piątek, 14 marca 2014

Sprawling idiot effigy

Wiosenne, marcowe słońce jest ponad siły, prawda? Dławi, przyprawia o lęk przestrzeni, przenika aż po wątrobę. Naiwni jednak ci, którzy sądzą, że tylko na Ciebie, na mnie, na nas działa ten fenomen. Nieprzebrane mrowie rzeczy, zjawisk i miejsc wykluwa się dopiero wiosną. Weźmy pierwszą z rzędu, najbliższą mi regułę, która tnie to miasto na pół – KM 203. Czy w listopadzie można tam doświadczyć takich rzeczy, które teraz legną się jedna na drugiej? Otóż nie. Począwszy od samej stacji, gdzie młoty, koparki, pomarańczowe hełmy sieją nieporządek i zniszczenie. Na pierwszy rzut oka nikogo to nie rusza – pan żuje gumę, pani pali mentola, koleżanka wygładza spódniczkę. Ale wszyscy, łącznie ze mną są przesiąknięci ogromem rozkładu, przerażeni kruchością czegoś tak stałego jak peron, przemłóceni każdym pojedynczym uderzeniem wiertła. To rozedrganie (już nawet nic nie mówcie, to moje ulubione słowo) nas nie opuszcza, chichocząc wbiega truchtem za nami do wagonów. Dziesiątki pokoleń chciały obnażyć tajemnicę, która kryje się w tańcu światłocieni, rozszyfrować stukot torów i poczuć całe ciepło zasypiającego współpasażera. Nie dało się. Aż przyszła taka wiosna i wszystko leży jak na dłoni. Nie ma już żadnych hipotez, są tylko poglądy. Równie puste, co niezachwiane. Dziś to właśnie poglądy ścierają się w wirującym, zakurzonym powietrzu naszego pociągu.

Daleko za mną, gdzieś pod koniec przedziału siedzi Książę Gapowiczów. Zupełnie trzeźwy, z uśmiechem uwodziciela pali papierosa pewien swojej nietykalności i, co najlepsze, ma rację! Bardzo wiele rzeczy, które myśli przyjmuję z aprobatą i parsknięciem, ale przychodzi też chwila, w której srożę brwi i wyzywająco patrzę w jego stronę. Niedbałość to jedyna dziedzina, której nie oddam, której jestem suwerenem, cesarzem i pankratorem (Pankracym). Albo chciałbym być, co wychodzi na jedno.

Naprzeciw mnie, podtrzymywana przez dwóch, bo ja wiem -  wnuków? zięciów? – sadowi się Królowa Wyzwań. Od samego wejścia rozgląda się wyzywająco szukając niedowierzających twarzy. Jak to? W takim wieku? W takim stanie, pociągiem? Na litość, dokąd? Widzimy się nie pierwszy raz, więc się nie dziwię, ale widzimy się nie pierwszy raz, więc Ona wie, jak mnie uszczypnąć żeby bolało i wyciąga Panią Domu. Lektura Pani Domu pochłania ją, wciąga w inną rzeczywistość, gdzie roi się od pieczeni i poruszających historii z życia wziętych. Nikt nigdy tak nie czytał jak Ona. Sapie, jeden z wnukozięciów ociera jej ślinę, ja mimo ucieczki w Niedbałość cierpię.

Z przodu, po prawej, w jakimś oczywiście niebanalnym miejscu tkwi Księżna Pogarda. Powiedzieć, że zadbała o wszystko, to nic nie powiedzieć. Mam wrażenie, że znaczna część jej promieniujących na otoczenie cech uformowała się sama, bez udziału świadomości, kierowana jakimś wewnętrznym komisarzem do spraw Pogardy. W uśmiechu ma tyle serdeczności, że prawie ja bym się nabrał. Wycofany wygląd, notatki z Ważnych Spraw, delikatne przebarwienia cery. I chęć wdeptania wszystkich podłogę, bo cokolwiek. Pewną odległość czasu temu bym ją rozumiał, ale teraz starannie unikam kontaktu wzrokowego.


Nigdy nie może być jednak tak, że każde siedzenie to tron, a każde spojrzenie to wyrok. Dlatego między nami wszystkimi kroczy Pan Konduktor, kolejnymi skinieniami głowy na nowo ustalając porządek rzeczy i regulując wszystkie kwestie formalnoprawne. Rzesze (ze dwadzieścia osób) wyciągają ku niemu dłonie, prosząc – panie sprawdź nas. Tylko nie my. Kurz w powietrzu iskrzy i narastają takie zapasy woli, takie przeginanie pały, aż cały skład podskakuje na kręgosłupie jakiegoś nieszczęśnika. Dużo mocniej niż zazwyczaj w takich razach. Książę Gapowiczów, który już, już miał mówić, że nie pamięta jak nazywają się jego rodzice, podskakując przypala sobie raz za razem twarz niedopałkiem, Królowa Wyzwań zachłystuje się małą mineralną zapobiegliwie podaną jej przez któregoś z dwóch, celem zwilżenia gardła przed mająca nastąpić tyradą szkalującą konduktorów. Księżna Pogarda kaleczy, raz za razem okropnie tnie sobie dłonie arcyważnymi notatkami. Co ze mną, zapytacie? Ja siedziałem w pozie na tyle obrzydliwie niedbałej, że za którymś podrygiem wagonu zwyczajnie wyleciałem przez okno patrząc jak rozrywany zwielokrotnionym poczuciem obowiązku konduktor naprawdę rozpada się na kawałki, a cały zachlapany jego krwią przedział spada w taką otchłań, w której już nikt nigdy go nie znajdzie. Że też są takie miejsca na Mazowszu.

poniedziałek, 10 marca 2014

Zemsta w Krainie Chmur

W czasach tak przepełnionych chaosem jedynymi spoiwami chroniącymi firmament przed widowiskowym pęknięciem i zawaleniem się w lakoniczne, choć wyraziste pizdu, są sukcesy. Te najlepsze mają tylko jednego ojca (nie, nie mnie, spokojnie, nie będziesz dziadkiem), a w omawianym przypadku matkę, i to matkę niewątpliwą, przepełnioną swoim macierzyństwem po brzegi spojrzenia. Za każdym razem wychodząc dziękuję. Bo tak mnie wychowano, ale także dlatego, że zasianie mi w głowie przeświadczenia mówiącego, że mój pobyt tutaj jest jeszcze przez pewien czas uzasadniony (Gnadolf! Ty żyjesz!), to z pewnością spektakularny sukces z gatunku tych trzymających ostatnie czasy w ryzach.
Istnieją plusy wynikające z tej potwornej, nieznośnej i pewnie bolesnej kakofonii wybuchającej pod sklepieniem z byle powodu, a czasem bez powodu. Zaglądasz mi przez ramię i z łagodnym (z takimi jak ja trzeba łagodnie) zdziwieniem szeptem pytasz - jak to pewnie bolesnej? Rozpływam się, kiedy szepczesz, ale gdybyśmy mieli wyjaśniać wszystkie niejasności, spajać niespójności i prostować wszystkie karkołomne zawijasy, których się podejmuję, to równie dobrze moglibyśmy już dziś położyć się w wysokiej, wysokiej trawie, założyć ręce za głowy i gapiąc się na błękit pozwolić, by nasze kości, o radości, porosły mchem. Jeśli sobie życzysz, to proszę, nie krępuj się. Stwierdzę wtedy, po uprzednim wystudiowanym i świadczącym o niezmiernym darze przewidywania westchnięciu, - a więc to już. Prawa autorskie arter rademyśli.
Stwierdzę, ale mimo przemożnych chęci zostanę, ponieważ nie tak dawno temu zyskałem całe mnóstwo Rzeczy, których wcześniej mi brakowało, w tej liczbie również poczucie obowiązku. Dla odmiany ten obowiązek mam zamiar wypełnić, z wykorzystaniem wszystkich podarowanych mi, wrodzonych, ukradzionych, czy syntetycznych przymiotów ducha.
Wiedziałam. Tak myślałem. Tego się spodziewaliśmy. Słyszę, słyszę bez przerwy mnóstwo rzeczy, a pośród nich i takie szepty, bardzo różne od Twojego szeptu. Z tym zastrzeżeniem, że nie. Nie wiedziałaś, nie przeczuwałeś, nie twierdziliście. Owszem, czasem ktoś artykułował jakieś swoje pełzające obawy, ale zawsze z wrzaskliwą nadzieją, że będzie inaczej. Tylko ja, wyłącznie ja, ja jeden wiedziałem od początku, że nie będzie inaczej i nie powiedziałem i za to trzy dni w kozie siedziałem. Taka wiedza i taka upiorna lekkość godzenia się z tego typu wiedzą nie zostały mi dane ze względu na moją wyjątkowość, głównie dlatego, że coś takiego jak wyjątkowość nie istnieje. Nie zdobyłem ich konsekwentnym uporem, nie wygrałem, nie wyprosiłem. To po prostu taki ficzer bycia mną w ramach rekompensaty za wygląd.
Ale, ale! - chrypisz, co z tym twoim wielkim obowiązkiem, zadaniem do wypełnienia? Bezwarunkowo kapituluję wobec Twojego ochrypłego głosu, ale obłęd ma prawo do płynięcia (tak właśnie, płynięcia!) zupełnie niezależnie od Ducha Opowieści. Zrozum proszę to prawo, ponieważ w przeciwnym razie pozbawisz mnie determinacji niezbędnej do położenia się, gapienia, pozwolenia.
Poczucie obowiązku zostało mi dane na środku morza. Powoli wstawał świt, a światło miało tak rozległe pole do popisu, że bez żadnych przeszkód wyganiało wczorajsze zatęchłe demony. Trzeźwiałem i smakując ten proces (niesmaczny) przeczuwałem Twoją obecność tuż za horyzontem. Musiałaś drzemać w którejś pękniętej chmurze, zdradzało Cię drżenie powietrza, a teraz głupio pytasz. Trzeba było nie spać.
Cierpi ten na wpół zdechły, coraz ciszej piszczący na ulicy kot, czy nie cierpi? Czy cierpią kaleczone i zabijane przeze mnie dorsze, które leżą w moim pokoju całymi stosami, jak oślizgła hekatomba? Ta dziewczyna, u której widzę bladość rąk, piegi i lekko wywiniętą dolną wargę, a która u mnie, dookoła mnie i dookoła siebie nie widzi nic - cierpi? Pilch, czytający list ode mnie bez jednego drgnięcia twarzy? (za ten żart powinien mnie ktoś w mordę dać) Ty? Ja? Pan cierpi, pani cierpi, ja nie cierpię.  No właśnie, nie cierpisz, przynajmniej nie teraz i właśnie to zubożenie paradoksalnie sprawia, że cię stać. - na cynizm, na gwałcenie na przemian formy i treści, na chaos, na uśmiech, wyrachowanie i szczerość. Skoro cierpią koty i skoro cierpią dorsze, to czemu miałaby nie zapłonąć pożoga? I zapłonie i spopieli wysoką, wysoką trawę i wypali do cna nasze kości i porastający je mech. Jedyny problem bierze się tradycyjnie z nieubłagalności. Nieubłagana kolej rzeczy sprawia, że żadna, nawet nieubłagana, pożoga nie wybucha sama z siebie. Rozpali ją pieszczotliwymi ruchami ktoś specjalnie po to wykolejony. Zrobi to nie z racji zyskanych przymiotów ducha i nie dla utrwalenia swojego imienia, ale z przekory i z przekonania, a będzie już wtedy kimś tak obrzydliwym, że nawet mocodawca odwróci się od niego. I zapłonie i podpali i spłoną.
Lama sabachthani?

wtorek, 11 lutego 2014

Death pierce me

Po wielu, wielu perypetiach, metodą prób i błędów odkryliśmy nowy rodzaj nocnej nietrzeźwości - trzeźwość. Pocieszające jest to, że ktoś już tu był przede mną. I to nie byle kto, a mój ojciec. Doprawdy wielki (2 METRY) człowiek, chyba tylko dzięki niemu nie gubię się tu, gdzie jestem, tak jak gubiłem się rozpaczliwie w Mińsku. Rozpaczliwie, ale nie definitywnie. Jestem, byłem w stanie bowiem znieść taką rozpacz, a bywa ona udziałem każdego, kto czuje całą wrogość nocy i błota. Przed kompletnym zezwierzęceniem uchroniły mnie reklamy, a tych w Mińsku jest więcej niż przewidują humanitarne normy. Kebab - Habiba. Farby i kleje - Arkadia. Żabka - 3go Maja. Suknie ślubne. Usługi pogrzebowe.
Postanowiłem odwlec wspomnianą definitywność i chociaż porwałem sznurówki ze trzy razy, to udało mi się wydostać. I znaleźć nową nietrzeźwość. Jak ojciec z zaskoczeniem odkrywam w sobie zamiłowanie do hektolitrów mocnej, słodkiej herbaty. Zaniepokojony myję sześć razy dziennie zęby, bo wszystko jest gorzkie. Obsesyjnie myślę o okaleczeniu lewej strony twarzy. U licha, dlaczego tylko lewej? Musi coś być w tym wszystkim, co ludzie gadają, bo właśnie lewa strona mi drętwieje, kiedy osuwam się pod biurko ściskając w ramionach klawiaturę. Podszedłbym do lustra zobaczyć jak z tym wyglądam, ale się boję. W ogóle trochę się boję wychodzić z domu. Nie ufam sklepom. Nie umiem mówić. Coś we mnie zdycha i sapie w agonii, przez co ja sam wzdycham. Czego wzdychasz? Nie wzdychaj.
Z zapamiętaniem pochłaniam ciepłe posiłki szepcząc credo odwlekania i z rozkoszą katuję się biegając bardziej, niż biegaliśmy razem dawno temu. Pamiętam dokładnie całe Dawno Temu, ale nie bardzo wiem, co się działo przed dwoma tygodniami.

"-To wszystko dookoła... Ono jest?
-Jest, czemu by nie? Tylko ciebie nie ma. Ale to nic, przywykniesz"

Czy kogoś jeszcze interesuje co się zdarzy? Kto ośmieli się z całą mocą stwierdzić, że cokolwiek ma znaczenie? Ja mam za to odwagę kalać się komunałami, zupełnie bez wstydu. Zgubiłem wstyd w pociągu. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że jest tylko jeden pociąg? Tylko jeden, szwendający się to tu, to tam pociąg, który znika, kiedy jest odwołany i opóźnia się, kiedy moje zamiary chcą mi zaszkodzić. Tak naprawdę, ci wszyscy zmarznięci, zniechęceni, przeklinający ludzie, niedotrzymane terminy, gorączkowe telefony - to wszystko było tylko po to, żebym nie umarł przez zbieg okoliczności. To jedno udało mi się wyprosić, bo zbieg okoliczności to najnędzniejsza okoliczność. W ciągu każdej minuty migotliwie współgrają dwa rodzaje niemyślenia (jak dwa rodzaje nietrzeźwości) - dudniące pustką niemyślenie  transu i pełne rwącego synapsy szumu niemyślenie natłoku. Właśnie dlatego nie da się zachować równowagi ducha bez słuchawek, a ja nawet nie mam własnych słuchawek, tylko Twoje. Jeśli jednak przez dwanaście lat życia inwestowało się w dobre stosunki z paniami pracującym w basenowej szatni, to można się znieczulić inaczej. Woda jest zimna, tor pusty, okno otwarte, ale po pierwszych pięciuset metrach czuję kochane gorąco rozlewające się po twarzy i wywracające oczy w głąb głowy. Zupełnie pozbawione pierwiastka ludzkiego, rytmiczne dźwięki otępiają mnie na tyle, że zapominam o swoich ograniczeniach (to jeszcze mi zostało) i w zupełności wyczerpuję formułę robienia czegoś ze swoim życiem na kolejne trzy dni. Ta dziewczyna, która pływa obok i która kupiła studencki, chociaż nie wygląda - o czym myśli, kiedy kilka centymetrów przed jej twarzą przesuwa się pustynia kafelków? Jak wygląda jej pokój? Czy będzie kiedyś chciała umrzeć? Myślę, że tak, chociaż patrząc na rumiane policzki bez makijażu wiem, że studiuje w Siedlcach, że przywiózł ją ojciec. Wróci wieczorem zziębnięta, ale dalej w pewien zrezygnowany sposób szczęśliwa do mieszkania w bloku, młodszego brata i kuchni pachnącej plackami ziemniaczanymi. Nienawidzę jej za te placki ziemniaczane i za ładne, oszczędne ruchy przy żabce.

Poseł Śniadek wchodzi na mównicę, żeby wykrzyczeć swoje na temat ustawy o lasach państwowych do pustawej sali posiedzeń. Wszyscy pracują pilnie w komisjach, a ja ziewam na galerii. Nic z tego jednak nie będzie, jestem zupełnie bezradny wobec tego miasta, jedynie masochizm popycha mnie do metra. Może gdybym rzucił się z nożem na ten patrol policji..? Nie, to już zupełna klisza. Żeby należycie pofolgować próżności wybrałbym tłuczek do mięsa. Ten sam, którym próbowaliśmy setki lat temu zrąbać drzewo w wakacje, a ja trafiłem w swoje kolano. Kupa śmiechu.
Spakować należy ręcznik, ubrania i bieliznę na zmianę, klapki, szczoteczkę. Dopuszcza się posiadanie telefonów komórkowych po uprzedniej konsultacji. Sznurowadła, pasek, klucze i inne ostre przedmioty zostaną złożone w depozycie.

środa, 8 stycznia 2014

Sangre por sangre

Tym razem się uda, tym razem na pewno mój, pachnący jak maj w mieście, sen, nie zechce mnie dusić, ja się dusić nie dam. Przebiję się brawurowo, naprzód głowo przez zasieki szesnastu przepełnionych rozpaczą budzików i wstanę wcześniej niż wszyscy. Nie wstałem.
Więc z samego rana, godzina trzynasta, najpierw huk syren na wskroś przez zadymione powietrze, przez okna, przez łeb, w dół niżejniżej i mdłości są na czas, pojawiają się równo z zamglonym obrazem sufitu. Właśnie na suficie, gdzieś w gęstwinie pęknięć tkwi Ważne Przypomnienie. Biorę je do ręki, do serca i przypominam sobie. Ktoś dzwonił, coś rozmawiałem, coś mam zrobić. Jest czternasta zanim napuchły kształt uformuję w jakąś twarz. Pełni podziwu powinni być chirurdzy plastyczni, makijażystki, rowerzyści, w ogóle wszyscy powinni być do cholery przepełnieni podziwem widząc jak trzymam się kurczowo zlewu i jak trzymam się kurczowo z dala od lustra, a jednocześnie jak moje ruchy są pewne, wyćwiczone, przepełnione pewnością efektu końcowego – siebie. Może i jestem spóźniony, bo tysiące ludzi zrobiło to kilka godzin wcześniej, ale moje starania są bardziej rozpaczliwe, a ich skutek bardziej umykający rozpaczy.
Samochód, gdzieś mam jechać, na razie nie wiem gdzie, ale w drodze sobie przypomnę, mam czas. Gdzie bym się nie wybierał, i tak droga prowadzi mniej więcej tak samo. Więc prowadzę na pamięć i klnę bez przekonania, acz płynnie, chyba tylko po to, żeby nie wypaść z wprawy, wspólnej dla wszystkich. Klnę z obawy, że któregoś dnia zapomnę nawet tego, a przecież od małego każdy po swojemu wydreptuje sobie swoją plugawą ścieżkę, dobrze jest wracać do radosnych i pięknych momentów dzieciństwa.

-Dlaczego tak powiedziałeś?
-Byłem zły.
-Wiesz co to znaczy?
-Chyba nie.
-No to słuchaj.

Stoję między półkami w sklepie i próbuję wydusić z siebie parodię procesu decyzyjnego i przy okazji nie pozwolić, żeby rozwiązały mi się z wysiłku buty, zsunęły ubrania, rozpłynęła twarz, popękały kości. To tera tak – nie mam pieniędzy, jeśli kupię jakieś łatwe jedzenie i jakiegoś energetyka i coś dobrego tak dla picu, to ile będę miał pieniędzy? Więcej? Chryste, to takie śmieszne, że muszę się przewietrzyć i kroczę dookoła zalewu. Kroczę, mój wzrok i mój kradziony papieros nie pozostawiają cienia wątpliwości, że pozostałe trzy osoby, które da się zauważyć w granicach horyzontu są tu tylko i wyłącznie dzięki mojej pańskiej uprzejmości, krokiem mierzę moje włości. Nagle w kieszeni materializuje mi się ciężar telefonu, sam aparat był tam cały czas, ale dopiero teraz mogę go poczuć i wyjąć. I dobrze, bo robi się ciemno, ludzie od psów gdzieś zniknęli, psy zostały, całe sfory biegają gdzieś w zasięgu słuchu i węszą za padliną. Muszę szybko gdzieś dotrzeć, bo sam padnę. Przez te wszystkie skomplikowane widoki na niebie zapomniałem o mdłościach, a mdłości tego nie lubią. Jeśli przypadkiem w swoim rozkapryszeniu uznają to za afront, to mogą zacząć się panoszyć, jak katedra o świcie. To jest zupełne wariactwo jak dużo jest katedry o świcie, praktycznie nic innego nie da się zauważyć, nawet przez teleskop. Może nie mam racji? Może nie mam racji. Będę musiał się przekonać, tak, to jest piękny priorytet, wart jakiegoś wysiłku, jakichś środków, trzeba będzie zacząć coś przedsiębrać. Ale na razie szarówka, nieproszony wiatr w połach kurtki, głód i niesmak. Żeby tylko w ustach. A tu bum, niesmak w oczach! I tak się ukłonię, z sąsiadami trzeba żyć w zgodzie, mimo wszystko niechęć to nie ulatniający się gaz. Na balkonie  ustawiam teleskop, przewrotnie robię to dobrze. Myśl, że wcale nie będę przez niego patrzył napawa mnie głęboką satysfakcją, nie wiem, czy w dużym pokoju nikogo nie ma, czy ktoś śpi, ale to nie robi większej różnicy. Zaczerpuję całkiem dużo magii do płuc i nie wypuszczam jej już do jutra. Stoję za nim i patrzę jak stuka w klawisze. Ten dźwięk pachnie jak miasto w maju, a zapach miasta w maju jest pełen obietnicy. A jest styczeń. Dystans zdolny odstraszyć lepszych i stabilniejszych ode mnie.
Na szczęście nie ma żadnych zdolniejszych, adamszych ode mnie w całem barze. Jak tu nie uśmiechnąć się do takich dwóch wspaniałych łobuzów, kiedy klepią zawzięcie w piersiówkę, chciwym okiem łapiąc ostatnie krople wpadające do szklanki z piwem, z rozmachem pac ręką w stół! Weto, jeśli zostały nam dwa ostatnie papierosy, to postuluję grabież! Grabież dochodzi do skutku, ja dochodzę do wniosku, że jak tu się nie uśmiechnąć do dwóch takich urwisów, urwisy po łokcie w wymiocinach, chłopaki macie jakieś kiepy? No ja wiem, ja wiem, ja wiem, że nie. A kiepy jakieś macie?
Ale choć lewe oko mętnieje mi i gaśnie na zawsze, choć obaj gaśniemy gdzieś w bramie, to wcale nie oznacza Waszego tryumfu. Wcale nie macie z automatu racji, z automatu krótkimi seriami, po bruku, po bruku ślizgają się pierwsze promienie, pożal się boże, słońca. Wraz z tymi promieniami, w kałużach wczorajszych, pełnych wstydu ślizgamy się my i promieniejemy. Raźno i z butą, i z butów strzelamy po chodnikach, tupiemy, dudnimy, musicie nas przecież słyszeć! Więc kiedy ty masz właściwie urodziny? Nie wiem, zadzwoń do mojej matki. Ona też mówi, że nie wie.

środa, 7 sierpnia 2013

Summertide's approach

Proszę o ciszę, wszystkie buzie na mnie. Raz, dwa, trzy - klask! - gasną światła. Klask, klask - otwiera się piwo i jest stoutem i Pan wie, że jest dobre. Klask, klask, klask - zapalają się kontrolki i droga na Sobieszyn zaczyna w przedświtowych mrokach nawijać się na koła. Klasklasklasklasklasklask - to ty przed komputerem, zboczeńcu. Ja szukam podniet w okropecznie wąskiej drodze, kiedy wiozę skostniałego po imprezie Gargulca do domu. Wszystko byłoby w porządku, jak na normy romanuwki. Warto zauważyć, że te normy dopuszczają szeregi, dziesiątki, setki kwiatów doniczkowych pokradzionych po różnych miejscach i ustawionych w innych śmiesznych miejscach, ku zdumieniu i uciesze gawiedzi, o ile gawiedź zechce rano wylec z domów. To, czy wylegnie, pozostaje jednak bez znaczenia, tak jak szeregi, dziesiątki, setki innych rzeczy. Jak już mówiłem - wszystko byłoby w porządku, gdyby nie. Gdyby nie to, że prowadziłem w garniturze i gdyby nie skrzypce jęczące w głowie od samego Łukowa, mimo wyłączonego radia. Czasami przypominały mi skrzypienie drzwi, kiedy ktoś drugi wyrzuca koty z pokoju, bo budzą. Kiedy indziej były jak skrzypienie konfesjonału, w którym ktoś niecierpliwie się wierci. Kto? Dlaczego? Pozostawiam to waszej wyobraźni. Momentami trzeszczały jak winda w szpitalu, ta duża, co łóżka nią mogą jeździć. Na jeszcze innych wirażach skrzypiały jak twój fotel przed komputerem, zboczeńcu. Jednak wciąż były to skrzypce i wciąż przebrzmiewał w nich zakurzony okultyzm, jak to w skrzypcach. Jeśli komuś się wydaje, że taki okultyzm sprzyja prowadzeniu, to niech ten ktoś uda się na długi spacer i mię nenenerwuje. Bo nie sprzyjają. Nie sprzyjają na tyle, że za Wojcieszkowem jakem wpadł na słup, tak wylądowałem parę ładnych metrów dalej przed samochodem. Nie mogę się zapinać, mój ojciec też nie może i jego ojciec nie mógł. Albowiem wszyscy trzej się w pasach dusimy. Na początku to nawet było w porządku, nieprzytomny leżałem i nic mi nie dolegało, wedle mojej najlepszej wiedzy. Ale jak się ocknąłem, to najpierw spróbowałem ruszyć głową, potem zwymiotowałem z bólu, a później umarłem.
Jakie furie mnie gnały, że zgarnąłem z podwórka psa, zdjąłem skarpety i z papierosem w krzywych zębach zacząłem iść po trasie? Najpewniej jakieś brzydkie. Jakie mary podgryzały moje bose stopy, że wygrzebałem, łamiąc paznokcie, kamień z rowu i cisnąłem nim w wiatę przystanku MPK, rozbijając szybę? Najpewniej jakieś pijane. Pech, chcąc nie chcąc, sprawił, że akurat jechała tamtędy Nasza Policja. Los z niesmakiem sprawił, że był to ten sam radiowóz, który wiózł mnie na dołek. Pustki we łbie kazały mi wiać, gdzie pieprz rośnie. Niestety, pieprz rósł akurat gdzieś po drugiej stronie ulicy, więc jadący z naprzeciwka opelek elegancko we mnie, notabene, przypieprzył. Wzniosłem się na wyżyny i konsekwentnie opadłem, tak często bywa w nocy. No i umarłem.
Urwałem się w środku mszy, bo przecież trzeba na pociąg, bo jechać trzeba, nieprawdaż wujku. Ale nie wsiadłem do KM 203 (tak, teraz, kiedy słońce świeci jak trzeba, wiem z całą pewnością, że to 203, a nie 302), albowiem nie miałem wtedy portfela, a co za tym idzie i biletu. Więc polazłem wzdłuż torów, bo co miałem zrobić? W stronę miasta polazłem, chwiejnie trochę, ale z przeświadczeniem, że będzie dobrze, bo teraz przecież nie umrę. NIESTETY, w pewnym momencie chaszcze po lewej stronie stały się nieprzekraczalne, niczym pewnie pewne granice i zostałem przez matkę naturę, która pewnie w innych okolicznościach użyczyłaby mi gościny w tych chaszczach, zmuszony do przejścia na prawą stronę torów. I w trakcie mojej wędrówki wsadziłem nogę w zwrotnicę. Zwrotnica akurat zadziałała, powodowana ręką dróżnika, czy kogotam i zostałem pozbawion mobilności, na rzecz pełnej refleksji, statycznej i niewygodnej jak chorera pozycji stojąco - kulejącej. Dłużyło mi się już, kiedy tak sterczałem, jak, nie przymierzając, pięść w nosie i zacząłem nawet pisać zabawnego smsa do Artura, ale nadjechał pociąg i umarłem.

It comes in whispers



Jest gorąco – stwierdzono jednogłośnie. Jednym głosem, ale o różnym natężeniu. Zaduch – mówiły na cmentarzu. No, nieźle – leniwie stwierdzano w biurach. Goronc, panie – przez papierosowe kłęby dolatywało z Mostostalu. Jak gorąco? Jak chuj – mamrotali skacowani ratownicy. Najgorzej jednak sarkano na Romanówce. Między starymi, a nowymi blokami snuły się grupki w grupach wiekowych, wszyscy zbratani jedną dolegliwością. Konsekwentny, mdły, organiczny, a przy tym nieludzki fetor z godnością rozpełzał się po całym osiedlu już o dziewiątej i trwał w bezwietrznym, rozgrzanym powietrzu, potęgowany przez nie aż do dwudziestej pierwszej. Różne autorytety podnosiły różne tezy, które kolejno upadały pod ciężarem swojej własnej bezbłędności. To wywożą gnój w Żelkowie i tak niesie. Nie, to śmietnik koło rzeźni. Nie, to garbarnia. Nie, Zalew zakwita. Niechętnie prowadzone w skwarze rozmowy na takie właśnie tematy toczyły się nawet w ścisłym centrum, pod dworcem, w barach, kebabach i lumpeksach. Prawda była jednak zgoła inna, a niektórzy z nas się jej domyślali, choć też niechętnie – goronc, panie.

Jak to zwykle bywa w takich historiach, a prawdę mówiąc, i w życiu – wszystko jest dobrze, póki się nie spieprzy. Pracę w policji stracił jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Żona umarła niedługo później. Pies sobie poszedł. Sąsiedzi upominali się o długi. Wraczejąc coraz wyraźniej, dotelepał jakoś aż do czasów, o których mowa. A mowa o czasach dziwnych i upalnych. Recesja dawała się we znaki wszystkim, liczono się z groszem, ze słowem mniej. Okołokoliczności jak raz, żeby prosperowały mety. I prosperowały, Jego też. Tym bardziej, że prócz przetwarzania przemysłowych ilości wódki i papierosów, chociaż raz na miesiąc wypadałoby zjeść (niektórzy studenci polonistyki zapalczywie walczą z tą tezą). Traf, ślepe siły, zły chciał, że inny policjant emeryt dorabiał jako cieć w prosektorium. I wszystko było dobrze, póki nie zrobiło się gorąco i nie zaczęło śmierdzieć.

Śmierdziało niemiłosiernie, a my chcieliśmy to z siebie zmyć, albo, według planu minimum, pójść przynajmniej na piwo. Ale tak porządnie, jak rany! Jak na złość, po całej nocy zmagań ze stoutami, pszenicą, lagerami, ajpami, po wizycie w czterech barach, pieniądze od ZHP Mokotów się skończyli. I trafiliśmy z pochmurnemi czołami na dach. Na dachu poszły w ruch zapałki, słuchawki, drobniaki wyciągane z morderczo zapomnianych miejsc i odbyła się narada wyraźnie sugerująca porażkę, bo odbywająca się w pozycjach leżących. Byłem zły, bo miałem już dość sugestywnej więzi łączącej nocne niebo i podłe piwa. Jakby tego nie było dość, gwiazdy postanowiły spadać przyprawiając naszą wiarę w stałość pewnych pojęć o chwiejność (niewykluczone, że spadały przytłoczone podłością piw). Pod nami jeździły radiowozy i taksówki, a nad nami wte i wewte śmigały bezczelne gwiazdy. Pora zaś była bezbożna, tak jak nasz stan, kiedy senność bierze ciało we władanie, pozostawiając duszę na pastwę bezbrzeżnych otchłani rozpaczy

„Lecz cienie nasze – Boże mój! – nie wypuściły flaszek z dłoni

I tylko inny płynie czas – i tylko szkło inaczej dzwoni”

I zdarzyło się tak, że poszliśmy z dziewięcioma butelkami na wymianę i dwunastoma złotymi do nocnego, a idąc rzucaliśmy wyzwanie radiowozom i taksówkom, bo szliśmy nago. Tak, tak, to właśnie przez nas świt tego dnia wstał dwie godziny później, długo walcząc z obrzydzeniem. Szczęśliwi i złaknieni nowych wrażeń weszliśmy do wody, a w tamtej rzeczywistości nie byłem ratownikiem i nie zabroniłem tego kategorycznie. Ślicznie było zanurzyć się w mglistej wodzie i płynąć, płynąć, płynąć w mroku tuż przy dnie, myśląc o tym, jak powinno się karać ludzi używających słowa „genialne”.

„Lecz cieniom nagle zbrakło sił, a cień się mrokom nie opiera

I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera”

Bardzo długo Rzeczy nie mogły dojść do porozumienia, czy nasz przypadek to ich działka. Logika argumentowała, że postąpiliśmy dokładnie wbrew niej i nam się nie należy. Literatura przepadła gdzieś szukając podobnego casusu. Muzyka nie była nam wroga, zwłaszcza, że całą noc śpiewaliśmy (choć to akurat mogło jej urągać). Dyskusję przerwała Statystyka, stwierdzeniem, że najwięcej utonięć (nie utopień!) wynika ze wcześniejszego spożycia, więc śmierć naszej czwórki to jednak Rzeczy, a nie Ziemniak. Miało minąć jeszcze dobre kilka dni, zanim spuchnięte, cieknące i sine zwłoki zostały wyłowione.

"Lecz dzielne flaszki – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!

I same przez się siup do ust, pachniały treścią same w sobie!”


Z lekkomyślnością właściwą naszemu wiekowi postanowiliśmy nie przejmować się własną śmiercią i ruszyć w drogę powrotną do domu.
-Niczym błyskawica!
-Tak szybko?
-Nie. Zygzakiem.
Świt widząc, że okryliśmy już swój dezabil postanowił nadrobić opóźnienie i gonił nas wściekle, rzucając na oślep jasnymi smugami utkanymi z obowiązków. Zmykaliśmy raźno na boki, a tak naprawdę to nie, bośmy ledwo szurali kopytami po zarzyganych chodnikach. Drogi nasze się jakoś rozeszły, pogodziłem się już prawie ze wszystkim i usiadłem na przystanku. Gdybyście wtedy przechodzili obok, rzucalibyście pełne niesmaku i domysłu spojrzenia. A niesłusznie! Bo może ja, właśnie ja, czekam sobie tutaj na pierwszy autobus? Tego wiedzieć nie możecie. 
I w ogóle, pogódźcie się już z myślą, że niczego nie możecie wiedzieć na pewno i idźcie dalej.
Toteż siedziałem, czekając na to, aż coś się stanie, zmieni, zatrzęsie,  i czekałem siedząc na przystanku. Czy wiecie już, z doświadczenia, co się stało? Zgadza się. Nic.

„Nic – tylko płacz i żal i mrok i nieświadomość i zatrata

Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?”

Gdybym był lepszy, silniejszy, wytrzymałbym do tej szóstej rano, nie odpadł. Ale tak się nie stało i nie zamierzam się tłumaczyć. Faktem pozostaje, że właśnie wtedy do mieszkania w bloku naprzeciwko mojego Definitywnego Przystanku wparowała policja i aresztowała Go, zabezpieczając kilka lodówek oraz to, co nie mieściło się w lodówkach, psuło w upale i śmierdziało na całe osiedle. Dwa tygodnie później Jego córka się powiesiła, ale zupełnie bez związku – straciła pracę w warzywniaku.

wtorek, 25 czerwca 2013

Legend of the arrival club



Kapitan Major R. (ps. Rubella) zaszczycał Powłóczyny swoją obecnością po raz pierwszy. Ten pierwszy raz miał się różnić od innych pierwszych razów pod wieloma względami, ale jedno było na swoim miejscu – zawód. Z miejsca spotkał go zawód natury służbowej, zaś służba, choć chwalebna, to przecież płatna, stanowi pewien sposób na życie – zawód.. Żaden z psów czatujących pod gospodą nie obszczekał służbowego willysa, kot grzejący się w ostatnich podrygach wrześniowego ciepła nie podniósł łba z parapetu plebanii, twarze nie wykwitły w oknach. Oznaczało to silne wpływy obcej agentury, względnie bezwzględną popołudniową obojętność mieszkańców wobec spraw tego świata. Z akt, które otrzymał w komendzie wojewódzkiej wynikało, iż największe skupisko fermentu stanowiła gospoda królująca przy niewielkim rynku. Komenda wojewódzka bardzo rzadko się myliła, co skonstatowawszy, dzielny utrwalacz władzy państwowej skierował swoje kroki ku rzeczonemu przybytkowi wąsko rozumianej konsumpcji. Długa, szeroka i nisko sklepiona sala skąpana była w błękitnych kłębach szportów, przez które tu i ówdzie przezierała ogorzała, ponura twarz. Tak nagłe zetknięcie z terytorium wroga wprawiło kapitana majora w głębokie zamyślenie, które było zapowiedzią długiej serii powłóczyńskich zamyśleń. Właśnie przez nie kapitan major z czasem popadł w ciężką melancholię, zakończoną samobójstwem. Kolej rzeczy typowa dla przyjezdnych. Tymczasem jednak godny przedstawiciel bezpieki zasiadł w zamyśleniu przy barze i raz jeszcze omiótł wzrokiem salę. Bogiem, a prawdą, omiatanie to było coś, co nie zaszkodziłoby gospodzie w Powłóczynach, jednak nie znalazł się nikt, kto odważyłby się o tym wspomnieć głuchoniememu ajentowi, a R. nie zamierzał zaczynać pracy w terenie od konfliktu z miejscowymi zwyczajami.
Przy stole pod oknem zasiadało sześciu lokalnych władyków. Na czas, o którym mowa, przypadał złoty wiek ich panowania, zbiegający się w czasie z jesienią ich życia. Jako podrostkowie, kręcili się przed gospodą, kiedy jeszcze należała do starozakonnych, jako krzepcy mężczyźni wpadali do niej o świcie, budząc nowego właściciela z niemieckiego nadania, który zawsze miał przerażenie w oczach, z marsowymi czołami patrzyli na odbudowę miasteczka, węszyli nieufnie po nowych budynkach kolekcjonując zmarszczki, aż zauważyli, nie trzyma ich tu nic i nikt i przycupnęli w gospodzie pod oknem, widoczni tylko na jego tle. Liczono się z ich zdaniem, ale nie pytano o nie. Górecki, toczony przez egzemę, był specjalistą w zakresie oczyszczania politury, Ozierski, potomek kozaków, w delirycznym uniesieniu snuł się półnago po okolicznych sadach i lasach, Misztal miał rękę do koni i na pieńku z burmistrzem, Buras odzywał się z rzadka, zżerany przez zazdrość, cierpiał na marskość wątroby, Radomyski, w cywilu szewc, dla odmiany gadał i klął jak najęty. No i był jeszcze O. były ksiądz, wciąż mieszkający kątem na plebanii, amator wody kolońskiej.
Cała szóstka mierzyła teraz zblazowanymi spojrzeniami przybysza. Mierzenie nie trwało długo – przybysz miał około stu siedemdziesięciu centymetrów. Widać ten wniosek zadowolił starszyznę, która wróciła do kontemplowania baterii pozaczynanych butelek różnych kształtów i objętości. Zaznaczyć trzeba, że butelki zajmowały całą powierzchnię stołu, a stół mały nie był i nigdy nie zauważono, żeby którakolwiek spadła na zakurzoną podłogę. Tak tylko mówię.
Dwie setki wódki, które kosztem torsji wmusił w siebie kapitan major na nikim w knajpie nie zrobiły wrażenia, za to jego samego zmusiły do wycofania się na z góry upatrzone pozycje, po tym, jak zakrztusił się dymem zapalonego papierosa. Klnąc pod nosem brak przeszkolenia w tym niewątpliwie wszędobylskim tutaj zakresie opierał się o czyjś płot i planował. Trzeba zaznaczyć z całą stanowczością i w zgodzie z prawdą historyczną, że brak doświadczenia nie wynikał bynajmniej z braku starań kolegów w szkole oficerskiej. Jednakowoż ludzkie starania i dobre chęci mają niewielką siłę przebicia w perspektywie transcendentnej interwencji, która kazała R. – oficerowi in spe, zajmować się, bądź litościw mu grzesznemu, poezją.

Poezja miała w Powłóczynach zakrojone na szeroką skalę i grubymi nićmi szyte tradycje. Przed wojną urzędował tu pewien euforycznie doceniany i trafnie zdiagnozowany kretyn, znany z tego, że potrafił przez tydzień pić w wynajmowanym pokoju i nic nie napisać. Nic w sensie ścisłym. Czy próbował? Z jakimi zmorami się ścierał w trakcie długich, jasnych nocy? Nie próbował i z żadnymi. Noce upływały mu na bałamuceniu gimnazjalistek, bo to głównie one stały za euforycznym docenieniem na skalę powiatu.
Po wojnie nie było gorzej. Wielki literat L. wraz z utrzymankiem pojawiali się kilkakrotnie, zawsze ciągnąc za sobą zgorszone szepty i bezbrzeżną nudę, aż do czasu wspólnego samobójstwa na bagnach za młynem. Tak przetartymi szlakami przyszło poruszać się ćwierć poecie, ćwierć funkcjonariuszowi, świerć idiocie, śmierć trupowi R. Słuszna więc niepewność trawiła jego serce i słusznie podły napitek trawił jego trzewia kiedy wraz ze skromnym dobytkiem zajmował izbę nad szkołą.
Gdyby nie, wspomniana półgębkiem, poetyczna dzikość serca, wszystko potoczyłoby się zgoła inaczej, sprawy nie przybrałyby równie niepokojącego obrotu, za to sklep Śliwińskich zanotowałby obrót niższy. To ona kazała kapitanowi majorowi po długiej i pod rozlicznymi względami, o których żętelmentom nie przystoi dyskutować, owocnej wizycie u proboszcza udać się na równie wzniosłą, co skacowaną przechadzkę. Przechadzka, a zwłaszcza przechadzka jako tako postawionego funkcjonariusza publicznego, winna cechować się namysłem i niespiesznością. Świadom tych wymogów, R. wbił wzrok w jaśniejący, choć jeszcze granatowy horyzont i pozwolił nieść się nogom, niespiesznie, a z namysłem. Odprowadzały go spojrzenia tych, którym nie było dane jeszcze zasnąć, albo już spać. Mijał rynek, opłotki, chaszcze, salutowały mu wszystkie bociany, sosny stawały na baczność, a bezpańskie psy opętańczo wyły hymny ku czci. Powiedzieć, że w takich okolicznościach przyrody łatwo stracić skołataną ekscesami natury takiej, a przynoszącej niesmak w ustach, głowę, to nic nie powiedzieć. Kiedy rzeczywistość huczy zewsząd, wyznaczając między hukiem nabrzmiały i zwężający się korytarz ciszy, trzeba zaufać nogom, nawet jeśli znaki na niebie i pod ziemią każą sądzić inaczej. Zaufanie takie puszczone samopas zachowuje się jak każde zaufanie – zawodzi samo przez się.
Właśnie dlatego to, co najpierw wydawało się być jedynie delikatną rosą, zdradziecko przepoczwarzyło się w głębokie, muliste bajoro. Stojąc w takim bajorze człowiek, a nawet funkcjonariusz uświadamia sobie, że istnieje tylko jedno wyjście (to za plecami) i dwa sposoby poradzenia sobie z sytuacją. Po pierwsze i rozsądniejsze – można kląć na czym rzeczone bajoro stoi i odsądzać od czci i wiary siły, które sprawiły, że się na takie bajoro trafiło. Po drugie i podobno w lepszym guście – można z zachowaniem całego namysłu i niespieszności, nadal stojąc po kolana w bajorze spróbować opisać migoczące wdzięki siurpryzy, która się zdarzyła. Tak, wedle słów pewnego idioty, czynią poeci.
Tak też uczynił R., powodowany nadzieją na miejsce w panteonie narkomanów, łachmytów, małostkowych idiotów, czyli ogółem rzecz biorąc, a zdanie skracając, bądź wydłużając – typowych przedstawicieli społeczeństwa, którzy z lenistwa parają się słowem pisanym. Owoc pracy jego lędźwi miał urodzić się jakiś czas później, jako wnuk świętej pamięci proboszcza Powłóczyn, a owoce jego poetycznej duszy miały zostać bezlitośnie skrytykowane przez niejakiego Sobieraja w „Podlaskiej Nowinie”, bo właśnie ta redakcja zasłużyła sobie na wyróżnienie w postaci prawa do publikacji „Bajor Powłóczyńskich”. Jeszcze wiele lat później, w trakcie kolejnych przesłuchań, redaktor Sobieraj nie wykazywał chęci poprawy i twierdził, że „nie wiadomo o co chodziło w tej pisaninie”.
Historia zna wiele niespełnionych postaci, które ambicja niewspółmierna albo do osobistych ograniczeń, albo do ograniczeń epoki, przywiodła do czynów wielkich, a głupich, a strasznych. Kapitan major R. nie miał być jedną z nich. Chociaż przez noc i dzień i następną noc w całym miasteczku słychać było strzały i krzyki i suchy trzask głodnego ognia, to źródła uparcie milczą na temat oszalałego z żalu poety-bubeka, który sprawił, że jeszcze przez wiele lat nikt nie śmiał zbliżać się do urokliwych na swój trupi sposób Powłóczyn, po czym popełnił coś w rodzaju samobójstwa. Czyli zapił się na śmierć. Dopiero ja przybliżam wam tę historię, pomny konsekwencji, a czynię to na łożu jeśli nie śmierci, to boleści, więc konsekwencje bagatelizuję.

ENE DUE RIKE FAKE TORBA BORBA USME SMAKE

W jasnozłotą, ciepłą noc
Mrugnij do mnie, możesz?
Nie bój się o mój sen, bo
Nie śpię o tej porze.
Mrugnij do mnie, chciałbym się
Móc tym innym chwalić
Ale nie dotykaj mnie
Wiesz, Twój dotyk pali.
Tak jak pali jego brak
Sama już rozumiesz,
Czemu muszę w noc tak trwać
I zasnąć nie umiem.