

(słysząc w tym momencie narastający szmer, pragnę rozwiać wątpliwości - TAK, MAM SOBIE KRUKA I MI NIE ZABRONICIE PSIEKRWIE, nieważne jak wielka to klisza. Naprawdę, jesteście czasem niemożliwi, zupełnie jakbyście myśleli, że piszę to dla was, a nie dla siebie).

Już po kilku tygodniach wspólnego mieszkania bieda materialna i umysłowa, zamiłowanie do używek oraz nienormowane godziny snu zbliżyły nas bardzo do siebie i związały szlachetnymi więzami przyjaźni. Dzieliśmy się sprawiedliwie czynszem na czterech, razem odbywaliśmy wieczorne spacery, razem robiliśmy monotematyczne zakupy, a gdyby któryś z nas zdechł, reszta solidarnie podzieliłaby między siebie zyski ze sprzedaży zwłok.
Kiedy więc zaczęła się cała ta draka, wiedziałem, że mogę liczyć na swoich towarzyszy, a potrzebowałem wsparcia tym bardziej, że draka spadła na mnie ni stąd, ni zowąd, jak nie przymierzając cegła. I z podobnym skutkiem. Spacerowaliśmy właśnie po mieście, mijając w wieczornej mgle kolejne grupki obszarpańców, Januszów i Seb, a cel wcale nie był nam potrzebny. To znaczy zadowoliłoby nas dowolne miejsce, w którem piwo kosztuje do sześciu szylingów. Dzięki znakomitej orientacji w terenie i kalendarzu kulturalnym, oraz naturalnej zdolności do wyczuwania taniego alkoholu trafiliśmy akurat na wernisaż Jakiejśtammłodejobiecującejconieważnejakmanaimię, gdzie w ramach poczęstunku, przy odpowiednim poziomie zaradności życiowej można było wypić do sześciu kieliszków wina za frajer.
Nic nie wskazywało, by ten wieczór miał się różnić od dziesiątków podobnych wieczorów. Po sali urządzonej z gustownym brakiem wyobraźni snuły się grupki, które niezależnie od wieku, statusu społecznego i wyglądu można było podzielić na tych, którzy udają, że się znają i tych, którzy bez obłudy przyszli się po prostu pokazać. Z kilkoma wyjątkami. Małpa małpowała najbardziej eleganckie z pań, A. doprowadzał kolejne licealistki do załamania nerwowego, Kruk krążył pod sufitem wyraźnie zdegustowany całą sceną, a ja stałem rażony piorunem, a przynajmniej widokiem.

Choćbym żył tysiąc lat, nie zapomnę nigdy emocji, jakich mi dostarczył ten widok. Była to postać niewieścia najpowabniejsza jaką dotąd widziałem. Znudzona twarz zwrócona ku drzwiom zdradzała niewyspanie i niezmierną złośliwość. Kształty zaś - kształty były boskie. Żadne inne słowo nie zdoła określić doskonałości proporcji, ale nawet ten termin wydał mi się dziwnie blady, gdy tylko skończyłem go wystukiwać na klawiaturze. Magia pięknych kobiecych kształtów, czar dziewczęcego wdzięku - były to moce, którym nigdy nie umiałem się oprzeć, a które skutecznie opierały się mi. Lecz tu oto zobaczyłem przed sobą wdzięk wcielony, ucieleśniony, beau ideal najdzikszych moich i najognistszych marzeń. Nieznajoma była odrobinę poniżej średniego wzrostu i postawy prawie, jeśli nie zupełnie ekstatycznej. Radowała wzrok doskonała krągłość i tournure jej policzków. Głowa rywalizować mogła z głową greckiej Psyche, uwydatniał zaś jej szlachetne kontury wytworny kapelusik z gaze aerienne, przywodzący mi na myśl ventum textilem Apulejusa. Piękna pani trzymała w prawej ręce skręconego papierosa, idealna zaś harmonia jej linii dreszczem przenikała moje ciało. Powiedziałem sobie w duchu, że muszę ją w najbliższym czasie poznać, i rozpatrywałem tysięczne tego sposoby, teraz zaś pragnąłem przyjrzeć się bliżej tym nieziemskim wdziękom. Kiedy już, już stawiałem pierwsze chwiejne kroki w kierunku ściany, pod którą stała Nieznajoma, zdarzyło się coś, co spowiło moje serce ciemnym całunem rozpaczy na następne kilka godzin. Oto znikąd wyrosła zasuszona, sępia postać mężczyzny lat mniej więcej sześćdziesięciu, która gestem ręki odzianej w szyty na miarę, acz zakurzony garnitur przywołała do siebie przyczynę mojego wzburzenia i razem z Nią zniknęła za drzwiami. Po kilku chwilach, rażony nagłą myślą również wypadłem na zewnątrz, jednak tam czekało na mnie jedynie chłodne, nocne powietrze, w którym nikł powoli odgłos odjeżdżającego samochodu.

Ponura rezygnacja, która ogarnęła mnie na kilka następnych dni i nocy nie dawała się porównać z żadnym innym z moich znanych napadów ponurej rezygnacji. Nie wychodziłem z domu. Nie spałem. Nie jadłem. Nie pił... dobra, aż tak to nie. Tak czy inaczej, brakowało mi tylko kilku dni, żeby w ogóle przestać wyglądać, aż pewnego deszczowego popołudnia (mam teorię, że podczas napadów ponurej rezygnacji wynajęci przez Los robole stają na dachu mojego bloku i wylewają na okrągło hektolitry wody imitując deszcz, nie to wcale nie jest głupia teoria) melodyjne chrapanie dobiegające z pokoju obok ucichło i po kilku chwilach w drzwiach stanął A. Jeśli zastanawiacie się, jak wygląda A. po szesnastogodzinnej drzemce, odpowiedź brzmi - strasznie. Ja jednak pozostawałem niewzruszony, ponieważ większość bodźców nie przedzierała się przez zasłonę ponurej rezygnacji. Mój stan również nie wywarł na współlokatorze większego wrażenia, pewnie dlatego, że miał już w tej materii praktyczne doświadczenie, które wykorzystał podchodząc bliżej i dając mi dwa razy w ryj. Moja kolejna teoria zakłada, że A. prawdopodobnie zna jakieś inne sposoby, by do mnie dotrzeć, tylko po prostu bardzo lubi dawać mi po ryju. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość mojemu druhowi - podziałało.
-ty. idź - wybełkotał zza zasłony przyspanych na wszystkie strony włosów
-ghd... gdzie mam niby iść? - odparłem spluwając krwią
-idź, nie wkurwiaj mnie.

Więc poszedłem.
Snułem się po całym mieście, starannie omijając miejsca pachnące jedzeniem i wypytując każdego napotkanego znajomego o piękność, która spiorunowała mnie kilka dni wcześniej. Efekt był taki, że kilka godzin później, z kieszeniami pełnymi ulotek i kradzionych zapalniczek wracałem do domu przepełniony pożądaną wiedzą oraz tak mieszanymi uczuciami, że postanowiłem przynajmniej na chwilę nie czuć nic. Dowiedziałem się, że moja bogdanka ma na imię Zofia i że co najmniej cztery osoby, które ośmieliły się zwrócić do niej per "Zosiu" padły trupem na miejscu bez konkretnego powodu. Przybyła do Sz. kilka dni temu, w towarzystwie wuja, pod opieką którego miała pozostać do ukończenia dwudziestego roku życia. O samym wuju było niewiele wiadomo, oprócz tego, co musiało być o nim wiadomo, by ostatecznie mnie pognębić. Wuj był obrzydliwie bogatym potentatem tytoniowym, a jego paskudne usposobienie tyrana kazało mu wysuszone uprzednio zwłoki adoratorów bratanicy mielić i dodawać do flagowego produktu jego firmy - papierosów Lekkich Młodzieżowych.
Powiedzcie sami - co mogłem zrobić w takiej sytuacji? Zgadza się, koniecznie spróbować uwieść piękną, złowrogą Zofię. Czy to siła nagłego, a niewytłumaczalnego uczucia? Czy chęć zmienienia swojego zadymionego życia? Impuls chwili? Wszystko to brzmi prawdopodobnie. Ale główna przyczyna to fakt, że jestem po prostu strasznie głupi.

Pierwszym krokiem, na jaki w takiej sytuacji mógł wpaść ktoś strasznie głupi, jest oczywiście frontalny atak. Wiedziałem, że będzie mnie to kosztować sporo nerwów, ale postanowiłem odnaleźć moją Laurę na fejsie.
Klik.
"UFF CZO TA SESJA NIE SPAUAM OD 78 GODZIN TAK BARDZO LOSOWYPRZEDMIOT xDD"
To nie Ona.

Klik.
"ludzie przejrzyjcie na oczy ciągle nas okradają są zdrajcami i umrą już nie długo wreszcie porządek będzie"
To też nie Ona.

Klik.
Kroki Ciszy w Moim Jesiennym Pokoju
"każda chwila
jest kamykiem w rzecze
po której stąpasz Ty
i burzysz moje życie swoimi syrami
odejdź więc...
i nie rań mnie więcej"
Ta też nie.

Klik.
"Nic tu nie ma, idź już spać"
Mam Cię.


                                                                                                                                                                   

Na chwilę obecną nie mam pieniędzy, żeby pójść do sklepu po... tusz do klawiatury, jednakowoż

CIĄG
DALSZY
BEDZIE

wtorek, 24 czerwca 2014

Ignorantio elenchi

Wszyscy zaangażowani w teatrzyk popadli w niemałą konsternację, kiedy dołączył do nich Orangutan. Ciężko stwierdzić, czy wiązali z nim jakieś osobiste, pokręcone nadzieje, łaknęli powiewu świeżości, czy po prostu cieszyli się na jego widok, jak to zwykle na widok orangutana. Nie wiadomo też, czy ktoś wręczył mu sznurki, czy sięgnął po nie sam, czy po prostu nagle zawiązały się z powodu przyczyn i okoliczności na jego palcach (paluchach). Fakt faktem – nagle dzierżył napięte i ginące w ciemnościach linki. Kogoś, kto obserwował kulisy by zaspokoić ciekawość – co też zrobi Orangutan – trzeba nazwać kimś naiwnym. Orangutan ma to do siebie, że zawsze pozostaje w zgodzie ze swoją naturą, jaka by nie była. A jest orangutania. Dlatego też pociągał za rzeczone sznurki, pociągał, coś poplątał, coś porwał, coś pogubił i wzruszywszy ramionami poszedł w swoją nieokreśloną stronę, wlokąc za sobą długie łapy, a wraz z nimi kłębki żyłek, nagle już nieginących w ciemnościach.
  __________________________________________________________________________________
To jest moje ciało. Granice tego, co mogę określić sobą. Tego, co udało mi się wydrzeć przestrzeni. Żałuję, że przestrzeń jest niema i nie pyta, po co uparcie formujemy się w jej karykatury. Żałuję też, że muszę odczuwać swoje granice, kiedy brodzę strasznie wymęczony goniąc Go po rumowisku. Za plecami mam Kałac Pultury i inne, bez wyjątku naznaczone miejsca. Przed sobą widzę uparcie oddalające się plecy Tego Typa. Po lewej i po prawej majaczą wielkie, wielkie, zasłaniające cały horyzont gierkowskie bloki. Nogi zaś grzęzną mi po kostki w stosie laptopów, butelek po piwie, smarfonuw, szminek, sukienek, popielniczek i nawet nie mam czasu spojrzeć czego jeszcze.
 Żyję trzy dni na zmianę, zawsze takie same, tak nie do zmącenia, że niby gdzieś chodzę, coś mówię, ale tak naprawdę śpię. Śpię spokojnie, bez koszmarów, bo wiem, że moje dni są nie do zmącenia. Tylko moje noce się od siebie różnią, diametralnie, nie do poznania, że niby się boję, ale tak naprawdę czekam na nie z niecierpliwością, bo wiem, że każda następna będzie mocniej od poprzedniej. Ciekawe jak długo tak się da? Pewnie po prostu w pewnym momencie eksplodują mi zapadnięte oczy. W zasadzie to po co mi one? W dzień i tak śpię, noc i tak jest czarna.
Ciemności. Nie ma większej różnicy, ale dla dobra narracji przyjmijmy, że pytasz mnie w ciemnym, zadymionym pokoju, a nie nad Wisłą. Pytasz – co mi możesz powiedzieć o przerażeniu?
Wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom – niejedno. I opowiadam Ci o tym, jak tuż przed świtem staję na brzegu, rozbieram się i powoli, ale konsekwentnie wchodzę do wody. Głębiej, głębiej, głębiej. Po czym rzucam się w nią całym sobą i równie konsekwentnie nurkuję. Głębiej, głębiej, głębiej, aż do dna. Wyobraź sobie, mówię, że tak sunąc z twarzą tuż przy mulistym końcu, w lodowatych ciemnościach nagle słyszysz szept, prosto w zatkane tonią uszy. Właśnie to wiem o przerażeniu.
Wiem też, że przerażenie wcale nie musi być intensywnym uczuciem. Kiedy sunę po tych bez wyjątku naznaczonych ulicach, które jednocześnie są i nie są moje, kiedy mijam setki ludzi, nienawidzę setek ludzi, albo z setkami ludzi rozmawiam – wiesz co widzę? Nie wiedziałem tego przez tyle czasu, tak długo, póki Cię nie zobaczyłem. Oni wszyscy, kiedy się to porówna i spojrzy w perspektywie, są trupami. W większym, lub mniejszym stopniu, ale trupami. Byłem ślepy, bo też byłem martwy, taki z pustymi oczami. Nie eksplodowały. Mam je wydłubane.
Byłem martwy – ale co uprawnia mnie do używania czasu przeszłego? Chyba tylko świadomość, że jednak istniejesz naprawdę, fizycznie. Że odpisujesz, uśmiechasz się, albo krzywisz. Wreszcie, że razem bezskutecznie uciekamy raz, czy drugi przed świtem. Kilka ładnych litrów zastanawiałem się nad tym podobieństwem i wydaje mi się, że wiem. Najzwyczajniej w świecie oboje mamy wgląd w ten drugi świat. Czy nam się podoba, czy akurat rzygamy na myśl o nim. Tym bardziej rzygamy, że przez uchylone, uchylane, lub wyłamywane siłą drzwi sączy się jad. I ten jad też jest nasz wspólny, smakuje jak luty, jeden, czy drugi.
O przerażeniu wiem jeszcze jedną rzecz.

Nawet kiedy deszczowe chmury upośledzają pełnię księżyca, a mgła podnosi się zewsząd i nie próbuje udawać, że nie osacza, jestem spokojny. To nic, że opieram się o drzewo, a za moimi plecami i przed moimi oczami śmigają rdzawe cienie. Ktoś musi pić, ktoś musi kłamać, ktoś musi być rdzawym cieniem. To nic, że cały jestem mokry od wczorajszego, osiadłego na trawach deszczu. Napiszę więcej – to nic, że nie wiem, gdzie jestem. Prawdziwie przerażające są tylko dwie rzeczy. To, że od kilku godzin, z żadnej strony nie da się dosłyszeć żadnego pociągu, oraz to, że modlitwy nie są wysłuchiwane. Pora spać, za pan brat ze świerszczami.